04.01.2023, 11:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2023, 14:54 przez Mackenzie Greengrass.)
Wszystko zaczęło się od: dwóch tłuczków, deszczu, wiatru i ostrej walki o kafla.
Mackenzie Greengrass stosunkowo rzadko spadała z miotły. Quidditch był całym jej zżyciem, aktywność fizyczna rzeczą, w której zawsze była najlepsza – dużo lepsza niż w magii, a krew Nottów, o której nikt nie wiedział, dawała o sobie znać. Dziś jednak mecz odbywał się w warunkach niemalże apokaliptycznych: wiejący wiatr, zacinający deszcz, utrudniający widoczność. Nagła zmiana kierunku wiatru i dwa tłuczki, z których w tym samym momencie jeden walnął ją, a drugi (chociaż Mackenzie tego nie miała szans zauważyć) Theodora Lovegooda, podobnie jak ona pędzącego ku kaflowi, doprowadziły najpierw do zderzenia w powietrzu, potem zaś do upadku z wysokości jakichś dziesięciu metrów.
Mieli tyle szczęścia, że na ziemi zalegało dość błota, aby spadnięcie na nią w plątaninie szat, kończyn i mioteł, nie zakończyło się śmiercią ani ogromną ilością złamań. Właściwie to groziło im pewnie utopienie w kałużach. Tego Mackenzie jednak nie miała okazji zobaczyć, bo gdzieś pomiędzy tłuczkiem, który złamał jej rękę, a walnięciem o glebę, straciła na moment przytomność.
Ocknęła się jakieś pięć minut później. Wciąż w szatach quidditcha, już nie czerwonych, a brązowych, tak mokrych, że można by z nich wycisnąć miskę wody. Jasne włosy, związane na czas meczu w ciasny kucyk, też zmieniły kolor, a twarz Kenzie była ubabrana błotem. Ręka promieniowała bólem, a liczne sińce i krwiaki, które powstały albo w chwili zderzenia w powietrzu, albo w sekundzie uderzenia o boisko, wyśpiewywały bolesną pieśń swojego lodu.
To nie miało jednak znaczenia.
Przekrzywiła lekko głowę, uświadamiając sobie, że ona, i drugi potwór z bagien, którego (trochę przez błoto, trochę przez to, że kręciło się jej w głowie) nie była w stanie nawet rozpoznać, są właśnie transportowani na noszach korytarzem, wiodącym prosto do skrzydła szpitalnego.
- Meeeecz? – wyjęczała, usiłując zogniskować wzrok na nauczycielce transmutacji, która sterowała jej noszami.
- Ciągle trwa, panno Greengrass. Nie złapano znicza.
Ach, te wspaniałe zasady quidditcha. (Zdaniem Mackenzie zresztą faktycznie były wspaniałe.)
Otrzeźwiała niemal natychmiast i usiadła na noszach, od czego – rzecz jasna – zakręciło się jej w głowie tak, że padła na nie z powrotem.
- Przecież ja muszę tam natychmiast wracać!
- Ze złamaną ręką i prawdopodobnie wstrząsem mózgu? Szczerze wątpię. Panie Lovegood, jak się pan czuje? – spytała kobieta, a przed nimi otworzyły się drzwi skrzydła szpitalnego…
Mackenzie Greengrass stosunkowo rzadko spadała z miotły. Quidditch był całym jej zżyciem, aktywność fizyczna rzeczą, w której zawsze była najlepsza – dużo lepsza niż w magii, a krew Nottów, o której nikt nie wiedział, dawała o sobie znać. Dziś jednak mecz odbywał się w warunkach niemalże apokaliptycznych: wiejący wiatr, zacinający deszcz, utrudniający widoczność. Nagła zmiana kierunku wiatru i dwa tłuczki, z których w tym samym momencie jeden walnął ją, a drugi (chociaż Mackenzie tego nie miała szans zauważyć) Theodora Lovegooda, podobnie jak ona pędzącego ku kaflowi, doprowadziły najpierw do zderzenia w powietrzu, potem zaś do upadku z wysokości jakichś dziesięciu metrów.
Mieli tyle szczęścia, że na ziemi zalegało dość błota, aby spadnięcie na nią w plątaninie szat, kończyn i mioteł, nie zakończyło się śmiercią ani ogromną ilością złamań. Właściwie to groziło im pewnie utopienie w kałużach. Tego Mackenzie jednak nie miała okazji zobaczyć, bo gdzieś pomiędzy tłuczkiem, który złamał jej rękę, a walnięciem o glebę, straciła na moment przytomność.
Ocknęła się jakieś pięć minut później. Wciąż w szatach quidditcha, już nie czerwonych, a brązowych, tak mokrych, że można by z nich wycisnąć miskę wody. Jasne włosy, związane na czas meczu w ciasny kucyk, też zmieniły kolor, a twarz Kenzie była ubabrana błotem. Ręka promieniowała bólem, a liczne sińce i krwiaki, które powstały albo w chwili zderzenia w powietrzu, albo w sekundzie uderzenia o boisko, wyśpiewywały bolesną pieśń swojego lodu.
To nie miało jednak znaczenia.
Przekrzywiła lekko głowę, uświadamiając sobie, że ona, i drugi potwór z bagien, którego (trochę przez błoto, trochę przez to, że kręciło się jej w głowie) nie była w stanie nawet rozpoznać, są właśnie transportowani na noszach korytarzem, wiodącym prosto do skrzydła szpitalnego.
- Meeeecz? – wyjęczała, usiłując zogniskować wzrok na nauczycielce transmutacji, która sterowała jej noszami.
- Ciągle trwa, panno Greengrass. Nie złapano znicza.
Ach, te wspaniałe zasady quidditcha. (Zdaniem Mackenzie zresztą faktycznie były wspaniałe.)
Otrzeźwiała niemal natychmiast i usiadła na noszach, od czego – rzecz jasna – zakręciło się jej w głowie tak, że padła na nie z powrotem.
- Przecież ja muszę tam natychmiast wracać!
- Ze złamaną ręką i prawdopodobnie wstrząsem mózgu? Szczerze wątpię. Panie Lovegood, jak się pan czuje? – spytała kobieta, a przed nimi otworzyły się drzwi skrzydła szpitalnego…