• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[23/11/1962] A wild night to remember so vividly || Erik & Laurence

[23/11/1962] A wild night to remember so vividly || Erik & Laurence
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#1
14.12.2023, 22:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2025, 16:00 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III

—23/11/1962—
Klub nocny „Sala wymiarów”, Aleja Horyzontalna
Erik Longbottom & Laurence Selwyn


To była zimna i mokra listopadowa noc, ale atmosfera w „Sali Wymiarów” nie mogła być bardziej ciepła i żywa. Lokal słynął z występów na żywo, w których brały udział zarówno zespołu złożone z ludzi, jak i skrzatów domowych. Od lat schodziły się tu tłumy modnych i bogatych ludzi, stanowiąc w dni powszednie miejsce spotkań towarzyskich i biznesowych, aby w weekend przekształcić się w przystań dla spragnionych alkoholu i wrażeń młodych czarodziejów i czarownic.

Nic dziwnego, że nowe pokolenie upodobało sobie lokal na Horyzontalnej. Podstawą głównej sali był parkiet taneczny z podłogą wykonaną z polerowanego drewna. Ściany zdobiły ciemne kolory i geometryczne figury. Scena z podwyższeniem znajdowała się w rogu, wzniesiona ponad tłum i otoczona od strony ścian lustrzanymi panelami, które odbijały światło i ruchy bawiących się gości.

Żyrandole pod sufitem były najbardziej uderzającym aspektem wystroju klubu. Pośród szkiełek umieszczono magiczne ognie, które zmieniały kolor i kształt w zależności od nastroju i typu muzyki. Tworzyły w ten sposób oszałamiający spektakl świateł i cieni, potęgując wrażenia gości. Kolory wahały się od ciepłych czerwieni i pomarańczy po chłodne błękity i fiolety, a kształty od prostych okręgów i gwiazd po złożone fraktale i spirale.

Z parkietu po kilku schodkach można było przejść na swego rodzaju galerię, odgrodzoną od parkietu barierkami i zaklęciami wygłuszającymi. Na tym poziomie znajdował się między innymi bar i przejście do dodatkowych pomieszczeń lokalu. Roiło się tutaj od stołków i stolików, przy których mogą zasiąść goście. Były tu też schody prowadzące na wyższe piętra; na pierwszym znajdowała się kolejna strefa dla gości wypełniona stolikami i lożami, a na drugim strefa VIP, przeznaczona dla tych, którzy są gotowi zapłacić więcej za chwilę spokoju... Lub zaprosić gości z niższych pięter na swój koszt.

~~*~~

Nie wierzę, kurwa, własnym uszom, powtarzał w myślach Erik, bawiąc się kołnierzykiem białej koszuli. Przecież to musiał być jakiś cholerny dowcip. To miał być ten elitarny klub, który wszyscy tak chwalili na jesiennym bankiecie? Merlinie, dokąd ten świat zmierzał. Ponownie zmierzył nieprzyjemnym wzrokiem ochroniarza broniącego wejścia do strefy VIP. Wyglądał jak wyrośnięty psidwak broniący podwórka tego jednego wrednego sąsiada, którego każdy miał lub kiedyś będzie mieć.

— Posłuchaj mnie — zwrócił się do niego po raz kolejny, podnosząc nieco głos, Zaklęcia wyciszające ten segment słabły. Były dawno nieodnowione, albo grająca od kilku dobrych godzin muzyka stawała się po prostu za głośna. — Hej! — Pstryknął palcami, chcąc zwrócić na siebie uwagę faceta. Ten w odpowiedź napiął mięśnie. Byli niemalże równi wzrostem, jednak budowa ciała pracownika lokalu niestety działała na niekorzyść ledwo dwudziestoletniego Brygadzisty. — Na pewno mnie kojarzysz. Siedziałem tam pół wieczoru, a teraz ty nie chcesz mnie wpuścić? To jakiś żart?

