Gwałtowność. Znów to samo, albo jednak inaczej. Jak tamtego felernego dnia, kiedy łowca szukał czegoś w oceanicznych falach. Teraz, dziś, przeszłość miała tytaniczne znaczenie na złożach pokładów ich emocjonalności. Chcieć czy nie chcieć, jak chcesz to pragniesz, gdy pragniesz to krzywdzisz. Dawanie znaków nadmiernie romantycznych, kiedy wokół siebie miało się nieco zbyt wiele osób robiących zamieszanie w sercu nie należało do najmądrzejszych. Tak jak nie było mądrym przeciągnie chwili tego spotkania, gdy serce wybijało rytm jednej zachciewajki. Rzeczywiście - to żaden Bach. Tragedia symfonii nie miała nawet podkładu szumu krwi, więc któż ludzki miałby ją stworzyć?
Opadł na fotel, bo nie było mowy o tym, żeby jego ciało przeciwstawiło się sile, która nagle na niego naparła. Lodowa góra, która napotkała Titanica - wynik był przecież przesądzony. Lądowanie było miękkie, tylko samo odtrącenie nieprzyjemne. Nikt nie chciał czuć się odtrąconym. Za dużo? Za blisko? Za dużo historii znało takie przypadki - pragnę cię, ale chcę udawać, że jest zupełnie inaczej. Dzisiaj dotknę twojego ciała, a jutro powiem ci, że przecież nie jestem gejem. Tu niczego nie było, to niczego nie znaczy. Laurent potrafił się nie przywiązywać, przecież to były tylko epizody. Krótkie przygody, mniej czy bardziej intensywne, ale nie było miejsca na amory... jeszcze. Przyzwolenie sobie na otworzenie serca było dla takich jak on skazane na porażkę. Moment ruchu był dla niego nawet niewidoczny - w jednej chwili miał dłoń na jego pięści, zimnej, w drugiej wpadł głęboko w fotel, odepchnięty. Szerzej otworzone powieki i łuna strachu, która spina mięśnie i stawia dębem włoski na karku. Zamarł w bezruchu. Oparł się dłońmi na podłokietnikach gotów na szybszy start i jednocześnie nie chcąc startować donikąd. Pracował już z dzikimi zwierzętami i drapieżnikami, przecież wiedział, jak to działa. I widział też, jak to działa. Kiedyś w oczach Victorii. Kiedyś, gdy patrzyła na niego taka wygłodniała, prosto na jego szyję. Kiedyś w oczach człowieka...
- Im bardziej próbujesz walczyć tym będzie ci trudniej. - Czy wiedział, co mówi? Nie miał pojęcia. Kogo miał przed sobą? CO miał przed sobą? Wampira? Ghula? Trupa, który starał się wychodzić na całkiem ludzkiego. A może nadmiernie agresywnego Zimnego czy człowieka dotkniętego klątwą? Nie. Laurent był przekonany po kolejnym kontakcie z jego ciałem, że ma przed sobą któregoś z przedstawicielu zmarłych. Bardzo powoli podniósł się ze swojego miejsca. W trybie tak spowolnionym, że dla postronnego byłoby to wręcz zabawne. Dla blondyna nie było śmieszne wcale. Każdy mocniejszy i gwałtowniejszy ruch mógł teraz Astarotha sprowokować. - Nie mogę uciec. Zaczniesz mnie gonić. - Laurenta głos brzmiał spokojnie, mówił równie wolno jak się poruszał. Mimo tego brzmienia był napięty, przez co stawał się nieco głębszy. Tak, głosu też nie mógł podnosić. Instynkt. Ucieka ofiara - chcesz ją dorwać. A po malutkich prezentacjach z jego strony Laurent nie miał wątpliwości, że ten by zrobił z nim cokolwiek by chciał, zanim zdołałby dopaść do drzwi. - Astaroth. - Wypowiedział dźwięcznie jego imię, chcąc skupić jego uwagę. - Co się dzieje? - Zrobił wolny krok w tył, żeby oddalić się od mężczyzny zgodnie z jego życzeniem. Serce zaczęło mu uderzać szybciej, krew szumieć w uszach w obliczu tego, czego doświadczał, co widział i co stać się mogło w najbliższym czasie. Bo tak naprawdę... CO mogłoby się stać? Do czego mogłaby doprowadzić ta sytuacja? Nie miał przed sobą zwierzęcia, miał człowieka z krwi i kości, a ci zdolni byli do największych zwyrolstw.