Niewiele myśląc Camille wybrała tę, która znajdowała się po tej samej stronie ulicy. Prezentowała się lepiej - była niewielka, schludna, utrzymana raczej w jasnym stylu, który tonowały kolorowe rośliny i beżowe ściany oraz obrazy, powieszone na ścianach. Wnętrze było jasne, a na wejściu od razu uderzył ich zapach kawy. Nad ladą powieszona była czarna tablica, na której równym pismem wypisano kawy. Klasyczne, bardziej wyszukane oraz pod spodem trzy rodzaje ciasta. Nic więcej. Jeżeli blondynka liczyła na wino, to musiała obejść się smakiem. Błękitne oczy niemal od razu wychwyciły okrągły stolik z trzema krzesłami, znajdujący się pod ścianą. Tam też się od razu udała, tylko lekko kiwając głową w geście powitania baristce, która rzuciła im ciekawskie spojrzenie. Na jednym z krzeseł postawiła torebkę z dokumentami i prywatnymi rzeczami, a drugie zajęła ona. Trzecie pozostawiła dla Laurence'a, znajdowało się naprzeciwko. Jakby blondynka usilnie starała się utrzymać między nimi przestrzeń i dystans, chociaż widać było, że nie zachowywała się tak, jak zwykle. Była bledsza, spięta a jej wzrok można było spokojnie uznać za nieco rozbiegany. Również dłonie złączyła na blacie stolika, lecz nawet to nie było w stanie ukryć ich lekkiego drżenia. Lestrange postawił ją w bardzo niekomfortowej sytuacji - i to nie tylko dzisiaj, a wiele lat temu. Jak miała na to zareagować? Została wzięta pod włos i mimo iż w teorii nad sobą panowała, to wiedziała że wystarczył jeden gest czy dotyk, by to wszystko runęło. Wciąż Cię kocham. I nigdy nie przestanę - te słowa odbijały się wewnątrz jej głowy wściekle, jak uwięzione w klatce ptaki. Agresywnie trzepotały skrzydłami i nie pozwalały się skupić. Dlatego też milczała do momentu, w którym nie podeszła do nich kobieta, by przyjąć zamówienie. Wzięła białą kawę, bez cukru. Nic więcej.
Niewiele myśląc Camille wybrała tę, która znajdowała się po tej samej stronie ulicy. Prezentowała się lepiej - była niewielka, schludna, utrzymana raczej w jasnym stylu, który tonowały kolorowe rośliny i beżowe ściany oraz obrazy, powieszone na ścianach. Wnętrze było jasne, a na wejściu od razu uderzył ich zapach kawy. Nad ladą powieszona była czarna tablica, na której równym pismem wypisano kawy. Klasyczne, bardziej wyszukane oraz pod spodem trzy rodzaje ciasta. Nic więcej. Jeżeli blondynka liczyła na wino, to musiała obejść się smakiem. Błękitne oczy niemal od razu wychwyciły okrągły stolik z trzema krzesłami, znajdujący się pod ścianą. Tam też się od razu udała, tylko lekko kiwając głową w geście powitania baristce, która rzuciła im ciekawskie spojrzenie. Na jednym z krzeseł postawiła torebkę z dokumentami i prywatnymi rzeczami, a drugie zajęła ona. Trzecie pozostawiła dla Laurence'a, znajdowało się naprzeciwko. Jakby blondynka usilnie starała się utrzymać między nimi przestrzeń i dystans, chociaż widać było, że nie zachowywała się tak, jak zwykle. Była bledsza, spięta a jej wzrok można było spokojnie uznać za nieco rozbiegany. Również dłonie złączyła na blacie stolika, lecz nawet to nie było w stanie ukryć ich lekkiego drżenia. Lestrange postawił ją w bardzo niekomfortowej sytuacji - i to nie tylko dzisiaj, a wiele lat temu. Jak miała na to zareagować? Została wzięta pod włos i mimo iż w teorii nad sobą panowała, to wiedziała że wystarczył jeden gest czy dotyk, by to wszystko runęło. Wciąż Cię kocham. I nigdy nie przestanę - te słowa odbijały się wewnątrz jej głowy wściekle, jak uwięzione w klatce ptaki. Agresywnie trzepotały skrzydłami i nie pozwalały się skupić. Dlatego też milczała do momentu, w którym nie podeszła do nich kobieta, by przyjąć zamówienie. Wzięła białą kawę, bez cukru. Nic więcej.
