• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
« Wstecz 1 2 3 Dalej »
29 Marca 1972 | Posiadłość Eden i Williama pod Londynem || Morgan & William

29 Marca 1972 | Posiadłość Eden i Williama pod Londynem || Morgan & William
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Morgan Chang
#1
04.11.2022, 14:03  ✶  
Nie był właściwie nawet pewny, jaki dziś dzień tygodnia. W świecie przepełnionym dymem palonych ziół, starannie odmierzanych składników i ognia cicho trzaskającego pod kotłem takie rzeczy nie miały zwyczajnie znaczenia. Twarze ludzi zaglądających do jego domu także zlewały mu się w jedno, liczyło się tylko to, że skrzynia schowana w mieszkaniu powoli acz stopniowo i regularnie zapełniała się złotem. Był z siebie dumny ilekroć zamykał ciężkie wieko, świadom faktu że za garść takich monet mógł kupić siostrze i babce coś dobrego, coś co mogłoby wywołać uśmiech na ich twarzach. Można by rzec nawet że był szczęśliwy, niemniej na jego twarzy próżno było poszukiwać świadczącego o tym radosnego grymasu. Zamiast tego jednak to jego włosy zaczynały lśnić złotymi pasemkami - prędko jednak znikały, gdy Morgan zaraz znów pogrążał się w swojej pracy. W końcu nie mogła ona dłużej czekać.
Jego pracownia była jego królestwem - to dlatego też opuszczał ją bardzo niechętnie. Były jednak sprawy, które nie znosiły zwłoki, i właśnie dziś należało się zająć jedną z nich. Poza zwykłą, codzienną pracą, stanowiącą główne źródło utrzymania swojej rodziny, chłopak miał także inne priorytety. Niewiele można się nauczyć warząc w kółko to samo, stąd też Morgan wdzięczny był losowi za okazję do podzielenia się swoimi naukowymi zapędami z kimś innym. Z kimś, kto myślał bardzo podobnie, nawet jeśli cała otoczka towarzysząca Williamowi była tak... okropnie obca.
Nie czuł się komfortowo opuszczając doskonale znane sobie wąskie i raczej obskurne uliczki samego centrum magicznego Londynu - zawsze miał wtedy wrażenie, że ludzie się na niego gapią. Po części zapewne tak było, i Morgan doskonale znał tego powód. Wiedział również że istnieje sposób, aby nieco bardziej zmieszać się z tłumem... ale zwyczajnie nie marnował na to sił. Jego podróż i tak była bardzo krótka, i już za kilka chwil będzie mógł skryć się przed oczami postronnych, oceniających obcych. Miejsce, do którego zmierzał, także było mu co prawda nieznane... jednak świadomość kto sprawował pieczę oraz zarządzał pracownią, której progi Morgan miał wkrótce przekroczyć, nieco dodawała mu pewności siebie.
Spodziewał się, że drzwi otworzy mu gosposia. Służąca. Skrzat domowy? Właściwie nie był do końca pewny swojego wyobrażenia o domostwie Williama Lestragne'a, jednak już z zewnątrz robiła całkiem duże wrażenie. A może to po prostu wyobraźnia Changa, jako tego, który wychowany został w slumsach, po prostu wyolbrzymiała bogactwa i wynikające z tego jednocześnie zepsucie ludzi zamożnych? Trochę zazdrościł im tego przepychu, możliwości życia w wygodzie i dostatku, ale im dłużej się nad tym zastanawiał, tak stwierdzał że on by się do takiej egzystencji zwyczajnie nie nadawał. Nie, gdy wiązało się to także z całą tą towarzyską błazenadą. Morgan lubił pieniądze, lubił także możliwości, jakie mu dawały, dużo bardziej pewnie czuł się jednak w zatęchłych, podejrzanych uliczkach magicznego centrum Londynu, gdzie nikogo tak naprawdę niespecjalnie obchodziła jego małomówna persona.
Trzy stuknięcia w ciężkie, drewniane drzwi dały znać mieszkańcom posiadłości, że oto mają gościa. Wbrew jednak oczekiwaniom Azjaty, gdy minął już czas oczekiwania na reakcję lokatorów, nie dostrzegł w wejściu nieznanej sobie służącej czy innego lokaja. Ale to dobrze, zdecydowanie lepiej. Przynajmniej obejdzie się bez niezręcznego i zapewne przesadnie zawiłego tłumaczenia celu jego przybycia w to miejsce. Zamiast tego Morgan stanął twarzą w twarz z samym gospodarzem. Jedyną reakcją na to odkrycie było lekkie drgnięcie lewej brwi mężczyzny. Zaraz potem ukłonił się, tak jak go zawsze uczono, a gdy wyprostował się i znów skrzyżował spojrzenia z Williamem, wskazał na skrytą pod swoim płaszczem torbę.
- Jestem, tak jak prosiłeś. I mam to, czego ci trzeba - wyjaśnił jeszcze pokrótce.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#2
07.11.2022, 01:26  ✶  
Znał swoje nawyki doskonale, dlatego, gdy zlecał projekt domu zaznaczył podkreślając trzy razy, że musi w nim istnieć system, który pozwoli mu słyszeć dobijających się do drzwi nieszczęśników, gdy będzie siedział w swoim gabinecie. Z głębokiego skupienia, które można by nawet nazwać dziwnym, naukowym transem, wybudziły go stuknięcia w drzwi wejściowe, z początku przeklął pod nosem, bo prawie wypuścił z dłoni fiolkę, ale gdy ostatecznie nie doszło do żadnej tragedii odstawił ją powoli na miejsce zatykając. Nie tracąc ani chwili wyłonił się ze swojej pieczary. Z początku przymrużył oczy dziwiąc się odrobinę, że jest już tak jasno. Spojrzał na zegar znajdujący się na ścianie... westchnął gardłowo, obiecał sobie po ostatniej kłótni z żoną, że będzie pilnował chociaż pory posiłków, wspaniale. Nawet tego nie potrafił zrobić.
Nie poprawiając zapiętej krzywo, wygniecionej koszuli w kolorze ciemnego granatu pozwolił materiałowi odsłaniać część klatki piersiowej, otworzył drzwi. Świeże powietrze zadziałało kojąco na tlące się w skroni zmęczenie. Lestrange zamrugał pare razy, bo wyschnięte od ślęczenia nad różnymi przyrządami oczy przypomniały sobie, że powinny się nawilżać. Włosy miał w nieładzie, oczy podkrążone. Wyglądał jak siedem nieszczęść i jakby łóżka nie widział conajmniej od tygodnia, podkreślał to parudniowy zarost.
- Oh Morgan! No tak, to dzisiaj? Swietnie, że tak szybko. W sumie, szybko? Nie jestem pewien, dopiero co rok się zaczął, a już jest wiosna. - machnął ręką i zaprosił go do środka w swoim chaotycznym przywitaniu.
Nie miał w zwyczaju przepraszać za swój stan, bo też nie przywiązywał do niego najmniejszej wagi. Ciało było dla niego tylko narzędziem, naczyniem dla mózgu i niespecjalnie się nim przejmował. Oczywiście, dbał o podstawową higienę, ale z jedzeniem i spaniem w regularnych porach było już gorzej, tak samo jak ubieraniem na siebie schludnie wyglądających ubrań.
Na lekkie drgniecie brwi zwrócił uwagę, ale tez go nie skomentował. William nie był najlepszy w odczytywaniu sygnałów ani gestów, zazwyczaj po prostu się nad tym nie zastanawiał uważając to za zbędne, w końcu nie przebywał w dużych grupach ludzi nazbyt często i dbał o to, aby tak pozostało.
- Chyba powinienem zaproponować ci coś do picia? Chciałbyś coś? Bo wtedy musimy iść do kuchni - wskazał palcem kierunek, w jakim prawdopodobnie było pomieszczenie, gdy zamykał za gościem drzwi.
Wnętrze domu przezabawnie kontrastowało z samym gospodarzem. Wszystko było ułożone wręcz w pedantycznym porządku, a kurzu szukałoby się na marne. Hol, przedsionek oraz schody prowadzące do góry były zachowane w harmonijnych, jasnych barwach kontrastujących z ciemniejszym drewnem.
- Jesteśmy sami, więc będę musiał ci zrobić tej herbaty, jeżeli chcesz. I po prawdziwe... - chciał coś dodać, ale głośno zaburczało mu w brzuchu, więc wygiął usta w skrępowanym uśmiechu - I po prawdzie to musiałbym coś zjeść, bo ostatnio wychodziłem z pracowni wczoraj. - zerknął na podłogę tylko po to, aby zorientować się jak bardzo niestosownie jest ubrany, nawet butów nie miał, a nagie stopy szybko robiły się chłodne od posadzki.
Zawsze musiał z siebie zrobić przedstawieniem, nawet jak nie było to jego celem, no trudno.
Przywykł.
Miał tylko nadzieję, że Morgan nie odwróci się na pięcie stwierdzając, że nie chce mieć z takim świrem nic do czynienia... a takie reakcje też William dostawał, nikogo nie powinno to dziwić.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Morgan Chang
#3
21.11.2022, 15:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.11.2022, 15:31 przez Morgan Chang.)  
Szczerze mówiąc istotnie, wygląd Williama wprawił go w lekką konsternację. Składało się na to jednak wiele elementów, więcej nawet niż sam Lestrange mógłby się spodziewać. Kontrast z resztą domu, w ogóle sam fakt, że ktoś, po kim Morgan spodziewał się, że posiada służbę czy może nawet skrzata, ale także przede wszystkim... własna nerwica. Nie chodziło nawet o bose stopy, nie chodziło o włosy w nieładzie, o kilkudniowy zarost - owszem, ten zdecydowanie szpecił lico Willa, nie to jednak przykuło uwagę gościa. Ten dokładnie wysłuchał przywitania, którym został uraczony, wysłuchał także propozycji poczęstunku napitkiem, nie podał jednak gospodarzowi żadnej odpowiedzi. Przede wszystkim dlatego, że jego wzrok utkwiony został w krzywo zapiętej koszuli mężczyzny. Zagięcia także go mierziły, ale te krzywo zapięte guziki...
Poczuł nagle przypływ ogromnej frustracji, która przysłoniła na krótki moment wszystko inne. Uczucie to zalało jego osobę, przyjmując jego kształt niczym woda wlana w naczynie. Nie obeszło się także bez drobnej zmiany w wyglądzie, bo choć to gwałtowne wzburzenie nie odmalowało się w żaden sposób w mimice Changa, włosy na czubku jego głowy zaczęły się nagle farbować na krwistą czerwień. Mężczyzna pozwolił swojej torbie swobodnie opaść gdy wkraczał do przybytku Lestrangów. Gdy zaś drzwi zamknięto a ostatnie słowa zdążyły już opuścić usta gospodarza, Morgan czując że dłużej nie wytrzyma, wyciągnął obie dłonie ku Williamowi. Nie miał wiele wprawy w odpinaniu i zapinaniu guzików, ręce miał jednak zręczne dzięki swojej pracy alchemicznej. Sam Lestrange wiedział zapewne, jak czasem trzeba się było natrudzić, by odkorkować i odkręcić co bardziej uporczywe fiolki - a przecież trzeba to było robić sposobem, nie siłą. Koniec końców koszula została prędko rozpięta - po czym zapięta ponownie. Wolny został tylko jeden guzik pod samą szyją. Poprawieniu uległ także wygięty kołnierzy. Zagniecenia na materiale nadal go świerzbiły... szkarłat na włosach wyraźnie jednak przygasł i zamienił się w kilka pojedynczych pasm, wyróżniających się na tle naturalnej czerni. Mężczyzna odsunął się zaś na przyzwoitą odległość jednego kroku.
- Tak, dzisiaj - odpowiedział niewzruszenie, jakby nic się nie stało - Mną się nie przejmuj. Ale jeśli potrzebujesz się posilić, prowadź - herbaty Anglików i tak uważał zw zwyczajnie obrzydliwe. Nie potrafili właściwie parzyć suszu tak, aby wydobyć to, co w liściach było najcenniejszego. Zamiast tego woleli popijać jakieś gorące szczyny. Morgan wydedukował zatem że łatwiej jest zwyczajnie odmówić napitku niż udawać w następnej chwili, że wszystko jest w porządku. Decyzja należała więc do samego Williama, Chang, choć wolałby od razu udać się na miejsce i tak nie wiedział gdzie miałby szukać należącej do Lestrange'a pracowni.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#4
25.12.2022, 15:19  ✶  
Nagła wykwit czerwieni na samym czubku głowy rozmówcy sprawił, że William zamrugał parę razy. Czarodzieje uznawali za normalne rzeczy, które nawet nie śniły się Mugolom, więc lekka zmiana koloru włosów, zwłaszcza u Metamorfomaga nie powinna być niczym nadzwyczajnym, a spotkała się z nieznaczną konsternacją Lestrange’a. Nie zadał jednak żadnego pytania, przyglądając się z niejakim zaciekawieniem jak czerń ustępuje ostrzejszej barwie. Zauważył, że Morgan wyciąga do niego dłonie, znał go jednak na tyle, aby wiedzieć, że ten chce strzepnąć mu paproch bądź włosa z ramienia czy cokolwiek tam leżało. Po tylu wizytach w niewielkim lokum drugiego mężczyzny metamorfomagia oraz towarzyszące jej zmiany i kolory nie powinny być dla Willa aż tak absorbujące, jednakże tym razem nie wychodził z piwnicy kapkę za długo – jego mózg wciąż budził się z charakterystycznego letargu na bodźce, w który zapadał przy większym skupieniu. Jak zahipnotyzowany wyciągnął rękę, aby delikatnie dotknąć czubka głowy, tam, gdzie czerwień była najbardziej wyrazista. Czuł, że guziki jego własnego ubrania są rozpinane, a potem ... zapinane? Zignorował to, teraz liczył się czerwony kosmyk włosów pomiędzy palcami. Nie na długo jednak, bo gość zaraz się odsunął, a czerwień przesunąwszy się po bladości dłoni wysmyknęła się z jej zasięgu.
Will spojrzał na swoją koszulę.
– Oh. – wyrwało mu się – Przepraszam i dziękuję. Trzeba było powiedzieć, dopiąłbym się. Jestem w okropnym nieładzie i ... – przerwał, bo czerwień zelżała, przybrała odcień barszczu rozrobionego sporą ilością śmietany.
– Nie wiem co dzisiaj jest ze mną, chyba się jeszcze nie dobudziłem. Widziałem je już czerwone, ale nie aż tak czerwone. A może to kwestia światła? – nie przeszkadzał mu dotyk, bo nie wiązał go z niczym intymnym, przynajmniej nie w pierwszym momencie oraz nie wtedy, gdy był tak bardzo zagubiony w swoim świecie.
– Mniejsza. Dam ci chociaż wody, jesteś pewny, że nie chcesz nic jeść? Kanapki robię lepiej niż zapinam guziki. – zaśmiał się w lekkim skrępowaniu i pokazał ręką kierunek, w którym mieli zmierzać, aby dotrzeć do kuchni.
Pomieszczenie nie było wcale takie duże, jak sugerowałby wcześniejszy hol z wysokim sklepieniem. Posiadało trzy pary drzwi – wychodzące na boczną część ogrodu, te główne, którym weszli oraz spiżarniane. Szafki wyglądały na nietknięte, ale wiszące przy suficie patelnie i garnki miały na sobie ślady użytkowania, w serwantce stojącej pod ścianą zamknięta była porcelanowa zastawa i szklane kieliszki. William sięgnął po filiżankę i pozwolił, aby drzwiczki mebla wróciły na swoje miejsce z delikatnym kliknięciem. Zamiast wyciągnąć różdżkę sięgnął po stojący na drewnianej podstawce, dziwacznie prezentujący się czajnik, aby wstawić go w palenisko. Te odrobinę dogasało, ale Lestrange nie marnował czasu i wykonał odpowiednie czynności, aby sprawić, że ciepło ognia wykona swoje zadanie.
Skinął głową na krzesła stojące przy stole. Na jego blacie stały pusty dzbanek wraz z kupką różnego rozmiaru i rodzaju talerzy.
– Zazwyczaj ymm Helen? Gosposia. Nie pamiętam, jak ma na imię, ostatnio musieliśmy zatrudnić nową, mało ja spotykam. – wyglądał na szczerze zmartwionego, że zapomniał imienia kobiety, ale zaraz przeszedł do dalszej części wypowiedzi - Zazwyczaj ona tu siedzi, więc staram się jej niczego nie przestawiać. – spojrzał na czajnik, którego dziwaczność miał zaraz zamiar wytłumaczyć.
– Może nie jest to jakieś wielkie odkrycie, ale ułatwia mi życie. – [b] wskazał palcem na wbudowany na przedzie przedmiotu miernik – Pijam zazwyczaj jaśminową herbatę, a przecież sam wiesz, że parzenie jej w stu czy dziewięćdziesięciu stopniach tylko psuje smak. W niektórych naczyniach na eliksiry czy wywary zaczęły się pojawiać te mierniki, termometry. Być może to trochę mugolskie rozwiązanie, ale wole wiedzieć, ile stopni ma woda jak ją gotuję. Pierwszy prototyp był... – [/b] spojrzał wymownie na sufit, który wciąż był odrobinę przysmalony – dość wybuchowy, ale ten zdaje się działać dobrze. Naprawdę, jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że nie wybuchnie. – zapewnił, widocznie zadowolony z siebie i swojego prototypu numer dwa.
Dziwaczny czajnik zaczął odrobinę tyrpać na palenisku, gdy wskazówka na wbudowanym z przodu mierniku temperatury przesuwała się powoli od zera do stu.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Morgan Chang (994), William Lestrange (1172)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa