Przychodząc tutaj po raz kolejny nie oczekiwał niczego od Laurenta. Przychodząc tutaj chciał to wszystko zakończyć i z pewnością właśnie by to zrobił gdyby nie podjęta przez młodszego mężczyznę dyskusja. Odpowiednio pokierowana rozmowa sprowadziła go na zupełnie inną ścieżkę, niż to sam planował. Stojąc przed tymi drzwiami pozostawał przekonany, że tego rodzaju zakończenie tego dramatu, którego bohaterami byli, pomimo swojego tragicznego wydźwięku, było tym właściwym. Potrzebnym po to aby mogli rozpocząć nowy rozdział swojego życia zamiast tego dopisywali właśnie kolejny akt tego dramatu, odwlekając w czasie nieuchronne zakończenie. Niezależnie od tego jakie ono będzie.
W pierwszej kolejności chciał zapytać o okraszone przeczącym kręceniem głową nie, które nie było jednoznaczne. Dowiedział się, że to ma znaczenie. To jeszcze wymagało doprecyzowania. Dostrzegał zachodzące w nim samym zmiany pod wpływem tego wszystkiego, co się działo w jego życiu i osób w nim obecnym. W dłuższej perspektywie czasu to mogło być bardzo korzystne dla niego, zwłaszcza gdyby te zmiany dobiegły końca i wszystko w końcu się ułożyło tak żeby był w końcu z tego zadowolony. Z samego siebie. Zmiany na lepsze powinny mu się podobać, jednak one wpływały na komfort jego życia i na razie postrzegał je dalekie od ideału. Wcześniej też takie było, pełne pustych podbojów i trywialnych rozrywek. Było pozbawione głębi, która teraz dla odmiany starała się go pochłonąć.
— Po to tutaj przyszedłem aby wytłumaczyć swoje ostatnie postępowanie, nie mając pewności że będziesz chciał wysłuchać tego, co mam do powiedzenia. Za to jestem ci wdzięczny... sporo to zmieniło. — Trudno było mu jednoznacznie przewidzieć co to jeszcze zmieniło poza tym, że Laurent po raz kolejny wpłynął na jego decyzje i przez nie nie zdecydował się zamknąć tego rozdziału, przez to że postanowił wysłuchać i być może przyjąć jego nieudolne próby wyjaśnień i przeprosin. Philip wybrał sobie doskonały moment na zerwanie się z kanapy i zaczęcie przechadzania się po tym salonie. Tak niewiele brakowało aby siedział na tej kanapie, nie uniemożliwiając Laurentowi nawiązania z nim kontaktu.
— Nie jestem pewien, czy wszystkie popełnione przeze mnie błędy sprawią, że stanę się lepszym sobą. Niektórych błędów nie dało się naprawić nawet pomimo podejmowanych wszelkich starań. Można tylko liczyć na to, że ktoś zdoła odwieść nas od ich popełnienia. — Naprawdę spaliłby między nimi kolejnych most gdyby ta rozmowa nie potoczyła się w nieprzewidziany przez niego sposób i tego już nie dałoby się w żaden sposób naprawić. Okazałby się skończonym idiotą, gdyby wszystko potoczyłoby się obranym przez niego torem. To byłby dla niego ciężar kolejnej odpowiedzialności. Nieświadomie Laurent ochronił go przed własną głupotą i wszystkimi jej następstwami.
— Mieliśmy jasno określone zasady, których przestrzegaliśmy, odpowiadało mi takie życie i nie szukałem w nim czegoś głębszego. Nie miałem najmniejszych oporów przed porzucaniem swoich kochanków, jeśli zaczęli chcieć czegoś więcej ode mnie. Zachodzące we mnie zmiany odegrały w tym znaczącą rolę. O czymś jeszcze zapomniałem? — Zaczął zastanawiać się nad tym wszystkim na głos, starając się odnieść do tego życia jakie wiódł przed tegorocznym Beltane, tego że tamte zasady miały swój cel i odpowiadało mu tamto życie, które wówczas wiódł. Można było uznać to za wracającą do niego karmę. Dopuszczał do siebie myśl, że mogło mu coś umknąć.
