Piękno morza nocą kołysało w ramionach. Nawet teraz, kiedy pogoda była niespokojna, kiedy to morze potrafiło grzmieć i burzyć się pod ciemnymi, angielskimi chmurami. Dziś szaruga nie przykrywała kołdrą granatowego nieba. Wiatr nie chłostał skóry, a ledwo obejmował swoimi muśnięciami, rozwiewając włosy, wpełzając pod materiał, który był zbyt cienki, żeby sprostać dzisiejszej pogodzie. Drobiny promieni prześlizgiwały się między szumiącymi drzewami, ale nie sięgały siedzącej na skałach sylwetki tonącej powoli w mroku zachodu słońca. To były już resztki fioletu i pomarańczy przeplatających się ze sobą. Samotność chowającego się słońca była ujmująca, ale nie wpychała Laurenta w żałobny smutek. Matka, która dawała życie, która całowała w czółko, która przebudzała rośliny do życia i przyprawiała ludzi o uśmiech nie była matką okrutną - nie opuszczała swych dzieci na dłużej. Wróci. Minie księżyc, przeminą godzinie, a ona ponownie zajrzy do okien wyczekujących świtu.
Laurent czuł zimno na skórze, ale niee w swoim wnętrzu. Był rozgrzany. Śpiewem mew, szumem fal, słodkim flirtem, do którego zapraszało morze. Chodź do mnie. Do nas, do życia, do wieczystego spokoju i wieczystej walki. Bo Woda, nie ważne jak spokojną wydawałaby się kochanką, była najbardziej kapryśną i nieprzewidywalną. Słuchała tylko Księżyca. Była mu posłuszna - cofała się i wracała na brzeg, kiedy jej na to pozwolił, ale Laurentowi do księżyca było bardzo daleko, nawet jeśli w przyszłości ktoś miał dla niego skraść gwiazdkę z nieba. Dziś nie wyciągał nawet do tego nieba dłoni, bo jego dłonie wyciągane były do morskich fal obmywających jego stopy, kiedy tylko tafla wody wybrzuszała się i fala go mijała, brnąc w kierunku brzegu. Pustego brzegu. Nawet jeśli pogoda sprzyjała, to nikt nie lubił wilgoci o tej porze roku, nikt nie lubił tego wiatru ani tego, jak lodowata była teraz woda. Ale dla niego ta woda zawsze była przyjemna, nawet jeśli pieściła chłodem. A skoro był tutaj sam to nic nie szkodziło temu, żeby puścił całą moc swojego głosu w te fale. Żeby odwdzięczyć się pieszczotą tej Matce, która nigdy nie chowała się za horyzontem i zawsze była - wystarczyło do niej tylko wyciągnąć dłoń. Zapraszała do siebie, kapryśna niewiasta, dziś taka polubowna, a jutro będąca kwintesencją szału i złości. Nie kochałeś jednak dlatego, że ktoś ładnie mrużył oczy, albo dlatego, że miał dobry dzień. Kochało się pomimo. I nie było takich wad, których Laurent by w morzu nie pokochał. I tak wysoki, syreni głos rozbrzmiał na tafli wody z rzadka pieniącej się i burzącej, powoli wysuwającej na brzeg i podmywającej piasek. Rozbił się między pniami drzew i powędrował pomiędzy igły i listowie. Głos, który przekazywał miłość Matki Wody, który zapraszał w jej tonie, rozjaśniał te ostatnie promienie słońca, które wydawały złotem mienić się teraz na tafli. Woda przestawała być zimna w takim ujęciu, stawała się pierzyną, w którą można się wtulić, żeby zaznać snu.
We cannot sing above the ground
An hour long you'll have to look
To recover what we took
An hour long you'll have to look
To recover what we took
Your times half gone so tarry not
Lest what you seek stays here to rot