Szli w milczeniu. Nawet Laurence nie podejmował żadnego tematu podczas tego krótkiego spaceru. Lecz z obserwacji zauważył, że Camille jest spięta, zestresowana? Te napięte mięśnie, to poruszanie się. Jakby miała odbyć rozmowę z kimś, kogo może nie chciała więcej widzieć w swoim życiu? Może popełnił błąd pojawiając się w Mungu tak niespodziewanie? Powinien złożyć jej wizytę w miejscu zamieszkania. Lecz, czy nadal tam mieszkała? Nie był pewny. Mógł zaryzykować, zrobił coś innego.
Aby mieć to spotkanie z głowy, choćby dla niej. Wyjaśnić na nowo kilka rzeczy, nie Lestrange chciał zabierać jej w inne, dalekie miejsca. Im bliżej tym lepiej dla nich obojga. Lepiej dla niej. I kiedy weszli do wybranej przez Delacour kawiarni, pozwolił jej także znaleźć stolik dla nich. Nic dziwnego że tutejsi pracownicy ze zdziwieniem się im przyglądali. A może bardziej samej Camille? Wyglądała jakby źle się czuła. Ta bladość na twarzy, jaką Laurence dostrzegł. Zmarszczył brwi.
Ruszył za nią, siadając na wolnym krześle naprzeciw niej. Zamówił także kawę, tyle że czarną, bez cukru i mleka. Kelnerka odeszła od stolika, przyjmując zamówienie i zlecić do wykonania. Laurence siedząc, oparł się przedramionami o blat stolika. Dłonie miał złączone. W przeciwieństwie do Camille, nie był zestresowany. Ale może bardziej zmartwiony? Z poczuciem winy? Zmieszany, nie wiedząc jak zacząć rozmowę? Od czego?
Wyznając jej znów miłość, był szczery.
Zaczął. Jakby chciał dać jej sygnał, że są w kawiarni, że on wciąż tutaj jest. Siedzi naprzeciwko. Powstrzymywał się dotknąć jej dłoni, choć bardzo by tego chciał. To jednak musiał pewien dystans zachować.
Westchnął. Spojrzenie przeniósł na teczki, jakie zabierała ze sobą.
- Zabierasz pracę do domu?
Zmienił temat. Zamiast mówić o nich, nawiązał na początek do przedmiotowych, zawodowych spraw. Przeniósł spojrzenie z teczek na jej twarz. Przypomniał sobie dawne czasy. Te zasady, że pracę nie zabieramy do domu. Choć ona tego się pilnowała, on niekoniecznie. Do teraz mu zostało, ale w stopniu ograniczonym. Pracował w Ministerstwie, w swoim domu szlifował zdolności, umiejętności, ważąc eliksiry.
- Czasem - odpowiedziała w końcu, po chwili milczenia. Doskonale pamiętała jaka była kiedyś i jak reagowała na to, że sam zabierał pracę do domu. - Zdarza się, że przeglądam szczególnie skomplikowane przypadki, gdy mam wolną chwilę. Notuję, sprawdzam w swoich księgach. Patrzę w innym otoczeniu - czasem jego zmiana dużo daje.
Jej twarz nieco się rozluźniła, a kąciki ust drgnęły odrobinę, tworząc na ułamek sekundy coś na kształt uśmiechu. Zaraz jednak blondynka spoważniała.
- Ale nie robię z tego reguły - dodała niemal od razu. Kusiło dodać przecież mnie znasz, wiesz jaka jestem, ale… Czy po takim czasie wciąż ją znał i wiedział, jaka jest? Delacour zerknęła na torebkę i pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć “nie”. Ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Być może dlatego, że kelnerka przyniosła im kawy - na okrągłej tacy, zerkając z ciekawością to na jedną, to na drugiego. Była ciekawska, ale czy można było jej się dziwić? Przecież gołym okiem widać było, że tutaj coś się działo, a naturą ludzką była wścibskość.
- Laurence, nie wiem czy da się zacząć od nowa - powiedziała, otaczając filiżankę z białą kawą dłońmi. Była przyjemnie ciepła, ale nie gorąca. W idealnej temperaturze, z pianką, która powoli opadała. - Nie da się wymazać wszystkiego, co nas łączy, żeby zacząć od nowa.
Mówiła bardzo cicho, a wzrok znowu ześlizgnął się z jego oczu gdzieś na dół, na blat stolika, jakby samo patrzenie na niego sprawiało jej ból. Zastanowiło ją jednak jedno. Czy był pewny, że była sama, że wysnuwał takie śmiałe propozycje? Czy o nią wypytywał? Czy może uznał, że woli postawić wszystko na jedną kartę i liczył, że ona sama powie mu o ewentualnym narzeczonym, jeśli taki by istniał?
- Rozumiem, czemu zrobiłeś tak a nie inaczej. Być może gdyby nie odległość, zrobiłabym to samo na twoim miejscu - powiedziała w końcu, sięgając do torebki. Dłoń jej lekko drżała, gdy wyciągała paczkę bezwonnych papierosów. Paliła naprawdę okazjonalnie, praktycznie wcale. Wiedziała, że to nie uspokaja a wręcz przeciwnie - ale chodziło o odruch, którego teraz bardzo potrzebowała. Przysunęła bliżej siebie popielniczkę, ale wstrzymywała się z zapaleniem papierosa. Obracała go w dłoniach w milczeniu.
Laurence nie chciał drastycznie, od razu podejmować tematu dotyczącego ich dwojga, skoro znaleźli się w kawiarni. Chcąc rozpocząć rozmowę od czegoś, co było im dobrze znane. Zawodu? Jedyne co ich najbardziej łączyło i połączyło. Wspólne chodzenie i ukończenie Akademii Munga. Choć inne specjalizacje, to jednak kontakt pozostawał. Do czasu. Aż zmienił miejsce pracy i wziął ślub.
Czasami zabierała pracę. Słysząc te słowa, aż przypominały go siebie samego. Też zabierał, aby coś przejrzeć. Lepiej zorientować się w sprawie.
- Ta, która sama upominała, aby nie brać pracy do domu. Mam Cię upomnieć?Odpowiedział z nutką małego rozbawienia i z uśmiechem, wspominając te dawne czasy. Jakby role w tej chwili się odwróciły. Chciał trochę odwrócić uwagę od poważniejszego tematu, którego raczej nie unikną. Znał ją. Pamiętał jaka była. Tego się nie zapomina.
Kelnerka przyniosła kawę, choć zdawało się że chciała czegoś jeszcze? Nie bez powodu może przerwali rozmowę? Laurence znacznie spojrzał na pracownicę tego lokalu i podziękował wyraźnie za przyniesione zamówienie, licząc, że kobieta się oddali i pozwoli im na prywatność. Nie był tutaj nikomu obcy, wiec dla dobra swojej pracy, musiała się oddalić i obsłużyć innych klientów. Bo właśnie weszło dwóch mężczyzn. Uzdrowicieli. Pewnie też po pracy. Ale zajęli miejsca w innej części kawiarni. Z dala od nich.
Kiedy Camille się do niego zwróciła, spojrzał na nią. Wróciła do tematu ich relacji. Związku. Miłości? Zacząć od nowa. Wiedział, że na to może być za późno.
Pozwolił jej mówić. Nie przerywał. Zbierał tym samym swoje myśli, poważniej podchodząc do tematu. Wpatrywał się w nią, kiedy ta patrzyła podobno na blat stołu. Słuchał jej tego, co miała do przekazania. Jak to widziała ze swojej sytuacji.
Westchnął. Przyznał się do porażki. Do słabości. Widział, że teraz nie jest już tym wymarzonym synem swojego ojca.
Camille była nerwowa. Zarejestrował jej spojrzenie i ruch w kierunku torebki, z której później wyjęła papierosy. Paliła nadal.
