29.03.1972
Stary Sad, Little Hangleton
Stary Sad, Little Hangleton
Na smukłej szyi Deborah Burke nie było śladu po małżeńskiej kłótni sprzed dwóch dni — ale na jej dumie pozostała bolesna szrama, która nie chciała się goić. Pulsowała niematerialnym bólem, w niczym jednak temu fizycznemu nie ustępując. Od krtani, w której uwięzły tamtego wieczora słowa i oddech, promieniowała na całe jej ciało. Upokorzenie domagało się krwi, i to krwi konkretnej osoby: właściciela niewysublimowanego humoru, kiepskiego wyczucia czasu oraz bezgranicznej zuchwałości.
Właściciela chryzantem.
Ponieważ Elijah w zagmatwany sposób był innym poziomem przewinienia, nawet jeśli to on ją dusił, a Perseus wysłał tylko głupie kwiatki. Ale z mężem Deborah umiała sobie radzić sama.
W ostatnich czterdziestu ośmiu godzinach zupełnie nieistotne były te chwilowe przypływy zdrowego rozsądku, które zalewały jej umysł niespodziewanie i nakazywały porzucenie sprawy; zakopanie jej w odmętach pamięci. Zignorowanie. Darownie. Brnęła więc w ten głupi upór z klapkami na oczach, w sposób bardzo do siebie niepodobny ignorując otaczające ją fakty i logikę osoby dorosłej. Długo wahała się nad tym jednym posunięciem i odsuwała go w czasie. Aż do momentu, gdy nie widziała już innej opcji — poza wysłaniem jej do Azkabanu za morderstwo albo zamknięciem w psychiatryku, ciężko powiedzieć co stałoby się wcześniej — dlatego też następnego dnia po urodzinach wysłała sowę do Eden i Sacharissy.
Odpowiedź Eden nawet zapisana w kilku zdaniach na kawałku papieru zdołała podnieść ją na duchu. Sassy natomiast okazała się być uziemiona i zamknięta w domu ze swoimi dziećmi; Deborah całkiem jej współczuła. Posiadania tylu dzieci, to raz, chociaż jeszcze bardziej choroby najmłodszego z nich — nawet jeśli sama nie zajmowała się Alexandrem, kiedy ten chorował. Ale bardzo szybko przeszła nad tym faktem z życia przjaciółki do porządku dziennego i z powrotem skupiła się na własnych problemach.
Następnego dnia punktualnie o dziewiątej pukała do drzwi małego domu częściowo skrytego za plątaniną gałęzi drzew owocowych, rosnących chotycznie na miejscu pestek rozrzuconych przed laty jakby przypadkiem po frontowej części działki. Ciemność zalegająca w sadzie była jeszcze bardziej dojmująca niż mrok panującej o tej porze nocy, cienie głębsze i nieprzeniknione. Twarz Eden, która otworzyła jej drzwi po chwili oczekiwania okazała się być tym milsza.
Chociaż akurat dla Deborah ona zawsze była mile widziana.
— Cześć. Pisałam do Sassy, ale ugrzęzła w pieluchach i zasmarkanych chusteczkach, podczas gdy jej mąż zajmuje się bóg raczy wiedzieć czym. Chyba nie zobaczymy jej aż do lata — rzuciła na powitanie, przekraczając próg domu. Właściwie nie była nawet pewna, czy dzieci Sacharissy używały jeszcze pieluch i zupełnie nie przeszkadzał jej przy wypowiadaniu tych słów fakt, że sama miała mała małe dziecko. — Kazała pozdrowić. Czy tam uściskać. — Deborah machnęła lekceważąco ręką. Nie przyszła przecież po to, żeby wyręczać innych ludzi w jakichś bezzasadnych uprzejmościach towarzyskich.
She was fragile like a bomb.