24.06.2024, 21:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2024, 21:36 przez Charlotte Kelly.)
– Nie znam nikogo, kto miałby tak przesadzone wyobrażenie o samym sobie jak ty, skarbie – westchnęła Charlotte, która oczywiście kogoś takiego znała, i tą osobą była ona sama. – Geniuszem słowa? Bogowie, jego postacie to co do jednego banda idiotów, i w Romeo i Julii, i w tym Hamlecie, do przeczytania którego kiedyś mnie zmusiłeś. Jeśli on jest geniuszem, to ja jestem baletnicą i to w rosyjskim balecie – stwierdziła z odrobiną pogardy, zapewne zarówno dla Szekspira, jak i dla jego postaci w ogólności. A potem uśmiechnęła się do niego, najcieplejszym z uśmiechów nastoletniej Charlotte, jakimi obdarzała nauczycieli, którym chciała się podlizać, chłopców, których chciała przekonać do poniesienia jej książek i dziewczynki, które uważała za gorsze od siebie.
Czyli takim absolutnie nieszczerym.
– Przed nimi musiałam udawać miłą – wyznała wprost i wydmuchała kolejny kłąb dymu. Charlotte miała wiele masek i tkała pięknie swoją pajęczynę kłamstw niczym Arachne gobeliny, tak że czasem już sama nie wiedziała, ile jest prawdy, a ile wyrachowania w niektórych z jej zachowań. Ale przy Jonathanie, Morpheusie i Anthonym była chyba bardziej sobą niż przed kimkolwiek innym. – Nie, ale pomyślałabym o podaniu trucizny osobom, które byłyby zamieszanie w twój zgon, bo ty bratku nie umrzesz śmiercią naturalną. Czy to cię zadowala?
Pojawienie się stażysty nie sprawiło, że się zakłopotała ani o grama, i to mimo tego, że towarzyszyło mu kolejne walnięcie błyskawicy gdzieś za oknami. Charlotte stłumiła ziewnięcie (to jedna z nielicznych nauk matki, do jakich wciąż się stosowała, dama nie ziewa w towarzystwie, a ona wciąż uważała się za damę, nawet jeżeli właściwie to wcale nie powinna) i wypiła jeszcze łyk szampana. Alkohol i ciepło w pomieszczeniu rozleniwiały, spać się jej chciało, jakoś tak szumiało w głowie i nagle przypomniała sobie, że w sumie to od dawna nic nie jadła i pije, i pije ten alkohol na pusty żołądek…
Ale i tak zarzuciła nogę na nogę, aż sukienka podwinęła się wyżej na udach i posłała stażyście słodki uśmiech znad butelki.
– Oczywiście, to wcale nie jest to, na co wygląda – zapewniła, bawiąc się po prostu doskonale i zadając kłam stwierdzeniu, jakoby cokolwiek mocno przeżywała. Może jakby nie była podpita, wykazałaby trochę więcej rozsądku… Być może.
Czyli takim absolutnie nieszczerym.
– Przed nimi musiałam udawać miłą – wyznała wprost i wydmuchała kolejny kłąb dymu. Charlotte miała wiele masek i tkała pięknie swoją pajęczynę kłamstw niczym Arachne gobeliny, tak że czasem już sama nie wiedziała, ile jest prawdy, a ile wyrachowania w niektórych z jej zachowań. Ale przy Jonathanie, Morpheusie i Anthonym była chyba bardziej sobą niż przed kimkolwiek innym. – Nie, ale pomyślałabym o podaniu trucizny osobom, które byłyby zamieszanie w twój zgon, bo ty bratku nie umrzesz śmiercią naturalną. Czy to cię zadowala?
Pojawienie się stażysty nie sprawiło, że się zakłopotała ani o grama, i to mimo tego, że towarzyszyło mu kolejne walnięcie błyskawicy gdzieś za oknami. Charlotte stłumiła ziewnięcie (to jedna z nielicznych nauk matki, do jakich wciąż się stosowała, dama nie ziewa w towarzystwie, a ona wciąż uważała się za damę, nawet jeżeli właściwie to wcale nie powinna) i wypiła jeszcze łyk szampana. Alkohol i ciepło w pomieszczeniu rozleniwiały, spać się jej chciało, jakoś tak szumiało w głowie i nagle przypomniała sobie, że w sumie to od dawna nic nie jadła i pije, i pije ten alkohol na pusty żołądek…
Ale i tak zarzuciła nogę na nogę, aż sukienka podwinęła się wyżej na udach i posłała stażyście słodki uśmiech znad butelki.
– Oczywiście, to wcale nie jest to, na co wygląda – zapewniła, bawiąc się po prostu doskonale i zadając kłam stwierdzeniu, jakoby cokolwiek mocno przeżywała. Może jakby nie była podpita, wykazałaby trochę więcej rozsądku… Być może.