Co to w ogóle była za kultura? Tam zostały wszystkie jego rzeczy! Co z tego, że to nie on opłacił strefę? Był tam w gościach u dalekiego znajomego, świętował przy okazji pierwszy rok spędzony w pracy dla Ministerstwa Magii, a ostatnią godzinę... Po prostu spędził na parkiecie i przy barze, z dala od reszty swych kompanów. Trochę się poprztykali w kwestii tego, kto ma zapłacić za kolejną kolejkę. Erik się ewakuował na parkiet. Czy to była jakaś zbrodnia? Nie, oczywiście, że nie! To było normalne zachowanie w takim lokalu. Ale ten trep tego po prostu nie rozumiał! Longbottom ostatkiem rozsądku powstrzymał się od zagrania kartą pod tytułem: Czy ty wiesz, kim ja jestem?

— Ile razy mam ci powtarzać...? — „Psidwak” wbił w niego ciężki wzrok. — Typki, z którymi byłeś już stąd poszli. Nie wykupiłeś wejścia, to tam nie wrócisz. To chyba logiczne, czy mam ci to wytłumaczyć bardziej dosadnie?

— Ty wcale nic takiego nie... — zaczął, jednak po chwili zakręciło mu się w głowie. Może to jednak była prawda? Wlał w siebie całkiem sporo alkoholu. Fakt faktem odreagował trochę na parkiecie, ale trzeźwy w stu procentach to nie był. — Dobra, wiesz co? Daruj sobie! Nieważne. Poradzę sobie sam!

Ruszył w stronę schodów, przeklinając pod nosem tę upartą gnidę. Czy naprawdę tak trudno było wpuścić go tam na pięć minut? Albo po prostu pójść z nim, żeby mógł zabrać swoje rzeczy? Chociaż skoro mówił, że ktoś je zabrał... Może faktycznie zabrał je znajomy z Brygady i odzyska je rano? Tylko, czy ochroniarz mógł być tego pewien? Tam była jego marynarka, jego odznaka... Bones go rozszarpie, jak się okaże, że ją stracił.

Erik zatrzymał się przy barierce, wbijając tępy wzrok w scenę na dole. Dochodziło do niego jedynie lekkie dudnienie, jednak z tego, co widział, ludzie całkiem nieźle się bawili. Dzisiaj na scenie dominowało trio rudowłosych wiedźm z Irlandii. Podobno grały rocka „doprawionego odrobiną magii”. Może któraś z nas była potomkinią wiły? Pomimo tego, że śpiewały w swoim ojczystym języku, ich piosenki były tak porywające, że bariera językowa zdawała się nie mieć znaczenia. Tłum ich uwielbiał.

Pieprzyć to, pomyślał, odpychając się od balustrady i schodząc na niższe piętro, przeskakując po kilka schodków na raz. I w momencie, gdy miał zeskoczyć na pół-piętro... Zza zakrętu wychylił się wysoki nieco starszy od niego mężczyzna. Erik nie był w stanie wyhamować, mógł jednak zminimalizować szanse na swój upadek... Objął na wpół obcego, starając się złapać równowagę, aby chwilę później się od niego odkleić.

— Na Merlina! Przepraszam, nie powinienem... — w tym momencie zerknął na niższe piętro, z którego nadszedł facet.

U stóp schodów podążało za nim jeszcze kilka osób w naprawdę drogich i wysokiej jakości kreacjach... A dalej stał tłum gapiów i... Reporterów z aparatami. Erik momentalnie pobladł i baaardzo powoli zerknął na faceta, którego prawie powalił na ziemię. Otrzeźwiał nawet nieco.

— Ja... Ja... Pan — Ku własnemu zdumieniu rozpoznał go. Nie znali się osobiście, ale kojarzył z plakatów wywieszonych w magicznej dzielnicy. — P-pan Selwyn. Laurence Selwyn. Najmocniej przepraszam, nie chciałem nic..

Język zaczął mu się plątać. Mokre od potu włosy opadły mu na czoło, tworząc krótką grzywkę, a wzrok Erika miotał się od Selwyna po reporterów, jakby nie wiedział, czy powinien przesunąć się na bok, czy uciekać. A jeśli uciekać to w którą stronę? W górę, w dół? Przez barierki ku parkietowi, żeby oszczędzić sobie kolejnego zastrzyku wstydu?



the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#2
18.03.2024, 00:09  ✶  
Sto dwadzieścia uderzeń serca na minutę; niebezpieczna granica tachykardii towarzysząca euforii ogarniającej całe jego ciało. Czuł krew pulsującą w skroniach, myśli stały się klarowniejsze, zaś słowa płynęły wartko. Wszystkie inne bodźce docierały do niego przytłumione, jakby oddzielony był od świata kaskadą wody. Nie przeszkadzała mu obecność dziennikarzy Czarownicy szukających sensacji; pławił się w ich uwadze i dawał im dokładnie to, czego oczekiwali - temat do kolejnego artykułu, dlatego teraz bez skrępowania flirtował z aktorką, młodą debiutantką, z którą grał w swoim najnowszym filmie, a którego premiera miała mieć miejsce dopiero wiosną. Była ładna, choć niezbyt w jego typie, irytowała go swoim zbyt poważnym podejściem do pracy, ale mieli tego wieczora tylko się pokazać wraz z kilkoma innymi osobami z produkcji. Prosty układ dla podbicia zainteresowania i przy okazji świętowanie zakończonych zdjęć. Nie ważne co mówią, byle mówili, brzmiała jego dewiza. Żył z tego, że było o nim głośno.

Poza tym w klubie było duszno, muzyka niezbyt mu odpowiadała (zdecydowanie wolał jazz), a do tego czuł, że zaraz musi przyjąć kolejną dawkę środka ukrytego w puzderku wewnętrznej kieszeni jego marynarki. Siedział prosto, uśmiechał się i starał przy tym wyglądać jak najbardziej naturalnie, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności dziennikarzy, choć ich flesze raz za razem go oślepiały. W normalnych okolicznościach nie zostaliby nawet wpuszczeni do klubu, ale to była ustawka, zwykła gra pod publikę. Czekał tylko, aż ten koszmar się skończy, popijał obrzydliwie słodkiego drinka i próbował ukryć to, jak bardzo trzęsą mu się dłonie.

— Chyba już mają to, na co im zależało i możemy przenieść się do... nieco bardziej prywatnej loży — zauważył wreszcie sam reżyser (zupełnym przypadkiem będącym jednym z licznych kuzynów Laurence'a), na co reszta zgodnie przytaknęła. Zaczęli się zbierać i dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że przez cały czas siedział na czyjejś marynarce.

— To któregoś z was? — zwrócił się do mężczyzn, ale oni tylko pokręcili głowami. Wsunął rękę do kieszeni i natrafił na coś twardego, co po wyciągnięciu okazało się odznaką Brygady Uderzeniowej. Obrócił ją w dłoniach, nieco zaskoczony jej ciężarem. Sam zagrał kiedyś epizodycznego Brygadzistę na początku swojej kariery, ale jego oznaka była sztuczna, pozbawiona większości detali i znacznie lżejsza — No, no... Będzie lepiej, jeśli ją oddam Tomowi.

Tomowi, czyli komuś w rodzaju przełożonego ochroniarzy, choć Larry nie miał pojęcia jak oficjalnie nazywa się jego stanowisko. Wiedział natomiast, że to człowiek silnej postawy, trzeźwo myślący, niepatyczkujący się z pijanymi, robiącymi burdy czarodziejami, handlarzami nielegalnymi substancjami i tymi, którzy zachowywali się w sposób... nieobyczajny, ale też dyskretny i gotowy przymknąć oko na to i owo w zamian za drobne przysługi względem takich osób jak Laurence. Czymże jest zdjęcie, autograf dla żony, czy darmowe bilety na sztukę, jeśli w zamian potrafił dotrzymać w tajemnicy to, co działo się za zamkniętymi drzwiami loży VIP znajdujących się na piętrze, do których właśnie całą gromadką zmierzali? Poza tym, Tom podobno kiedyś pracował w Brygadzie i bardzo lubił to podrkeślać, więc uznał, że mężczyzna będzie wiedział,  co zrobić z tym nietypowym znaleziskiem.

