Czekał na ten czas, jak niedźwiedzie wyczekiwały wiosny. Dla niego życie powracało właśnie wtedy, gdy noce stawały się niemiłosiernie krótkie, a kasztany gubiły swoje kwiaty. Lecz to nie natura rozbudzała jego uśmiech, to nie ptasie trele wibrowały w piersiowej klatce. Oderwany od systemu, paradoksalnie dostroił swój kalendarz do dat i prądów szkoły, której nigdy nie dane było mu ujrzeć. Szkoły, z której w końcu wyfrunęła umiłowana przez niego kocica.
Nora była przede wszystkim jego przyjaciółką, coś, co odczuwał jako miłość i uwielbienie przyszło z czasem, gdy zdał sobie sprawę z tego jak tęsknie wypatruje jej listów, z jaką niecierpliwością czeka jej chwili wolności, którą mogła przeznaczyć na podróż do babci w Dolinie Godryka. Jego serce płonęło nadzieją, że była to też podróż do niego, do Sama z Kniei.
Z wielką radością i ulgą przyjął zaproszenie na urodzinową imprezę. Z wielką radością pił i biesiadował, sycił oczy jej roześmianą buzią i roziskrzonymi oczami, gdy tańczyła z innymi. Sam nie był zbyt dobry w tańcu, nieporadny jak krogulec na pieszo, ale w pewnym momencie i jego porwała w wir, śmiejąc się i łaskocząc go złocistym warkoczem.
– Nora… – nie miał problemu, by złapać oddech, choć mówienie i tańczenie, to było już trochę sporo. Na moment zatrzymali się na prowizorycznym parkiecie, pośród śmiechów i szybkiej przygrywki miejscowej kapeli. Kręciło mu się w głowie, alkoholowy poszum upajał równie mocno jak smak jej imienia na języku. – Czy mogę… mogę coś spróbować? – zapytał cicho, niepewnie, twarz bolała go od uśmiechu i niedowierzania, że jego dłonie mogą spocząć wokół jej talii, płonąć od wrażenia dotyku, tęsknić za bielą ukrytej pod spodem skóry.