10.03.2024, 21:58 ✶
– Wiesz dobrze, że nic mi nie grozi w Kniei. – odpowiedział, próbując bardziej pewnego, niemal szelmowskiego tonu, ale mizernie mu to wyszło. Nie dlatego jednak, że tak nie myślał – krogulczy lot miał opanowany tak dobrze, jak mistrzowie mioteł latanie. Cały czas jednak w swojej głowie zamartwiał się tym stanem rzeczy i lękiem przed nieznanym.
To, co nieznane, było najczęściej wrogie, jak Londyn, jak smród lokomotywy, jak rusznic i wszystko to, co niosła ze sobą stal. Samuel nie był lękliwym dzieckiem, ale trzymany pod zielonym kloszem puszczy miał bardzo czarno biały, czy w tym konkretnym przypadku czarno zielony świat. Brenna była trochę jak pomost, który pozwalał i zachęcał. Wciąż jednak oboje byli zbyt młodzi by wiedzieć jak przekroczyć tą barierę budowaną latami w młodym sercu, utrwaloną tylko klątwą żywiołów.
– F...funty. – poprosił, jakby był to jakiś zakazany artefakt. Nora lubiła mugolskie rzeczy, jej babcia w końcu obśługiwała też mugoli. Pomyślał, że mógłby jednak znaleźć w Dolinie, a nie na targowisku dedykowanym czarodziejom. Dwie pieczenie przy jednym ogniu – mniejsze prawdopodobieństwo, że o kupowanym podarku dowiedziałaby się matka. Sam fakt wystąpienia tak jawnie wbrew jej nakazom i zakazom sprawiał, że co jakiś czas przez plecy Samuelowi przechodził niepokojący dreszcz. Ale młodzieńcze zadurzenie było silniejsze od tego... Bezmyślne i ślepe, zakazane, a więc tym bardziej pożądane. Tak działali ludzie od zawsze, tak działał i Samuel, choć szarpiące nim wątpliwości były ogromne.
– M..moja mama mówi, że to błogosławieństwo, że Knieja o mnie dba w ten sposób. To nie są kwiatki Bee... To są ostre od kolców wici kruszące mury. Trujące rośliny owijające mnie w kokon i krzywdzące tych, którzy obok mnie stoją. Ja... – westchnął ciężko patrząc na chodnik. – ...ja przez to nie poszedłem do Hogwartu wiesz? Nawet inni magowie uznali, że to zbyt niebezpieczne, a teraz... Nie... nie powinienem... nie powinienem jej nic dawać prawda? Ktoś inny powinien ją polubić i ona jego i... – odetchnął głęboko, błękitne oczy nieco się zaczerwieniły, zagryzł policzek tak mocno, że poczuł w ustach metaliczny posmak własnej krwi.
Nasłuchiwał czy bębny przyjdą, ale nie było aż tak źle. Aż tak...
– Powiedz lepiej co u Ciebie ok? – rzucił nagle. – Chodźmy stąd na lody, muszę to rozchodzić, nie umiem myśleć totalnie gdy stoję, kto normalny w ogóle słyszałem, że niektórzy pracują siedząc. Wyobrażasz sobie? I niby wtedy myślą i pracują. Cięzko mi w to uwierzyć.
To, co nieznane, było najczęściej wrogie, jak Londyn, jak smród lokomotywy, jak rusznic i wszystko to, co niosła ze sobą stal. Samuel nie był lękliwym dzieckiem, ale trzymany pod zielonym kloszem puszczy miał bardzo czarno biały, czy w tym konkretnym przypadku czarno zielony świat. Brenna była trochę jak pomost, który pozwalał i zachęcał. Wciąż jednak oboje byli zbyt młodzi by wiedzieć jak przekroczyć tą barierę budowaną latami w młodym sercu, utrwaloną tylko klątwą żywiołów.
– F...funty. – poprosił, jakby był to jakiś zakazany artefakt. Nora lubiła mugolskie rzeczy, jej babcia w końcu obśługiwała też mugoli. Pomyślał, że mógłby jednak znaleźć w Dolinie, a nie na targowisku dedykowanym czarodziejom. Dwie pieczenie przy jednym ogniu – mniejsze prawdopodobieństwo, że o kupowanym podarku dowiedziałaby się matka. Sam fakt wystąpienia tak jawnie wbrew jej nakazom i zakazom sprawiał, że co jakiś czas przez plecy Samuelowi przechodził niepokojący dreszcz. Ale młodzieńcze zadurzenie było silniejsze od tego... Bezmyślne i ślepe, zakazane, a więc tym bardziej pożądane. Tak działali ludzie od zawsze, tak działał i Samuel, choć szarpiące nim wątpliwości były ogromne.
– M..moja mama mówi, że to błogosławieństwo, że Knieja o mnie dba w ten sposób. To nie są kwiatki Bee... To są ostre od kolców wici kruszące mury. Trujące rośliny owijające mnie w kokon i krzywdzące tych, którzy obok mnie stoją. Ja... – westchnął ciężko patrząc na chodnik. – ...ja przez to nie poszedłem do Hogwartu wiesz? Nawet inni magowie uznali, że to zbyt niebezpieczne, a teraz... Nie... nie powinienem... nie powinienem jej nic dawać prawda? Ktoś inny powinien ją polubić i ona jego i... – odetchnął głęboko, błękitne oczy nieco się zaczerwieniły, zagryzł policzek tak mocno, że poczuł w ustach metaliczny posmak własnej krwi.
Nasłuchiwał czy bębny przyjdą, ale nie było aż tak źle. Aż tak...
– Powiedz lepiej co u Ciebie ok? – rzucił nagle. – Chodźmy stąd na lody, muszę to rozchodzić, nie umiem myśleć totalnie gdy stoję, kto normalny w ogóle słyszałem, że niektórzy pracują siedząc. Wyobrażasz sobie? I niby wtedy myślą i pracują. Cięzko mi w to uwierzyć.