Ruszył po schodach pierwszy, za nim reszta towarzystwa. Wiedział, że dziennikarze również za nimi podążyli, ale zostali zatrzymani przez dwóch ochroniarzy na dole. Będąc na półpiętrze odwrócił się po raz ostatni w stronę fleszy, a zaraz potem poczuł uderzenie. Zachciałby się i upadł, gdyby nie silne ramiona, które go przed tym ochroniły. Męskie, jak zorientował się ułamek sekundy później. Chciał się z nich wyrwać, ale najwidoczniej ta sytuacja była tak samo krępująca dla młodzieńca, który prędko od niego odskoczył.

Otworzył usta, by go zbesztać, prędko jednak przypomniał sobie o reporterach na dole. Uśmiechnął się więc wyrozumiale, a kąciki jego ust uniosły się jeszcze wyżej, gdy zdał sobie sprawę z tego, że ma przed sobą swojego fana. Chyba? Nic nie dawało mu takiego poczucia spełnienia jak świadomość, że działa na kogoś w onieśmielający sposób. Skorzystał więc ze swojej przewagi, błysnął białymi zębami i niby przypadkiem odrzucił z czoła kosmyk przydługich włosów (które musiał zapuścić do roli).

— W porządku — odparł łagodnie, wciąż ściskając w dłoniach znalezioną marynarkę — Trochę tu dzisiaj tłoczno.

Tymczasem towarzysze Selwyna wyminęli ich; kuzyn-reżyser rzucił mu przy tym ciche "będziemy w loży", na co on tylko skinął głową i wrócił do swojego rozmówcy. Chłopak był śliczny - trochę młody, nie dałby mu więcej niż dwadzieścia, może dwadzieścia trzy lata - i zupełnie w jego typie. Nie chciał pozwolić mu odejść.

Flesz błysnął za ich plecami (jak się później okazało, nic z tego zdjęcia nie wyszło, ponieważ z miejsca, w którym stał fotograf, dało się jedynie dostrzec plecy Larrego i kawałek sylwetki młodzieńca).

— Zdecydowanie za tłoczno... — wetchnął, po czym ujął chłopaka za ramię i poprowadził w górę schodów. Nie spodziewał się sprzeciwu. Nie umiał sobie poradzić ze sprzeciwem.


the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#3
21.03.2024, 15:13  ✶  
Jego jabłko Adama się poruszyło, kiedy przełknął ślinę, a następnie dyskretnie zwilżył koniuszkiem języka spierzchnięte wargi. Odwzajemnił uśmiech mężczyzny, kiwając lekko głową. W okazanej przez niego wyrozumiałości dostrzegł szansę na jak najmniej bolesne doprowadzenie do końca tego małego incydentu. Nie było powodu panikować, prawda? Pomysł z wyskoczeniem za barierkę rozpłynął się pośród skalanych alkoholem i podirytowaniem myśli Longbottoma. Nawet wpadnięcie na jednego z najpopularniejszych aktorów ostatnich miesięcy nie mogło ot, tak przywrócić go do porządku.

Dalej czuł irytację zachowaniem ochroniarza i tym, że został zostawiony sam sobie, jednak obecność drugiej osoby, zdawała się go poniekąd stabilizować. Zbliżył się ponownie do Selwyna, pozwalając jego towarzyszom łatwiej go wyminąć. Nie miał nawet zbytnio możliwości, aby się wycofać czy ruszyć z miejsca. I to nie tylko dlatego, że na dole czekała banda reporterów poczytnych magazynów. Bądź co bądź, nie wypadało chyba tak po prostu zostawić kogoś, na kogo wpadł. Zwłaszcza kogoś tak przystojnego. Erik uśmiechnął się do siebie na samą myśl. Tak, na plakaty reklamowe z Laurencem przyjemnie się patrzyło, ale zobaczyć go na żywo...

Skrzywił się, gdy błyski fleszy odbiły się od schodów i ścianek półpiętra, uderzając go po oczach i oślepiając na moment. To zdecydowanie przywołało go z powrotem do rzeczywistości. W innej sytuacji pewnie po prostu odwróciłby się i wystawił na światło dzienne firmowy uśmiech Longbottomów, jaki nie raz nie dwa lądował na okładkach Proroka Codziennego i Czarownicy w wykonaniu różnych członków rodziny. Teraz chciał jednak tego uniknąć. To nie była gala Ministra Magii czy przyjęcie charytatywne lubo obchody sabatu. To był klub, na litość Merlina. Najwyraźniej właścicielom bardziej zależało na rozgłosie niż zapewnieniu swoim gościom anonimowości.

— Zdecydowanie. — Z początku nie ruszył za nim zbyt chętnie, idąc niecałe pół kroku za Selwynem. — Tak się składa, że ja właśnie... — kontynuował niepewnie, a wahanie w jego głosie zapewne załaskotało rozmówcę w ucho. Sam nie wiedział, co chciał powiedzieć. Niezdecydowanie? Skonfundowanie nagłym spotkaniem z celebrytą? — Wracałem tam.

Dłoń mężczyzny na jego ramieniu poniekąd przypieczętowała niepisaną umowę; poszedł za nim. Co złego miało się niby stać? Jeszcze raz przeprosi, może znajdzie w kieszeniach spodni parę drobnych i postawi mu drinka w ramach zadośćuczynienia? On ma więcej kasy, niż ty dostajesz przez rok w robocie, pomyślał nadzwyczaj trzeźwo. Z drugiej strony, oprócz doli Brygadzisty miał też dostęp do fortuny Longbottomów. Parę galeonów przeznaczonych na dobry alkohol nie powinno wprawić nikogo w domu w jakiś wielki szok.

— Premiera? — zagaił niepewnie, przekrzywiając głowę w bok. Dziko splątane, dłuższe włosy mężczyzny, otaczały jego kości policzkowe i przeszywające oczy. — Jeszcze raz przepraszam za to. Zazwyczaj na nikogo tak nie wpadam. A jak już wpadam to... delikatniej.

Uśmiechnął się skruszony, jednak wyraz jego twarzy momentalnie skwaśniał, a dłoń sama zacisnęła się w pięść, gdy pod wejściem do sali VIP-ów znowu stanął oko w oko z ''psidwakowatym'' ochroniarzem. Zasznurował usta, posyłając mu wrogie spojrzenie, pozwalając jednak załatwić wejście do środka swojemu znajomemu. Akurat o tym, że chwilę wcześniej się wykłócał z typem, to nie musiał wiedzieć.

— Ładna marynarka — skomentował cicho, gdy w końcu prześlizgnęli się do sali przeznaczonej tylko dla wybranych gości lokalu. Zamrugał parę razy, wbijając w ściskany przez Larry'ego w dłoniach element odzienia. — Zaraz... To chyba... Moje?

Zmarszczył brwi. To byłby naprawdę duży zbieg okoliczności, jednak... Nie wiele większy od tego, że oboje byli czarodziejami w świecie pełnym mugoli i wpadli na siebie w pierwszym lepszym klubie w magicznej dzielnicy Londynu. Może świat tak po prostu chciał?


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
hedera
how i delight
in serene melancholy
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki (185 cm) i szczupły mężczyzna o urodziwej, choć zmęczonej twarzy w odcieniu porcelany. Spojrzenie mętne, włosy potargane, odzienie pomięte i niepasujące do siebie.

Laurence Selwyn
#4
28.06.2024, 21:24  ✶  
Nie odpowiedział na słowa Erika; zamiast tego uśmiechnął się pokrzepiająco i zacisnął mocniej dłoń na jego ramieniu. Nie chciał tak łatwo pozwolić odejść temu młodzieńcowi, nie teraz, kiedy spojrzał w jego przerażone, a jednocześnie pełne spolegliwości oczy, kiedy ujrzał, jak wielkim darzy go uwielbieniem i... o zgrozo, jak bardzo przypomina mu Garricka Ollivandera w tym swoim nieśmiałym zachwycie. Chłopak był śliczny, zdecydowanie w jego typie i najwidoczniej nim oczarowany (a któż nie był? Kolejny rok z rzędu został nazwany najprzystojniejszym czarodziejem w rankingu Czarownicy, kobiety mdlały, kiedy słał im swoje wystudiowane uśmiechy, a młodzi mężczyźni, tacy jak ten, który stał właśnie przed nim, peszyli się oniemiali), co Laurence Selwyn zamierzał wykorzystać. W tamtych czasach, to znaczy u szczytu swojej kariery, nie znał czegoś takiego jak skrupuły i łapczywie chwytał każdą okazję, jaką podrzucał mu los, nie myśląc wcale o konsekwencjach swych egoistycznych działań. To zabawne, jak czasem niewiele potrzebował - zaledwie dwóch zdań wymienionych na schodach, kilku spojrzeń i niezręcznych uśmiechów - by zadecydować, że go chce; zarumienionego od wina, na kolanach, wijącego się w jego pościeli...

...później. Nie było nic gorszego, niż pośpiech. Nie było nic gorszego, niż pośpiech; pośpiech mógł wystraszyć jego młodego towarzysza, a tego nie chciał. Musiał działać powoli, z dobrze wypracowaną strategią... Zsunął więc dłoń z jego ramienia i oparł ją na plecach, nisko, prawie na jego biodrze, jakby chciał przygarnąć chłopaka do siebie. Uśmiechał się przy tym serdecznie, ale był to uśmiech jadowitej żmii na moment przed atakiem.

W loży, do której wprowadził go Laurence, nie było nikogo poza nimi; ekipa Selwyna przeniosła się do innego pomieszczenia, wyraźnie pełna ulgi, że mogła wreszcie się go pozbyć. Sama loża była zamkniętym pomieszczeniem, z dwiema dużymi kanapami naprzeciwko siebie i małym przeszklonym stolikiem. Naprzeciwko drzwi znajdowała się szyba, przez którą mogli obserwować scenę na dole i bawiących się czarodziejów, ale nie było to zwykłe szkło, lecz lustro weneckie - oni sami pozostawali ukryci przed wzrokiem innych.

— Twoja, tak? — zapytał z szelmowskim uśmiechem, unosząc do góry trzymaną marynarkę, jakby ta była przedmiotem jego triumfu, a potem zawiesił ją na wskazującym palcu i przerzucił sobie przez ramię — Oddam ci ją, jeśli wypijesz ze mną drinka.

Nawet nie zapytał go o to, co było w kieszeni, ani nie zadał żadnego innego pytania, by potwierdzić, że odznaka Brygady należała do niego. Zależało mu tylko na jak najszybszym pozbyciu się rzeczy, którą zabrał w przypływie dobroduszności i nie obchodziło go, czy znalazł jej prawdziwego właściciela. W razie skandalu, on przecież nic nie wiedział.

— Jak będzie? — usiadł wygodnie na jednej kanapie, a potem chwycił za dzwoneczek stojący na stoliku. Zdawało się, że w tym chaosie nikt nie usłyszy jego dźwięku, ale było inaczej; dzwoneczki w lożach zaczarowano w taki sposób, by odpowiadały tym zawieszonym nad barem (na piętrze zresztą znajdował się drugi bar; bardziej luksusowy, pełen bardziej wytrawnych trunków niż piętro niżej), dlatego też zaraz w drzwiach pojawił się kelner. Tak, kelner - bo takie miejsca rządziły się swoimi prawami. — To samo, co zwykle. Dwa razy — zwrócił się do niego Laurence, a kiedy zniknął, spojrzał znów na swojego towarzysza.

— Jak masz na imię?


the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#5
29.07.2024, 21:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2025, 21:39 przez Erik Longbottom.)  
Musiałby być ślepy i głuchy, aby nie przyznać, że Selwyn zdecydowanie zasługiwał na miano najprzystojniejszego czarodzieja w Wielkiej Brytanii. Dom mody Rosierów mógł wprawdzie pękać w szwach od jasnowłosych modeli o niebieskich oczach i ostrych rysach twarzy, cerze pozbawionej jakichkolwiek defektów i wzrostem metr dziewięćdziesiąt, ale przecież ''ładność'' to nie był jedyny wyznacznik atrakcyjności.

Dojrzałość, powaga i obrotny język - to było trio, z jakim trudno było się równać, a w tym przypadkiem Erik odnajdywał wszystkie te trzy czynniki w osobie Laurence'a. Nawet mikro-zmarszczki sugerujące zmęczenie nadawały mu dodatkowego animuszu. Nic dziwnego, że magiczny Londyn dosłownie szalał za tym facetem. Gdyby jeszcze okazało się, że posługuje się różdżką z równie dużą wprawą co słowem na deskach teatru, to zapewne byłby uznany za idealną fuzję tego, czego oczekiwano od czarodzieja w kwiecie wieku.

— Owszem. Tak jak mówiłem, to moja mary... — przerwał, gdy starszy czarodziej przewiesił sobie niespodziewanie jego ciuch przez ramię. Wbił spojrzenie w jego palec wskazujący, w pierwszej chwili nie wierząc, że marynarka stała się obiektem targu. Przesunął powoli skonfundowane spojrzenie na twarz swego rozmówcy. — To trochę niesprawiedliwe. Stawiasz mnie teraz w bardzo niekorzystnym położeniu.

Zaśmiał się nerwowo, nieumyślnie przechodząc z mężczyzną na ty. Być może z przyzwyczajenia, bo takie miejsca zazwyczaj odwiedzał z ludźmi, których dobrze znał, czy to z pracy, czy z życia prywatnego. A może winy należało szukać w procentach, które pomimo lekkiego otrzeźwienia, dalej krążyły w jego żyłach? W każdym razie pierwsze lody zostały przełamane. Nieco nieśmiało i niepewnie, ale jednak.

— Chyba nie mam wyboru. Jestem cały twój. — Pokręcił głową z cichym westchnieniem, przechodząc za Laurencem do loży.

Przysiadł na kanapie, jednak zamiast na środku, przesunął się w róg, co by móc wtulić się jednocześnie w jej oparcie oraz obity podłokietnik. W ciszy obserwował, jak jego nowy towarzysz wzywa kelnera i składa zamówienie. Chociaż w gruncie rzeczy Erik pił praktycznie każdy alkohol w zależności od okoliczności, tak osobiście preferował wino. Teraz jednak był skazany na łaskę i niełaskę Selwyna. Żołądku wytrzymaj, pomodlił się bezgłośnie do Merlina oraz Matki Natury, jakby ich wpływ mógł sięgać nawet czterech ścian tego klubu.

— Eee — przeciągnął pierwszą literę swojego imienia, nagle zmieniając zdanie. Uśmiechnął się zawadiacko, opierając rękę o podłokietnik kanapy w loży i przykładając do niej policzek. — A na kogo ci wyglądam? Johna? Stuarta? Harry'ego?

Wodził ciekawskim spojrzeniem po sylwetce mężczyzny, zastanawiając się jaką odpowiedź otrzyma. Bo to, że jakaś nadejdzie była dla niego czystą formalnością; zajmowało go jednak to na ile ciekawa ona będzie. Prosta? Bardziej skomplikowana? A może na tyle nieoczywista, że Longbottom będzie zmuszony zadać kolejne pytanie lub samemu się z czegoś wytłumaczyć. Och, uwielbiał takie dyskusje, które były swego rodzaju starciem między umysłami dwóch rozmówców. Próbą sprytu. Tylko na ile pełno-sprytny może być umysł po kilku głębszych?, skomentował bezgłośnie Erik. Miał nadzieję, że podoła. Powinien. Kto wie, kiedy po raz kolejny nadarzy się taka okazja? Erik wypuścił powoli powietrze z płuc. Coś mu podpowiadało, że czekała go bardzo ciekawa noc. Pozostawało już tylko poczekać i przekonać się, gdzie go ona zaprowadzi.

Koniec sesji


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Erik Longbottom (2089), Laurence Selwyn (1299)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa