Dopiero teraz poczuł zimno. Chłód tego wiatru, który przyniósł ze sobą zwiastun deszczu. Mały, niewielki teaser tego, co mogło nadejść. Tego, co mogło ich całkowicie ominąć. Laurent uwielbiał burzę. Sztorm. Nieokiełznany żywioł - jedna z tych form, jakie chciałby osiągnąć, ale zostawało mu bycie zwykłym, podłym padalcem. Samolubną żmiją zasłaniającą swoje manipulacje chęcią dobrych uczynków, żeby sobie samemu robić dobrze. Tak zaczynał na to wszystko patrzeć, jak na zmarnowane lata i bezsensowne próby sprawienia, żeby było w tym życiu innym łatwiej. Niekiedy przychodzili do niego ludzie i dziękowali mu. Zjawiali się po latach, żeby mu powiedzieć, że doceniają to, co im pokazał i że dzięki niemu osiągnęli coś więcej. A czasem taki Atreus przekonywał się, jak łatwo mu złamać nos, bo on zmian nie chciał i nie życzył sobie, żeby ktokolwiek je próbował wprowadzić. Laurent chciał, żeby ktoś zmienił jego życie. Stał się częścią tego świata. Chciał tego, a jednocześnie odsuwał od siebie coraz bardziej ludzi. Albo oni sami się odsuwali.
- Szkoda... tak. Oczywiście: szkoda. - Wybrzmiała w jego słowach ta gorycz. Objął się ramionami, bo przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, chociaż nie pomyślał o tym, że powinien założyć na siebie coś cieplejszego. Potarł dłońmi raz i dwa te ramiona i opuścił ręce wzdłuż ciała. - Jak każdemu. - To były zawsze kwestie wyborów. Rozumiał doskonale, jak to działało. Ludzie ustawiali swoje najważniejsze priorytety i decydowali. Wyciągali białe króliki z kapeluszy tam, gdzie kłaść miało się ich wielkie szczęście. - Jesteś częścią tego świata. Tylko z wyboru trzymasz się z daleka. - Gdyby nie był częścią tego świata nie stałby teraz na jego tarasie i nie wypalał papierosa. Nie robiłby tej dziwnej miny zastanawiając się nad rzuceniem niedopałka do kwiatów. Nie szkicowałby planów domu w zeszycie. Nie myślałby tyle, nie krążył jak wariat z bukietem kwiatów.
Zapach odległego jeszcze deszczu mieszał się z zapachem róż.
Drgnął, bo wszystko w jego wnętrzu drżało, wyginało się i brzydziło. Swoją samolubnością i tym, że chciał być samolubny. Tym, że bał się tego, że jeśli tylko zrobi krok to właśnie stanie się tym Bogiem, o którym sam wspominał. Przecież miał do niego aż za dobre predyspozycje. Przecież chciał nim być. Mógłby założyć własny kult i może wtedy byłby szczęśliwy - gdyby w końcu każdy był dobrowolnie częścią jego świata i nie przychodził mówiąc: no szkoda, Laurent, ALE... Nie chciał mieć wątpliwości, czy Dante powinien zginąć i nie chciał być przekonany, że nie. Prościej byłoby się go pozbyć. Tak jak Śmierciożerców. Tak jak każdej zakały tego świata, która czerpała z cierpienia i śmierci przyjemność. Geraldine mu powiedziała rzecz, którą dobrze wiedział: żaden był z niego rycerz. Nawet jakby ubrał lśniącą zbroję i złapał ten piękny miecz wykuty dla Brenny. Obrócił się i spojrzał w górę - na Fleamonta. Zadrżał mu głos. Jak miał nazywać tego człowieka było jego największym pytaniem, największą niewiadomą. Crow? Czy to jeszcze był ten Crow, to przeklęte "imię" zagubione na Nokturnie? Może już Edge, który występował w cyrku, albo Flynn, jak go nazywała Elaine? To było imię, czy kolejna ksywa?
Wszedł po tych stopniach z powrotem i stanął obok czarnowłosego. Wyciągnął w kierunku Flynna dłoń., ujął tą jego, której nie miał zajętej papierosem i lekko go pociągnął w dół. Do tego ogrodu.
- Chodź, istot-nie-z-mojego-świata. - Przybyszu z innych krain, twórco nieba i gwiazd. Architekcie Miasta. - Taak... może oni mają więcej. - Uśmiechnął się nawet delikatnie pod nosem. - Były tu rzucane czary ochronne, ale najwyraźniej niewystarczające. - Edward wpadł w panikę, Florence już montowała przekładnię, Brenna chyba rzucała jakieś czary, siedział tutaj tabun aurorów, Pandora jakieś metalowe ptaszki montowała... a może właśnie nie za mało, skoro jak dotąd każdy atak na to miejsce nie był zbyt udany? - Jak właściwie powinienem się do ciebie zwracać? Bo sam nie jestem pewny. - Nie chciał rozmawiać na te ponure tematy, bo po co? Przecież to nie był interes Crowa, tak? - Dziękuję. - Dodał mimo wszystko cicho. Nie mógł z nikim o tym porozmawiać w ten sposób, nikt go tak nie poruszał, nikt tak dogłębnie nie rozumiał tematu, jak Flynn.