- Oksymoron. - Bardzo wolno i lekko poruszył ramionami, jakby mógł powiedzieć "no i co my z tym zrobimy?". Zanotował sobie w głowie, że może nie powinien takich słów używać, ale jednocześnie miał wrażenie, że niekoniecznie uda mu się tego postanowienia dotrzymać. Nie powinno mieć to takiego negatywnego wydźwięku, ale go złapało. Czy może dało się to obrócić, żeby... nie, stop. Rozgonił chmury myśli we własnej głowie. Nie każdą rzecz można ścisnąć w dłoniach, a uczenie się na ciągłych i nieustających błędach przecież musiało być wpisane w pasmo poznania.
Czy kogoś naprawdę pomijał? Zamyślił się nad tym. Nad słowami do niego kierowanymi. Nie było w jego twarzy poczucia zranienia, obrazy majestatu - tylko czyste zamyślenie nad tym, co słyszał. Pomijasz kogoś. Pomijanie osób takich jak The Edge... tylko że ty go nie pomijałeś. Był tam, był tutaj, wkomponowywał się w świat do niego nienależący. Jak bardzo kusiło zniszczenie wszystkiego dookoła siebie, zostawienie gruzów - tylko on sam wiedział i jeden Philip Nott, któremu zdradził ten sekrecik, a z którym relacja rozpadała się już naturalnie. Chyba musiała się tak zakończyć przy wszystkich bolączkach, jakie sobie mieli do zaoferowania. Sekret o tym, że Laurent chciał to zostawić wszystko za sobą, że chciał złapać kogoś za dłoń, przejść się uliczką miasta, wypić razem kawę i przytulić się na plaży o zachodzie słońca, nawet kiedy dziesiątki oczu będą w nich wpatrzone. Poświęciłby wszystko dla osoby, która by mu to dała. Lecz to wszystko przecież musiało mieć też równowartość wymiany, by nadal mówić o szczęściu. Słodkiej bajce księżniczki i królewicza.
- Ach tak... - Tyle niepewności i tyle prób złapania stabilności na tym podmywanym falami piasku. Rozumiał to. - Musisz mi dokładniej wymalować tę linię, bo ja jej nie widzę. - Ludzie tacy jak on - czyli kto? Pierwszą osobą, która podbiła jego serce był zwykły skurwiel, bandzior z Nokturna. Kiedy wpatrywał się w niego błękitem oczu wiedział, że to nie jest grzeczny mężczyzna pod zawiązanym krawacikiem. Był wtedy bardziej łatwowierny. Teraz zwyczajnie bał się większości ludzi. - Zapytałeś mnie, czy mógłbym cię pokochać. - Odsunął się od Flynna i spojrzał na te kwiaty zastanawiając się jednocześnie, czy powinien jeszcze któryś zebrać, ale musieliby przejść dalej. Więc zrezygnował. Może później, albo zaraz... Wrócił wzrokiem na rozmówcę. - Moja odpowiedź ciągle jest taka sama. Tak. - Złość... bał się tego, że się na niego zezłości? To może i dobrze, że ta początkowa złość szybko mu przeszła. - Tylko sądzę, że nie dasz mi takiej okazji. Sądzę, że takie spotkania jak te będą tylko dodatkiem do twojej codzienności. Czy może chciałbyś, żebym naprawdę postawił linię? Jak ją postawię to nie będzie dzielić mnie od ciebie. Będzie dzielić nas od świata. - Tego chciał? Czy może Crow po prostu nie potrafił się zdecydować? Nie wiedział, z kim tam sobie żył i mieszkał... ale czy to na pewno była jego sprawa. - Tak, chciałem zebrać kwiaty. Dać ci kwiaty. Żebyś każdy zobaczył, powąchał, dotknął. - Zabrał ze sobą, wyrzucił do śmieci jak tamten bukiet. Cokolwiek. - Nie martw się, jak widzisz z korzystaniem z twoich rąk dobrze sobie radzę. - Pił tutaj do kwiatka - na razie jednego. Pociągnął go w kierunku tarasu tylko po to, żeby zanieść do środka swoje dokumenty - weszli do salonu, gdzie rozciągało się to nocne niebo nad stolikiem kawowych zawalonym ofertami kupna nieruchomości i działek, wycinkami z gazet takowych dotyczących i atlasem Wielkiej Brytanii. Sprawdził, czy ciało Flynna było ciepłe i zdecydował się jednak przejść kawałek po ogrodzie, żeby zebrać z niego kilka kwiatów, więc bez już pytań Flynn został poprowadzony z powrotem. I jak zostało przykazane - nie puścił dłoni Fleamonta. Pokazywał mu niektóre kwiaty, żeby sam je zerwał, kucając z nim przy nich. Przy niektórych brał jego dłoń, którą trzymał i kierował opuszki na jedwab płatków i łaskoczące języki ich wnętrz. Każdy płatek miał w zasadzie inną strukturę. Każdy kwiat pachniał inaczej. Właściwie bardziej starał się wygładzić i uspokoić Flynna tą głupią, w swoim mniemaniu, zabawą. Ale przyjemną. I miał nadzieję, że dla niego też była choć trochę przyjemna, zanim w końcu z bukietem w rękach (a raczej ręce Flynna) wrócili do domu przez pogodę. Lub przez to, że Fleamont stracił zainteresowanie.