— Co masz na myśli? Zawsze staram się dawać z siebie wszystko. — Zapytał w odpowiedzi jak tylko zatrzymał się po raz kolejny na środku pokoju. Zawsze starał dawać z siebie wszystko aby osiągać postawione sobie cele, w tym pomagała cechująca go upartość. Zawsze musiał być najlepszy, czym niejednokrotnie się obnosił się przy innych. — To... to... nieczęsto mi odmawiano czegokolwiek i chyba przez to nie radzę sobie z tym tak dobrze jak powinienem. Nie znaczy to, że tego chcę... to mi nie służy. — Ta odpowiedź wydawała się oddawać istotę problemu. Gdyby odmówił mu ktoś obcy to machnąłby ręką, ale Laurent zdecydowanie nie był mu obcy i to również odgrywało w tym swoją rolę.
Philip praktycznie od najmłodszych lat miał wszystko, czego zapragnął i został ukształtowany tak a nie inaczej przez swoich rodziców. Zdobyta przez niego popularność, z której skwapliwie korzystał, pogłębiła ten problem jakim było nieodpowiednie radzenie sobie z odmową. To nie wynikało z przejawiania przez niego złej woli. To było coś, co bardzo trudno będzie mu samodzielnie przeskoczyć. Trudno nagle przestać być tym rozpuszczonym, bogatym gnojkiem... do tego potrzeba było ogromu nakładu pracy i czasu przy byciu odpowiednio ukierunkowanym.
Nie wiedział czego spodziewać się ze strony Laurenta w związku ze swoją nieprzyzwoitą, wulgarną wypowiedzią. Najwyraźniej nie została ona odebrana źle skoro Laurent zdawał się prychnąć cichym śmiechem.
— Masz bardzo piękne oczy... patrzyłem w nie niejednokrotnie kiedy leżałeś pode mną albo na mnie. — Wypowiadając te słowa na jego usta wkradł się subtelnie dwuznaczny uśmiech. Nie było to adekwatne do sytuacji, zwłaszcza że toczyli właśnie poważną rozmowę i nie powinni przerywać jej na rzecz pójścia do łóżka. Laurent to diament, który lśnił najjaśniej o zmierzchu.
—Ja również traktuję to poważnie.— Gdyby podchodził do tego inaczej to nawet by się tutaj nie pojawił. W pierwszej chwili chciał unieść brwi w wyrazie zaskoczenia słysząc to "nie". Dobrze byłoby wiedzieć jak to wszystko widzi Laurent, jak się na to zaopatruje i na co może liczyć.
— Przyszedłem tutaj w konkretnym celu, uzyskania rozwiązania sytuacji między nami jakiekolwiek by nie było... bo tamta noc, którą wtedy spędziliśmy naprawdę pokazała mi że chcę tego wszystkiego. Tego, żeby ktoś czekał na mnie w tym domu, bawił moje psy, spał ze mną w moim łóżku i jadł ze mną śniadanie albo kolację. W sumie obiad też. Po tylu latach zacząłem chcieć czegoś więcej i to wszystko nałożyło się na to, że nie mogłem wyrzucić cię z głowy, spotykam się z tobą całkiem regularnie... to wszystko miesza mi dalej w głowie, w życiu. Staram się to wszystko racjonalizować, ale to nie sprawia że wiem na czym stoję... poza tym że stoję w miejscu i nie mogę w żaden sposób ruszyć naprzód. Chcę. Potrzebuję tego. — Postanowił tym razem zakończyć swoje krążenie po tym salonie i przysiąść na podłokietniku jednego z foteli. Podrapał się po prawym policzku, przesuwając dłoń na krańce swojej szczęki. Potarł ją w zamyśleniu. Powiedzenie mu tego wszystkiego nie było dla niego łatwe. Było koszmarnie trudne. Jednocześnie było całkiem oczyszczające. On pozostawał przekonany że doskonale wie na co może liczyć i zakładał mało korzystny dla siebie finał. Laurent nie był mu tak naprawdę nic winien.