- Jeżeli masz kogoś… Dam Ci spokój. Powinienem może od tego zacząć. Nie potrzebnie się wtedy narzucam.Brzmiał przepraszająco. Zdecydowanie nie przemyślał tego spotkania, pojawiając się w szpitalu. Nie pomyślał też, że mogła kogoś mieć. Ale nie wyglądała na taką, jakby chciała unikać go, bo mąż czeka albo narzeczony. Nie widział na jej dłoni żadnej obrączki czy pierścionka. Za to on swoją miał, na tej dłoni, gdzie łatwiej komuś odczytać, że jest wdowcem.
Przysunął do siebie kawę i zamieszał łyżeczką. Choć jeszcze nie upił łyka. Była gorąca. Może znalazł zajęcie dla swoich dłoni, aby powstrzymać się od tego, aby ją dotknąć. Nie chciał już teraz ryzykować z kontaktem fizycznym.
- Chcę wierzyć, że nie miałeś wyboru i robiłeś to, co dla ciebie było najlepsze - powiedziała cicho, bo tak to sobie przez lata tłumaczyła. Gdyby teraz jej powiedział, że był tchórzem i zgodził się na aranżowane małżeństwo bo tak było łatwiej, to chyba by się rozpadła na kawałki. Bo nie za taką osobę go uważała, nie takiego go przecież pokochała. Dlatego lepiej dla wszystkich byłoby, gdyby po prostu przyznał, że zrobił to, co uważał za słuszne. Camille przecież nie mogła dać mu tego, co dała jego zmarła żona. Czy byłaby gotowa zrezygnować z kariery lub po prostu zrobić sobie przerwę, by urodzić i wychować dzieci? To nie tak, że ich nie lubiła, ale dzieci bywały kulą u nogi, jeżeli chodzi o plany zawodowe. I oczywiście zwykle dla kobiet, bo przecież nie dla mężczyzn. - Przykro mi z powodu twojej rodziny.
Powiedziała w końcu, ośmielając się podnieść wzrok i w końcu spojrzeć mu w oczy. Oczywiście, że słyszała o wypadku i śmierci jego żony. O tym, że umierając połowicznie osierociła jego syna. Ile mógł mieć teraz lat? Nie miała pojęcia, na pewno więcej niż trzy. Ostatnie lata zlewały się blondynce w jeden nieprzerwany ciąg, bo... Nie musiała się przejmować upływającym czasem. Nikt na nią nie czekał, nikt nie wymagał od niej jakichkolwiek deklaracji.
- Nie, nie mam nikogo - powiedziała, odkładając łyżeczkę na spodek. Ostrożnie uniosła filiżankę do ust. Nie miała obrączki ani pierścionka, ale to nie znaczyło, że się z nikim nie spotykała. Ale prawda była taka, że Delacour była samotna, jeżeli wziąć pod uwagę rodzinę. Jej była we Francji, trzymali się z daleka poza listami. A ewentualny związek... Każdy płonął intensywnie i jeszcze intensywniej się spalał. Bo żaden z tych mężczyzn nie był nim. - Czy sugerujesz, że teraz masz więcej odwagi?
Odwołała się do jego wcześniejszych słów, marszcząc nieznacznie brwi. To nie tak, że zgrywała niedostępną - po prostu sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Miała mętlik w głowie, rozum podpowiadał jej jedno, a serce krzyczało drugie. Mózg mówił, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki, że oboje się zmienili. A jednocześnie serce rwało się do tego, by znowu spróbować, że teraz nic i nikt im nie przeszkodzi. Ale prawda była taka, że przeszkody zawsze się znajdą, a na tym głupim sercu wciąż znajdowała się głęboka blizna, którą rozdrapywał, przychodząc do niej i mówiąc takie rzeczy. Być może dzięki temu zaleczy się lepiej, czasem tak było trzeba. Ale... Co jeśli znowu zmieni zdanie?
