Włości Lysandra
Jest taki dom w Dolinie Godryka, który przygarnia wszystkie sieroty i znajdy. Dom, w którym nikt nie ocenia, dom w którym znajdzie się zawsze kawałek suchej podłogi, ubranie na zmianę i miska ciepłej strawy. Dom w którym każdy już po kilku chwilach czuje się jak domownik, otoczony ciepłą uwagą gospodarzy.
Prawda była taka, że w Dolinie Godryka były dwa takie domy.
I oni obecnie byli w tym drugim.
Albo – w zależności od której strony wjeżdżało się do miasteczka – tym pierwszym.
Samuel z Neilem dotarli na miejsce niedługo przed świtem. Pomimo bandyckiej pory Lysander rozkosznie zaspany, ale niezmiennie uśmiechnięty przyjął ich, napalił w piecu, dał na rozgrzanie nalewki. Oniryczne spotkanie zawierało mało słów, a dużo ciepłych gestów, tulenia, pocałunków.
– Za bolące serca – wzniósł szepczący toast Sam, ale o tej porze odmawiał udzielenia odpowiedzi cóż boli jego. Będzie jeszcze na to czas, choćby jutro podczas roboty. Albo i nie, albo magia tego miejsca, wysyconego artyzmem i uduchowioną sztuką dalece oderwaną od prozy życia, skutecznie przesłoni zmartwienia, odwróci głowę od Kniei i od słodkiej woni skwierczących na smalcu pączków...
Koniec końców, po godzinie mężczyźni zdecydowali pospać jeszcze chwilę. Wysuszony Sam z przyjemnością otulił ich niedźwiedzim futrem, będąc najlepszym żywym materacem. Gdy słońce było już wysoko na niebie, a Ula zeszła z piętra, zastała ich jeszcze śpiących, dwoje ludzi i jedną misiową poduszkę, wtulonych w siebie na wzajem. Nie było mowy o lepszym poranku.
Rychło zagwizdała parująca woda, herbata i kawa wjechały na stół obok na pędce przygotowanej owsianki. Tydzień temu przyjechały szklane baniaki, w kolejne dni zwożono jabłka, figi i pigwy, a wczoraj doszła w końcu paczka z magicznymi drożdżami. Samuel od rana był podekscytowany, transmutował kamień w profesjonalną osełkę i poprawiał ostrość kozików do obierania. Poszerzył też tymczasowo misy, do których miały lecieć obierki. Białka i Miłka – kozy leśniczego – jeszcze wczoraj były tu przyprowadzone na Wielką Jabłkową Ucztę. Corgi musiała się obejść smakiem, ale też miała co jeść, pośród Lysandrowych kur.
– Zaczniemy chyba tradycyjnie, ale ach... zapomniałem o miodzie! – Sam walnął się w czoło osełką, szczęśliwie niezbyt mocno. – Lysandrze załatwisz to proszę? Masz wtyki w najlepszych Dolińskich pasiekach, ja... ja do Kniei po miód nie pójdę niestety... – zmarkotniał tylko na moment, szybko powrócił po swojej prośbie do ostrzenia i tak naostrzonych noży. Zapowiadał się równie długi co piękny dzień. W robocie z pewnością znajdzie ucieczkę i kto wie, może i Neilowi spodoba się powtarzalność tego zajęcia, ruch noża jak mantra, która wypycha wszelkie zmartwienia z pola widzenia.