Chciała wierzyć, że nie miał wyboru? Na te słowa nie wiedział jak odpowiedzieć. Podobno każdy ma jakiś wybór. Ale nie dziedzic w swojej rodzinie. Był najstarszy z rodzeństwa. Chciał, aby ojciec był z niego dumny. Starał się robić wszystko to dostrzegał. Tak jednak nie było. Odejście ze szpitala nie zadowalało rodzica. Nie docierało do niego to, co planował osiągnąć Laurence. Nie zrozumiał jego zamiarów, które miały ich rodzinie przynieść większe korzyści i rozpoznawalność rodziny jako uzdrowicieli.
Koniec końców, został jakby sam. Ze wsparciem jedynie rodzeństwa. Swoje żony, która jeszcze w tamtym okresie żyła i dała mu syna.
Skoro chciała tak wierzyć. Nie będzie tego na razie poprawiał. Nie miał wyboru. Choć wiedziała, że mógł zmienić zdanie. Czego więc obawiał się, nie postępując odpowiednio? Po swojemu? Pozwalając, aby ojciec ustawiał mu życie?
Na jej kondolencyjne słowa, skinął jedynie głową w podzięce. Nie chciał wracać myślami do tamtego dnia, gdzie stracił żonę. Kobieta nie była niczemu winna, aby tak skończyć. Ale stało się. Jakby Los uwolnił go od tego związku, skazując na samotne wychowywanie pięcioletniego dziecka.
Wewnętrzną ulgę poczuł, kiedy powiedziała mu, że nie ma nikogo. Trochę szkoda, że jak na swój obecny wiek, nie założyła rodziny. Nie chciała widocznie porzucać kariery a jedynie oddać się jej.
- Rozumiem.Odezwał się jednym słowem. Jakby przez tę trudną dla nich chwilę, zbyt ostrożnie przechodził do używania słów. Wypowiadania się zdaniami. Co jakiś czas, przenosząc swoje spojrzenie, na swoją czarną kawę.
Czy miał teraz więcej odwagi? Spojrzał na nią kiedy tylko usłyszał te słowa. Chwilę potrzebował, aby zebrać myśli. Aby odpowiedzieć jej zgodnie ze swoim sumieniem.
Nie miał.
Ale przełamał się, zjawiając w klinice. Poprosił o spotkanie. Siedzą tutaj w kawiarni. Nie był to pierwszy krok po takiej długiej przerwie, gdzie się wzajemnie unikali? Albo bardziej, ona nie chciała go widzieć?
- Skoro tutaj jestem… To chyba znaczy, że tak?Odpowiedział, po chwili zastanowienia. Wziął głęboki wdech i wydech. Jakby chciał uspokoić swoje wnętrze i zebrać myśli. To był pierwszy krok, jaki pokonał. Pozostało ich jeszcze kilka.
- Chciałem, aby ojciec był ze mnie dumny. Lecz z biegiem lat zrozumiałem, że… jest inaczej. Zmieniło się wiele. Przestałem się liczyć. Źle zrobiłem, słuchając się go. Straciłem to, co było dla mnie bardzo cenne. Ciebie.
Zdał się na odwagę. Nie sądził, że tak trudno będzie mu mówić o uczuciach z przeprosinami jednocześnie. Jakby prosił ją o wyrozumiałość i szansę.
- Pojawiłem się, chcąc Cię prosić o przebaczenie. Nie postąpiłem dobrze raniąc Cię. Nie mówiąc już o sobie. Nie zasłużyłem pewni na druga szansę. Nie będę o to prosił. Ale gdybyś zmieniła zdanie… Zechciałabyś…
Mówił ostrożnie. Spokojnie. Delikatnie sugerując. Może powinien podejść do tego z bukietem kwiatów? Oficjalnie ją przeprosić jakoś nie za bardzo na oczach innych pracowników miejsca? Chciałby, aby mu wybaczyła. Później zniknie z jej życia, jeżeli nie będzie życzyła sobie jego jakiejkolwiek wizyty. Uszanuje jej decyzję.
Camille przygryzła lekko dolną wargę, opuszczając wzrok na swoją białą kawę. Wzięła jej kolejny łyk, jakby chciała dać sobie czas na odpowiedź. Na zebranie myśli, które kołatały się w jej umyśle i odbijały od ścianek, zagłuszając wszystko inne. Nigdy nie śmiała nawet myśleć o tym, że życie będzie łatwiejsze - przygotowała się na to, że z biegiem lat będzie coraz trudniej i ciężej. Nigdy też jednak nie podejrzewała, że Laurence się do niej odezwie. Nie po tym, co zrobił. Ale miała rację - chciała wierzyć, że zrobił to, co najlepsze. Popełnił błąd, ale ten błąd dał nowe życie. Jedno odebrał, ale to nie była jego wina. Tylko... Gdzie w tym wszystkim było miejsce dla niej?
- Laurence... - powiedziała w końcu, odkładając filiżankę. Wyciągnęła rękę, by ostrożnie położyć ją na jego dłoni. Dopiero po tym ruchu zdecydowała się spojrzeć mu w oczy. - Zauważyłeś, że od lat starasz się kogoś zadowolić?
Zapytała cicho, odrobinę przekrzywiając głowę. Jasne włosy rozsypały się wokół jej twarzy, aż prosząc się o to, by zaczesać blond pukle za ucho.
- Pamiętasz, co kiedyś ci mówiłam? Że powinieneś patrzeć na swoje szczęście? - zapytała, a jej spojrzenie odrobinę złagodniało. Przecież nie była okrutna, naprawdę go kochała - wtedy, przez kolejne lata i teraz. Po prostu się cholernie bała, że tym razem jeżeli Lestrange znowu postanowi uciec i wybrać to, co lepsze i łatwiejsze, to tego nie przeżyje. Stanie się pustą skorupą i to będzie początek jej końca. - Teraz to wygląda trochę inaczej, bo powinieneś myśleć też o swoim synu. Bycie rodzicem nakłada na ludzi pewne ograniczenia, ale to nie znaczy, że masz zapominać o sobie. Czego TY tak naprawdę pragniesz? Jeżeli mojego przebaczenia, to wybaczyłam ci już dawno. Zrobiłeś to, co musiałeś.
Powiedziała poważnie. Taka była prawda - to, że się bała nie oznaczało, że mu nie wybaczyła. Miała na to całe lata - na to, by oswoić się z sytuacją i przekonać samą siebie, że tak było dla każdego najlepiej. Jakaś uraza została, oczywiście, bolało jak jasna cholera i tej drzazgi pewnie nigdy nie uda jej się wyciągnąć z serca. Ale nie oznaczało to, że pielęgnowała w sobie przez te lata nienawiść. Wręcz przeciwnie.
Nie odpowiedziała na to subtelne pytanie o drugą szansę. Nie chciała dawać mu odpowiedzi, nie wiedząc, czy Laurence jest pewny tego, o co prosi. Dlatego go poprosiła o to, by zastanowił się, czego pragnie. By się zatrzymał, przestał błądzić i zamknął na chwilę oczy. Wziął głęboki wdech i rozejrzał się, próbując dostrzec ścieżkę, być może nową, którą chce podążać. Chciała, by był pewny tego, o co prosi. Tak jak wtedy, gdy po jednej z licznych kolacji i rozmów po prostu ją pocałował, chociaż i wtedy uciekł, zostawiając ją w szoku na progu mieszkania.
Zagubił się? Bardzo możliwe. Ze wszystkim musiał radzić sobie w większości sam. Nie zawsze pomagało mu rodzeństwo, gdyż każdy też szedł w innym kierunku rozwoju swojej kariery. Niektórzy wyjeżdżali za granicę, aby się doszkolić. Mimo tego że tak powiedzmy, problemu życiowego, dawał radę. Znalazł przecież odpowiednią dla siebie drogę kariery. Zawodowo się sprawdzał bardzo dobrze. Tylko, osobiście w życiu mu nie szło, aby postawić na swoim. Zacząć o siebie dbać.
Kiedy dotknęła jego dłoni, spojrzał na nią, a po chwili na Camille. Zaskoczyła go tym pytaniem.
- Zadowolić kogoś?Zapytał, jakby bardziej sam siebie. Czy starał się to robić? Zadowalał żonę, aby niczego jej nie brakowało? Zadowalał ojca, aby mógł dostrzec w nim swojego dziedzica?
Westchnął, kiedy wyjaśniła. Kiedy przypomniała swoje słowa z przed laty. Miał patrzeć na swoje szczęście. Opuścił wzrok, jakby uciekał nim przed prawdą. Przed swoją porażką. Nie patrzył na swoje szczęście. Jedyne, jakie w tym miał, to kariera i syn? Miał dziedzica. Uszczęśliwiał innych, nie siebie. Może gdyby postawił sprawę jasno, związał się z Camille, wtedy mógłby mówić o szczęściu?
Wybaczyła mu? Słysząc to, wewnętrznie poczuł ulgę. Spojrzał na nią lekko uśmiechając, jakby w podziękowaniu. Jakby, rozumiała go.
- Czego pragnę…Pomyślał przez moment. Czego potrzebował na ten moment. Wzrok przeniósł na jej dłoń, która nadal spoczywała na jego. Pogładził kciukiem jej delikatne palce. Kojący dotyk. Bo była blisko. Rozmawiała z nim.
- Zależy mi na szczęściu syna. Wychowaniu go, aby dostał się do Hogwartu. Chciałbym też, resztę życia spędzić z Tobą.
Tutaj spojrzał na nią dość uważnie. Poważnie. Ale też mówił szczerze. Kochał ją. Powiedział to wprost, być może będąc gotowym na odmowę. Jakby wiedział, że ten czas miał ograniczony. Ale też nie chciał, aby brała to na jakąkolwiek litość. Dlatego nikomu nie mówił o swojej chorobie. Może lek stworzony przez brata, jakimś cudem, przedłuży mu życie? To byłby dopiero jakiś cholerny cud.
Aby nie wyglądać za długo zbyt poważnie, uśmiechnął się lekko.
- Nie oczekuję, że się zgodzisz. Masz swoje życie. Swoje plany. Ale jedynie Tobie potrafię zaufać. Z Tobą bardzo dobrze mi się rozmawia. Jakbyśmy się jednak rozumieli. Może zgodziłabyś się spotkać w innych, przyjemniejszych okolicznościach, nie związanych z pracą i zechciała poznać mojego syna?Zapytał, przedstawiając także propozycję, utrzymania choćby zwyczajnej, przyjaznej znajomości. Bez wchodzenia w to głębiej jak kiedyś. Na nowo przyzwyczaić się do siebie. Nie miała nikogo. On został wdowcem. Co odpowie na jego propozycję?
Nie powinna była go dotykać. Wiedziała to doskonale. Obiecywała sobie, że zrobi wszystko, żeby na niego nie patrzeć i go nie dotknąć, nie zbliżyć się zanadto, bo zacznie tonąć. Ale wbrew sobie sama wyciągnęła rękę, jako pierwsza. Dosłownie i w przenośni. I teraz były tego efekty. Drgnęła lekko, czując delikatny dotyk. Brakowało jej tego. Nikt inny nie potrafił sprawić, że głupie pogładzenie dłoni sprawiało, że czuła się dla kogoś całym światem. Wielu próbowało, ale szybko przestawali, gdy zdawali sobie sprawę, że by to osiągnąć musieliby spróbować przebić głową naprawdę wysoki mur. A potem przychodził Laurence Lestrange, gładził jej skórę kciukiem i kamienie same zaczynały się kruszyć. Kochała go i nienawidziła go za to jednocześnie. Chociaż być może w tej chwili bardziej nienawidziła tylko siebie.
- Zmieniliśmy się oboje - powiedziała ostrożnie, opanowując drżenie głosu, chociaż ta nutka niepewności wciąż była wyraźnie słyszalna. - Nie jesteśmy tymi samymi osobami. Skąd masz pewność, że teraz, po tym wszystkim, to jest dobry pomysł? Nie o wszystkim da się zapomnieć, Laurence, chociaż bym chciała. Przez tyle lat chowałam się za maską, że nie jestem pewna, czy potrafiłabym ją zdjąć.
Sama - na pewno nie. A z jego pomocą...? W jej sercu błyskała iskierka nadziei, ale tłumiła ją, bo przecież to on sprawił, że w ogóle tę maskę przywdziała. I chyba tylko on był w stanie sprawić, że wyrzuci ją do kosza i o wszystkim zapomni. Ale... Do tego wszystko dochodził jego syn.
- Z przyjemnością go poznam - odpowiedziała lekko, z uśmiechem. - Ale nie teraz. Chciałabym... Chciałabym najpierw ustalić, co jest między nami. Wiesz, że dzieci wyczuwają takie rzeczy. Myślę, że domyśliłby się, że sami nie jesteśmy pewni, na czym stoimy. Nie chcę, żeby miał mętlik w głowie i ty pewnie też tego nie chcesz.
Dzieci... Małe, podstępne bestie, które rzekomo były nieporadne i w ogóle, a tak naprawdę rozumiały świat lepiej niż dorośli. Na tę myśl Camille uśmiechnęła się do siebie. Przecież mały Lestrange od razu by wyczuł, że coś między nimi nie gra. A potem... Albo by się z tym pogodził, albo by ją znienawidził. Nie, na to było zdecydowanie za wcześnie. Jeśli chcieli swojego wybaczenia, jeśli chcieli spróbować - musieli zacząć od siebie, bez mieszania w to dziecka zbyt pochopnymi decyzjami. Bo Delacour nie była głupia, Laurence mógł mówić co chciał, ale wiedziała że dla większości rodziców to dzieci zawsze stały na pierwszym miejscu.
Mimo iż kochał Camille, o swojej żonie nie zapominał. Szanował ją i dawał jej tyle uwagi, ile potrzebowała jako kobieta. Pokochał ją w późniejszym czasie, ale nie tak bardzo, jak Delacour. Nie każde aranżowane małżeństwa, mają szansę szczęśliwie się kończyć. Tak przecież było w dawniejszych jeszcze czasach, kiedy królowie wydawali za mąż i żonę swoje dzieci, jako pakt połączenia obu rodzin wyższej klasy. A czystość krwi pozostała nieskazitelnie czysta, niezabrudzona. W ich społeczności te zasady wciąż bywają praktykowane w nielicznych rodach.
Czując dotyk jej dłoni na swojej, przypominało to ich dawne czasy. Kojący dotyk delikatnie zapracowanych dłoni, ratujących cudze życia. Mały gest, a jak wiele znaczył. Potrzebował tego. Tym musiał się zadowolić.
Miała rację. Zmienili się oboje. Dojrzeli. Zbyt długo byli rozłączeni. Byłoby za szybko do siebie powrócić. Jeżeli by się zgodziła, trzeba byłoby zacząć powoli. Od prawie początku, odbudowywania znajomości.
- Najpewniej, nie jest to dobry pomysł. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale czułem, że powinienem z Tobą o tym porozmawiać. Chociaż na tyle, byśmy mogli spróbować odbudować relację na koleżeńskiej drodze.Nie chciał naciskać. Ale jeżeli i jej zależało na tym samym co jemu, może zmieni zdanie? Powinien dać jej czas do namysłu. Nie wymagać od siebie i od niej podjęcia decyzji już teraz. Już sam fakt, że się pojawił i ją zaskoczył, powinien być wystarczającym, problemem?
Maski. Ona swoją wciąż nosiła. On niezupełnie. Być może zdjął ją już jakiś czas temu, po śmierci żony.
- Naturalnie. Nie mówię że teraz.
Zgodził się, aby zapoznanie z jego synem odbyło się w niedalekiej przyszłości. Nie zaś już i teraz. Zdawał sobie sprawę z tego. Chciał tylko mieć pewność, czy w ogóle będzie chciała poznać jego małego Louisa.
- Co zatem proponujesz? Dostosuję się.
Dał jej szansę na podjęcie decyzji. To on ją skrzywdził, powinna sama podjąć decyzję co dalej. Czego by od niego oczekiwała?
W oczekiwaniu na odpowiedź, pozwolił sobie upić łyk kawy. Co by nie marnowała się, skoro już zamówili i otrzymali.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości