• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[grudzień, 1966, Hogwart] Kolęda pośród pustych ścian

[grudzień, 1966, Hogwart] Kolęda pośród pustych ścian
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#1
07.01.2023, 18:29  ✶  
Hogwart opustoszał.
Dormitorium szóstego roku Gryfonek, w którym zwykle rano panował harmider i chaos, kiedy dziewczęta szukały części garderoby, walczyły o lustro albo kłóciły się o kocią sierść na łóżku, świątecznego poranka było nienaturalnie wręcz ciche. (Cudownie ciche, jak pomyślała Mackenzie, dla której dzielenie sypialni z pięcioma innymi dziewczynami było wieloletnią torturą.) W Pokoju Wspólnym nikt w nic nie grał, nie krzyczał, a najlepsze fotele przy kominku były wolne. Wędrując przez korytarze, Mackenzie napotkała tylko duchy oraz kotkę woźnego, a jej kroki zdawały się wręcz odbijać echem po opustoszałych przestrzeniach.
Ranek spędziła w pustym i miło cichym Pokoju Wspólnym, na najwygodniejszym fotelu, popołudnie z łyżwami na jeziorze – nie dało się w tej temperaturze latać na miotle, ale to nie oznaczało, że mogła odpuścić aktywność fizyczną, forma by jeszcze jej spadła, a na szóstym roku miała już nieodwołalne postanowienie, co do swojej kariery – tylko ona i puste błonia. A wreszcie, po południu, z łyżwami w ręku, skierowała się na świąteczny obiad, gdzie przy stole prawdopodobnie zbiorą się obecnie wszyscy lokatorzy zamku… czyli pewnie ona, dyrektor oraz gajowy.
To wszystko było… może trochę smutne, ale właściwie też miłe. I chociaż wszyscy (a raczej ci, którzy o to spytali) zdawali się jej współczuć, że zostaje w Hogwarcie na święta, teraz spędzanie tutaj Yule zdawało się doskonałym wręcz pomysłem, a jakikolwiek żal wobec matki, jaki mogła żywić (choć było go bardzo niewiele) odpływał w niebycie. Przez chwilę rozmyślała nawet, że szkoda, że to potrwa tylko tydzień i że mogłaby bardziej polubić szkołę, gdyby tak już zostało – z brakiem uczniów – dopóki nie uświadomiła sobie, że to oznaczałoby także brak drużyn qudditcha i co za tym idzie meczów.
Dobrze, jednak nie była na to chętna.
Mackenzie przeszła drogę od do Wielkiej Sali. Wciąż w płaszczu, opatulona czerwono – złotym szalikiem Gryffindoru, z włosami potarganymi przez wiatr i nosem zaczerwienionym od mrozu. Zatrzymała się przy wejściu do Wielkiej Sali, dostrzegając ogromną, żywą choinkę, obwieszoną bombkami – czerwonymi, zielonymi, żółtymi i niebieskimi. Na samym jej szczycie znajdowały się cztery ogromne bombki z herbami poszczególnych Domów. Choinka wypełniała najbliższą okolicę zapachem jedliny, a gdzieś z Wielkiej Sali dobiegał dźwięk kolędy. Mackenzie przypatrywała się drzewku przez chwilę z zamyśleniu. A potem sięgnęła po różdżkę i wycelowała w jedną z żółtych bombek, zawieszonych na dolnych gałązkach, szepcąc zaklęcie transmutacyjne, aż z tej wydobyły się skrzydła i stała się czymś na podobieństwo nieco większego, złotego znicza.
Tak, wystrój w jej oczach od razu stał się ciekawszy.
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#2
08.01.2023, 10:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2023, 10:12 przez Theodore Lovegood.)  
Lovegoodowie wymieniali się listami z taką prędkością, że ich zmęczone sowy ledwo nadążały. Rozmawiali o Yule oraz nowej książce ojca Theodore’a, której premiera przypadała w święta. Wymieniali listę obowiązków, jakie spadły na Lazarusa w wyniku opublikowania jego pracy oraz dyskutowali, jak można pogodzić je ze świętowaniem. Pisarz nie zgodził się na to, by syn towarzyszył mu w trakcie promowania dzieła (bo by go rozpraszał), a Theo nie chciał się z całym impetem zwalić babci na głowę (już i tak miała dość zmartwień bez dodatkowego nastolatka do upilnowania). Po rozpatrzeniu wielu różnych opcji doszli do zgody, że najlepiej by było, gdyby młody Lovegood skorzystał z gościnności Hogwardzkich murów i tą przerwę zimową spędził w zamku.
Zgodził się na ten układ, ale bardzo niechętnie. Theodore potrzebował towarzystwa niczym kwiat słońca, a pozbawiony go więdnął i obumierał. Potrzebował rozmowy, potrzebował życia. Lubił, kiedy coś się działo. Tak więc z uczuciem wielkiej straty żegnał się z wszystkimi puchonami z jego rocznika, przeczuwając, że bez nich szkoła nie będzie tym samym.
Już po przebudzeniu przekonał się, że miał rację. Cisza aż raziła go w uszy. Przechodząc po dormitorium Hufflepuffu, spokojnym, bezludnym i kompletnie cichym, miał wrażenie, że wędrował po zupełnie obcym dla siebie miejscu. Czuł się tam tak, jakby ktoś przemeblował bibliotekę na podobiznę borsuczego pokoju spotkań. Aż ciarki przechodziły po ciele młodego puchona. Bez wszystkich to po prostu nie było to samo.
Nie miał planu jak walczyć z nudą. Jego aktywność zazwyczaj zależała od tego, co jego kumple wymyślili lub do jakiego głupiego pomysłu zdołał przekonać ich. Teraz zaś sam musiał zaplanować sobie czas i wszystkie plany realizować samodzielnie. Coś zrobić i nie móc dzielić się z nikim doświadczeniem? Dziwaczne, wbrew Theodore’owej naturze. Nie był pewien, jak przetrzyma tak cały weekend.
Po szybkim śniadaniu jak najszybciej uciekł z opustoszałej wielkiej sali i wybrał się na błonia. W sowiarni rozesłał kilka listów (życzenia świąteczne do bliskich oraz prośba do taty o aktualizację co z książką), a w drodze powrotnej zahaczył o szklarnie (by się podlizać obiecał profesor zielarstwa, że zaopiekuje się mandragorami w czasie jej urlopu). Humor trochę poprawił mu wyjątkowo kłótliwy obraz na pierwszym piętrze, którego odwiedził po to, by pogadać o tym, czemu powinien zostać przeniesiony na praktycznie nie wykorzystywany i opuszczony korytarz na siódmym piętrze, tam gdzie wisieli inni wielcy astronomowie. Lovegood dobrze się bawił, ale po jakimś czasie pozbawiony argumentów wąsacz opuścił ramy płótna by udać się na drzemkę.
Zorientował się, że zbliżał się czas obiadu, więc zszedł na parter. W dopasowanej szacie, z starannie zawiązanym żółtym krawatem pod szyją i nienagannie ułożonymi włosami wyglądał jakby mógł się znaleźć w broszurkach promujących Hufflepuff. Szedł powoli, nie spodziewając się nikogo spotkać po drodze. A tu nagle – niespodzianka!
- Greengrass, wesołego Yule! - przywitał się wesołym tonem, z szerokim bananem na twarzy. Był bardzo szczęśliwy: spotkał żywą osobę i to jeszcze w swoim wieku! Nagle przyspieszył i błyskawicznie znalazł się po jej prawej stronie dziewczyny, z twarzą skierowaną w stronę drzewka, które zlustrował pobieżnie.
- Nie wiedziałem, że też spędzasz święta w zamku – stwierdził i równie pobieżnie zerknął na gryfonkę. W jednej ręce miała łyżwy, a w drugiej różdżkę. Dziwna kombinacja, ale Hogwart na pewno widział dziwniejsze rzeczy – Jak było nad jeziorem? - spytał wskazując na płozy. Po jej czerwonych policzkach zdołał wykombinować, że wracała z dworu, a nie się tam wybierała.

@Mackenzie Greengrass
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#3
08.01.2023, 12:49  ✶  
Mackenzie drgnęła, słysząc czyjś okrzyk. Przez cały dzień nie natknęła się w Hogwarcie na żywą duszę – jeśli jeszcze jacyś uczniowie spędzali święta w szkole, to musiała ich minąć – więc nagły krzyk jakoś dziwnie zabrzmiał na pustym korytarzu i chłopak prawie zdołał ją wystarczyć. Spojrzała na Lovegooda i z pewnym zdziwieniem odnotowała, że uśmiechał się tak, jakby twarz mu miała od tego uśmiechu zaraz pęknąć.
Nie to, że w przypadku Theodore’a było to coś specjalnego. Gryfoni mieli od zawsze zielarstwo z Puchonami, a od piątego roku oboje chodzili też na eliksiry (ku jej rozpaczy matka uparła się, by kontynuowała ich naukę), po tylu latach więc nawet jej łatwo było zauważyć, że w przeciwieństwie do niej chłopak był bardzo wesoły, bardzo rozgadany i bardzo towarzyski. Puchon miał naprawdę ogromnego pecha, że pragnąc wpadnięcia na jakiegoś żywego człowieka, ze wszystkich żywych ludzi, na co dzień mieszkających w Hogwarcie, tego dnia mógł wpaść wyłącznie na nią. Gdyby znała się na psychologii, może mogłaby tutaj wspomnieć coś o ekstrawertykach i introwertykach: niestety, nie znała nawet pojęcia „psychologia”. Skąd ta radość obecnie nie umiała jednak wywnioskować.
Ach, zaraz. Może naprawdę cieszył się, że spędza święta w Hogwarcie? Albo po prostu strasznie lubił Yule i dostał rano cudowne prezenty? W grę wchodził jeszcze świąteczny obiad: Halloween, Yule i uczta powitalna, to zwykle były te okazje, gdy skrzaty przechodziły same siebie, a że w święta gotowały dla mniejszej liczby osób, w Wielkiej Sali na pewno czekały na nich prawdziwe specjały… Gdy zresztą Mackenzie wciągnęła powietrze, miała wrażenie, że z zapachem jedliny miesza się nadciągająca z pomieszczenia woń pieczonego indyka.
- Wesołego – odparła automatycznie, po chwili zawahania znowu unosząc różdżkę. Gdy Theodore się zbliżył, mógł dostrzec, że jedna z bombek Hufflepuffu została zamieniona w przerośnięty, złoty znicz. Mackenzie jednak najwyraźniej postanowiła być sprawiedliwa, bo tym razem wycelowała w czerwoną bombkę Gryffindoru. Ta zaczęła się lekko spłaszczać, zamieniając w odrobinę przymały, ale jednak całkiem udatny kafel.
– Matka musiała wyjechać – wyjaśniła lakonicznie, a kolejne machnięcie różdżki najpierw przyciemniło zieloną bombkę, a potem zamieniło ją w tłuczek. Cóż, choinka była tu w końcu dla osób spędzających święta w Hogwarcie, tak? By ich cieszyć. Ją cieszyła quidditchowa choinka. A Theodore też grał w quidditcha, więc jakoś to zniesie. Większość nauczycieli wyjechała, a wątpiła, czy dyrektor da jej szlaban za coś takiego. – Nie tak, jak na miotle, ale miło. Jeśli odbijesz się dostatecznie mocno, to prawie jakby się leciało – odpowiedziała. Nie była najbardziej wprawioną osobą w sztuce konwersacji w Hogwarcie, ale po sześciu latach przynajmniej nauczyła się odpowiadać, kiedy ją zaczepiano. Jak na nią, był to już niezwykły postęp. I bywały chwile, kiedy nawet przez trzy zdania z rzędu nie wspominała o miotłach i kaflach. (Chociaż niestety, nie była to ta chwila.)
Zastanowiła się przez moment, ale podobno w Yule nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem, więc mogło się to też przydarzyć jednej Greengrass.
- Jak spędzasz Yule? - spytała więc, wspinając się absolutnie na wyżyny swoich towarzyskich możliwości.

@Theodore Lovegood
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#4
08.01.2023, 18:44  ✶  
Był szczęśliwy widząc kogokolwiek. To, czy był to ktoś gadatliwy czy milczący, pełen ciekawych historii czy nudny jak historia magii w wykonaniu profesora Binnsa, otwarty i optymistyczny czy zamknięty w sobie, nie miało dla niego większego znaczenia. Gotów był wypełnić towarzyskie braki swojego rozmówcy niezależnie od tego jak duże by nie byłyby, tak bardzo zależało mu, by mieć się do kogo odezwać.
- Rozumiem to. Mój tata też nie dał rady. Ma dużo pracy – odbił piłeczkę, wciąż promieniując szczęściem, choć sam fakt rozdzielenia z ojcem na święta i utkwienia w martwym Hogwarcie budziły w nim uczucia przeciwne do zachwytu. Radość z tego, że miał towarzystwo, pozwoliła mu przebrnąć przez ten temat z uśmiechem na twarzy. Był niczym szczeniak, który po spędzeniu poranka samotnie w pustym mieszkaniu, ujrzał pana wchodzącego przez drzwi wejściowe.
W tym przypadku postanowił nie ciągnąć jej za bardzo za język. Z własnego doświadczania wiedział, że dla niektórych rodzina mogła być trudnym zagadnieniem do rozmowy. Sam bardzo niechętnie wspominał o swojej mamie, choć, teoretycznie, wila w rodzinie powinna być powodem do pochwał i źródłem kilku ciekawych historii. Nie do końca tak było.
Nie dołączył się do zabawy w dekorowanie drzewka według własnej wizji. Nie dlatego, że nie chciał. Chętnie by uatrakcyjnił kilka bombek, problem leżał jednak w tym, że transmutacja szła mu fatalnie. Nie chciał przez przypadek zmienić ozdoby w żywego szczura zawieszonego na choince za  ogon, więc różdżkę miał schowaną i ograniczył się do podziwiania wyobraźni Mackenzie, która to okazała się być ukierunkowana w ściśle sportową stronę.
- Ktoś tu chyba nie może się doczekać wznowienia rozgrywek – zauważył wyciągając dłoń w stronę złotego znicza, który w przeciwieństwie do pierwowzoru nigdzie nie próbował uciekać i ułożył się pomiędzy jego palcami. Od czasu, kiedy pogoda wymusiła przerwę w treningach, niewiele myślał o Quidditchu. W walce na miotłach lubił przede wszystkim drużynowy aspekt tego sportu. Podobało mu się, że by zwyciężyć, wszyscy zawodnicy musieli ze sobą idealnie współgrać (z tego samego powodu pomysł z szukającym, który może samodzielnie wygrać mecz, nie miał jego aprobaty). Nie był jednak szalenie zafiksowany na grze.
- Brzmi jak idealna alternatywa dla miotły! Mam doskonały pomysł. Może jutro wybierzemy się nad jezioro razem i pościgamy się na lodzie? - zaproponował bardzo optymistycznym tonem i posłał w jej stronę kolejny szeroki uśmiech, a swój entuzjazm potwierdził przyjacielsko klepiąc ją w ramię. Jego taktyka polegała na otoczeniu Greengrass pozytywną energią, by trudniej było jej odmówić. Nawet gdyby pokazała się z szachami pod pachą, to z równie wielkim entuzjazmem chciałby dołączyć do zabawy, byle tylko mieć z kimś coś do roboty, ale jednak musiał przyznać, że rywalizacja na łyżwach byłaby bardzo ciekawym pomysłem nawet gdyby Hogwart oferował jakiekolwiek alternatywy. Od jakiegoś czasu nie próbował tej aktywności, więc rywalizacja mogła być wyrównana.
- Wiesz... Pierwszy raz zostaję na przerwę zimową w szkole. To bardzo dziwne Yule. Mam mandragory, którymi muszę się zaopiekować, mam staruszka, z którym mogę wymieniać listy, mam kilka łajnobomb do rozlokowania, ale szczerze mówiąc to nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić.

@Mackenzie Greengrass
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#5
08.01.2023, 20:18  ✶  
- Moja matka wyjechała do krewnej.
Jedna z ciotek najwyraźniej u schyłku życia zapragnęła pojednania. Pojednania, nie obejmującego jednak Mackenzie. A Olivia Greengrass, rozpaczliwie łaknąca powrotu na łono rodziny, rzuciła się na tę szansę bez choćby chwili zastanowienia.
Trochę napawało to Kenzie goryczą. Ale tylko trochę, bo święta w towarzystwie matki nigdy nie były łatwe. Właściwie te spędzone w Hogwarcie mogły być najlepszymi od dawna. Nie oznaczało to jednak, że będzie się tymi przemyśleniami dzielić. Z kimkolwiek, nie wspominając już o Theodore. Czy wszyscy Lovegoodowie zdawali się wręcz roztaczać wokół siebie pozytywną atmosferę, czy to była jakaś jego specjalna umiejętność? Mackenzie aż robiła się podejrzliwa widząc, jak bardzo był radosny. Skąd miała wiedzieć, że kogoś aż tak mógł ucieszyć widok żywej osoby? Ona do tego musiałaby chyba spędzić miesiąc zamknięta w jakiejś chacie na odludziu.
Albo dwa miesiące.
- Do marca strasznie daleko – przyznała. Oczywiście, że tęskniła za rozgrywkami. Czekała już jeśli nie na marzec, to choćby na końcówkę lutego, z nadzieją, że temperatura podniesie się na tyle, by siedzenie na miotle nie było niebezpieczne i umożliwiło jej choćby samotne treningi.
„Złoty znicz” nie próbował uciekać, zatrzepotał jedynie skrzydłami w dłoni Theodore’a. Mackenzie skierowała różdżkę na bombkę Ravenclawu, wyczarowując drugi tłuczek do kompletu. Jeżeli szło o transmutację, to był jedyny przedmiot magiczny, z którego faktycznie była dobra. Ta dziedzina magii przychodziła Mackenzie naturalnie i nie musiała się nawet do niej specjalnie uczyć. Głównie temu zawdzięczała dobre oceny z tego przedmiotu, bo w sezonie quidditchowym nie spędzała nad książkami za wiele czasu. (W efekcie zresztą sumy z ONMS, historii magii i numerologii oblała, a z OPCM zdała ledwo, ale była tym nieprzejęta. Więcej czasu na mecze.)
- Bo to jest dobra alternatywa. Do niedawna biegałam, ale teraz jest za dużo śniegu – wyjaśniła. Starała się ruszać cały rok, inaczej jeszcze kondycja fizyczna by jej spadła i miałaby problemy z odpowiednio mocnym rzucaniem kafla.
Spojrzała na Lovegooda trochę zdziwiona, ale pomyślała, że może też tęsknił za grą. Komuś takiemu jak ona nie mogło wpaść od razu do blond głowy, że ktoś mógł tak mocno tęsknić za jakimkolwiek towarzystwem.
- W porządku – zgodziła się, wzruszając ramionami. – Jeżeli masz ochotę.
Gryfonka wsunęła różdżkę do kieszeni, kończąc swoje dekoracje i obróciła się w stronę Wielkiej Sali, skąd dochodziły intensywne zapachy. Najwyraźniej uczta świąteczna już na nich czekała.
– Jeść na przykład? – zasugerowała, wskazując na drzwi do jadalni. Nie do końca mieściło się jej w głowie, że ktoś może nie wiedzieć, co robić ze sobą w czasie bez lekcji. Uwielbiała czas bez lekcji. Z drugiej strony dla niej nie było problemem, że był to też „czas bez większości ludzi dookoła”. – Spać do południa. Czytać. Napisać to paskudne wypracowanie o eliksirach zmniejszających. Pójść do Hogsmeade, McGongall mówiła, że w dni świąteczne nam wolno, jeśli zostajemy. Ulepić bałwana. Poćwiczyć, by wiosną nie zlecieć z miotły przy pierwszym powiewie wiatru. Wyjść nocą na korytarz i poszukać ukrytego pokoju na trzecim piętrze, w którym ponoć jest dziwne lustro, a przynajmniej tak zarzekała się dwa tygodnie temu Potterówna. Chociaż mogła kłamać, żeby wpakować w kłopoty Fletcherów. I jakich miejsc mam unikać? - dodała nagle, marszcząc brwi, gdy uświadomiła sobie, że to "rozkładanie łajnobomb" Lovegooda może mieć swoje konsekwencje.

@Theodore Lovegood
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#6
09.01.2023, 19:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.01.2023, 19:11 przez Theodore Lovegood.)  
- Ma to sens – stwierdził choć nie miało to dla niego żadnego sensu. Skoro pani Greengrass spędzała święta z rodziną, to co to za problem wziąć ze sobą swoją córkę? Obiecał sobie nie dopytywać się o jej relacje rodzinne, więc tylko kiwnął głową, uśmiechnął się beztrosko i udawał, że wszystko było dla niego jasne. Dodatkowym powodem, dla którego wolał nie pytać było to, że była Greengrassem, a z tego co się orientował, był to czystokrwisty ród. Arystokraci mieli najwyraźniej swoje własne tradycje, swoje własne sposoby załatwiania spraw, które dla zwyczajnych ludzi były nie do ogarnięcia. Nie warto było wytężać głowy by to zrozumieć.
Jego palce powędrowały od złotego znicza i zatrzymały się na kaflu. Choć bombki nie były tak żywiołowe jak prawdziwe piłki, to i tak była to bardzo fajna sztuczka. Aż żałował, że z transmutacji był nogą i tego typu zabawy były poza jego zasięgiem.
- Wiesz co mówi komentator Quidditcha u fryzjera? - powiedział wstęp do dowcipu, który właśnie mu się przypomniał i nie mógł się powstrzymać przed podzieleniem się nim na głos. Opuścił rękę, zrobił kilkusekundową, dramatyczną przerwę, by mogła się zastanowić, nim dorzucił puentę – Gool! - dokończył żart podnosząc lekko głos, z pasją, jakby naprawdę był komentatorem sportowym, który ujrzał bramkę swojej ulubionej drużyny.
- Świetnie! A więc jutro czeka nas pojedynek – Jego entuzjazm poszedł jeszcze w górę, gdy nie odrzuciła jego propozycji. Klasnął wesoło w dłonie i już zaczął się zastanawiać, w której części kufra upchnął swoje łyżwy. Martwiło go trochę to, że nie wydawała się być tak ukontentowana tym pomysłem jak on, ale najważniejsze dla niego przede wszystkim to, że się zgodziła. Poranek po Yule byłby bardzo markotny, gdyby musiał spędzić go sam.
- Ile można spać? - spytał gotów odrzucić jej pomysły jeden po drugim. Jeśli problemem był brak towarzystwa, to ciężko było rozwiązać go za pomocą rzeczy, które towarzystwa nie zapewniają - Czytanie jest nudne. Tak samo pisanie wypracowania. Hogsmeade jest pewnie tak samo opuszczone jak szkoła. Samemu lepić bałwana byłoby jakoś nudno. Do wiosny zostało jeszcze dużo czasu. A to lustro, obawiam się, że jedyne co robi, to ignoruje makijaż. Potter ujrzała swoje własne, prawdziwe odbicie i się biedaczka przestraszyła – wyjaśnił wszystko po kolei, punkt po punkcie. Najbardziej było szkoda mu Hogsmeade i tego, że pozwolili na swobodne wypady do miasteczka akurat wtedy, gdy większość ludzi spędzała dni z rodziną i puby były pewnie puste. Gdyby tak wybrali jakikolwiek inny termin by dać uczniom taką swobodę, to byłby przeszczęśliwy.
- Zdaje się, że jedyne, co zostało, to jedzenie. Idziesz ze mną do wielkiej sali czy najpierw zawędrujesz do dormitorium odnieść łyżwy? - spytał się podobnie jak ona kierując swój wzrok oraz nos w kierunku drzwi do Hogwardzkiej stołówki. Zapachy były dobrym prognostykiem tego, co ich czekało.
- To jest pilnie strzeżony sekret. Poznać go mogą tylko wybrani – powiedział żartobliwie o swoich łajnobombowych planach - Ale możemy zrobić tak: jeśli jutro okażesz się szybsza, to zdradzę ci wszystko, co chcesz wiedzieć i nie czeka cię żadna bombowa niespodzianka. A jeśli ja wygram, to dasz mi spisać wypracowanie z eliksirów – dodał do ich jutrzejszego spotkania trochę pieprzu, mając nadzieję, że dzięki temu gryfonka będzie podekscytowana rywalizacją tak jak on!

@Mackenzie Greengrass
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#7
09.01.2023, 19:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.01.2023, 19:35 przez Mackenzie Greengrass.)  
Theodore miał sporo racji. Mackenzie była Greengrassem. I na tym polegał problem, bo powinna nosić nazwisko ojca. Zaś rody czystej krwi faktycznie miały swoje sposoby załatwiania spraw. Na przykład jeżeli córka zachodziła w ciążę i odmawiała powiedzenia, kim jest ojciec, stawała się personą non grata, bo po pierwsze, nieślubne dziecko było wstydem, po drugie, krew w żyłach tego dziecka mogła nie być dość czysta.
I dlatego bardzo dobrze się stało, że nie dopytywał. Wprawdzie Mackenzie podrosła już na tyle, by nie być na tym punkcie jakoś mocno wrażliwa, ale jeszcze źle by się zrozumieli i Yule zakończyłoby się radosną bójką między nimi.
Kąciki ust jej zadrgały, jakby próbowała powstrzymać uśmiech, ale nie do końca to wyszło. Czy żart był szczególnie wysokich lotów? Nie. Czy ją rozbawił? I owszem. W końcu dotyczył quidditcha.
- Szykuj się na porażkę – obiecała mu, chociaż nie miała przecież pojęcia, jak był dobry na łyżwach. Mógł okazać się mistrzem łyżwiarstwa. Ale co poradzić, jeżeli chodziło o takie aktywności, Mackenzie była nadmiernie pewna siebie i trochę nazbyt uparta. Na czym pewnie jeszcze nie raz miała się przejechać.
Przekrzywiła lekko głowę, wysłuchując, jak Puchon odrzuca kolejne jej pomysły. Dalej nie miała pojęcia, że problemem był brak towarzystwa – po prostu pozostawała niemal niezdolna do domyślności w takiej kwestii – przeszło jej więcnawet przez głowę, że może niesłusznie oceniała Lovegooda jako niepoprawnie pogodnego chłopaka. Może jednak w głębi ducha był marudą?
- Zależy co czytasz. Szlaban za jego brak jest nudniejszy. Do Hogsmeade na święta zjeżdżają turyści i Trzy Miotły pękają w szwach. Im więcej czasu nie trenujesz, tym większa szansa, że wiosną znowu zwalę cię z miotły. Lustro podobno pokazywało jej przyszłość, więc chyba nie chodziło o brak makijażu – wyliczyła, pomijając tylko tego bałwana, bo tutaj faktycznie mimo chęci znalezienia kontrargumentów (i szukała ich chyba wyłącznie z wrodzonego uporu) nie zdołała na nic wpaść. Chociaż uwaga o Potterównie trochę ją rozbawiła. Nawet jeżeli nie powinna, bo owszem, panna Potter, nieodrodna córka swego rodu, była bardzo zainteresowana kosmetykami, i czasem lubiła płatać innym figle (Kenzie podejrzewała, że o to mogło chodzić tutaj), ale była tez wesoła i miła.
- Oczywiście, że idę do wielkiej sali, mieszkam w wieży – przypomniała. Bieganie po schodach bywało dobrym treningiem, ale zanim pognałaby tam i z powrotem, kolacja by wystygła, a łyżwy mogły poczekać przy drzwiach. Przy oszałamiającej liczbie ludności zamku oscylującej może w okolicach siedmiu, Mackenzie wątpiła, by ktoś miał je zabrać. Schowała różdżkę i szarpnęła za klamkę, ujawniając Wielką Salę, w której stały kolejne choinki, setki świec unosiły się  powietrzu, a na stole – z uwagi na liczbę ludzi tylko jednym – piętrzyły się potrawy. Przy każdym nakryciu leżały też „wybuchowe niespodzianki”, z których potem wypadały drobne prezenty. – Pół wypracowania – sprostowała, bo wprawdzie nie miała wątpliwości, kto wygra, ale na wypadek, gdyby na przykład lód się pod nią nagle załamał, musiała mieć jakieś zabezpieczenie. Dając mu odpisać całość, gwarantowałaby sobie potem dywanik u profesora. I może szlaban dla nich obojga, nawet gdyby wpadł na to, by sparafrazować to, co napisała.

@Theodore Lovegood
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#8
10.01.2023, 19:25  ✶  
Na wzmiankę o czytaniu przewrócił oczyma. Następnie, przy szlabanie, powtórzył ten gest w zwolnionym tempie, tak by mogła dokładnie się przyjrzeć, jak bardzo nie chciało mu się ślęczeć nad rozdziałem z podręcznika o eliksirach zmniejszających. Za to turyści w Trzech Miotłach byli strzałem w dziesiątkę. Dokładnie takiego rozwiązania poszukiwał.
- Naprawdę? - I pomyśleć, że tkwił w szkole w trakcie, gdy kawałek drogi dzieliło go od życia i towarzystwa, bo błędnie założył, że Hogsmeade nie miało gości w okresie świątecznym. Uśmiechnął się szeroko i odetchnął głęboko, bo zszedł z niego olbrzymi ciężar. Nie był do końca tygodnia uzależniony towarzysko od Mackenzie, która mogłaby nie wytrzymać z nim aż tyle czasu, ile potrzebował – Już wiem gdzie spędzę każde najbliższe popołudnie – Humor mu wrócił. Znów wyglądał jak ktoś, komu było daleko do marudzenia i krzywienia się, gdy ktoś chciał mu pomóc i coś doradzić. Ruszył w stronę Wielkiej Sali krokiem rześkim, lekkim, pozbawionym zmartwień, jakby ta jedna wzmianka gryfonki o turystach rozwiązała wszystkie problemy magicznego świata.
- Poczekaj… Zwalę z miotły? Chciałaś powiedzieć: sfauluję? - poprawił ją i zachichotał tak, jakby rzuciła żartem co najmniej trzy razy lepszym niż jego suchar. Nigdy nie ukrywał, gdy coś go rozbawiło, bo niby dlaczego miałby to robić? - Chcesz wykorzystać świąteczny nastrój, by mnie przeprosić za nieczyste zagrania czy może chcesz powiedzieć, że się przebranżawiasz i od wiosny będziesz pałkarzem? - dodał żartobliwym tonem, nie oczekując na poważnie żadnej z tych rzeczy.
- Chyba wiem o jakie lustro może chodzić. Słyszałem kiedyś, że w szkole jest zwierciadło, które odbija najskrytsze ludzkie pragnienia. Pewnie na nie natrafiła Potterówna – wydedukował. Nie wierzył w te wszystkie bzdury o przewidywaniu przyszłości, wróżbiarstwo uznawał za kompletnie niepotrzebne zajęcia z szarlataństwa i oszukiwania ludzi, więc nic nie było w stanie go przekonać, że Potter mówiła prawdę. To, że coś pomieszała i wizję przyszłości pomyliła z swoimi marzeniami, był już w stanie uwierzyć.
- Ciekawe jak to działa. Może po łyżwach go poszukamy? - rzucił kolejną propozycją i ponownie uśmiechnął się tak bardzo, jak to tylko możliwe, bo poprzednim razem dobrze to zadziałało i Green mu nie odmówiła. W walce przeciwko osamotnieniu gotów był zapełnić jej kalendarz tak, że dziewczyna nawet nie zdąży się nacieszyć chwilą wytchnienia w odosobnieniu.
Byłby w stanie odprowadzić ją do wieży tylko po to i zaryzykować tym, że będzie musiał wyjadać zimne jedzenie tylko po to, by nie musieć czekać na jej powrót. Na szczęście nie było to konieczne i mogli od razu pójść na obiad. Po wejściu do sali uderzył go zapach jedzenia oraz dźwięk kolęd nucone przez skrzaty, które nieśmiało ustawiły się w kącie, by nie rzucać się w oczy. Chłopak taktycznie wybrał miejsce obok Greengrass by móc bez przeszkód kontynuować z nią rozmowę. Widząc, że dyrektora jeszcze nie było i mieli jeszcze chwilę niecierpliwie wyjął różdżkę i stuknął nią w zawinięty w świąteczny papier pakunek przed nim. Paczka z hukiem się otworzyła ujawniając całkiem ładne pióro oraz tubkę na atrament. Zaciekawiony zerknął na to, co trafiło się towarzyszce.
- Zgoda – potwierdził chęć ścigania się za połówkę wypracowania i wyciągnął ku niej rękę by przypieczętować ich zakład tradycyjnym uściskiem dłoni. Wolał nie negocjować, ponieważ obawiał się, że jeszcze zmieni zdanie i jutro ucieknie nad jezioro sama. Pół wypracowania też było dla niego bardzo przydatne i mogło skutecznie zmniejszyć ilość pracy, jaka go czekała. Mackenzie niepotrzebnie się martwiła: był już na tyle doświadczony w spisywaniu, że wiedział co i jak pozmieniać, by żaden z nauczycieli się nie połapał.

@Mackenzie Greengrass
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#9
10.01.2023, 22:27  ✶  
- Naprawdę. Czasem ludzie z miasta albo zza granicy chcą spędzić święta na angielskiej wsi. W Trzech Miotłach co roku dla wynajmujących serwują kolację z okazji Yule. – Mackenzie nawet zdarzyło się rok temu w zamian za parę sykli pomagać w jej przygotowaniu i serwowaniu, gdy jedna osoba z obsługi zachorowała. – Największy ruch jest przed samymi świętami, ale po nich dużo osób wpada albo na jeden dzień, albo nawet do Sylwestra. W Miotłach, Zonku i Miodowym Królestwie na pewno jest ruch. I na pobliskim wzgórzu, niektórzy jeżdżą tam na sankach.
Mieszkając tyle lat w Hogsmeade nauczyła się rytmu życia miejscowości. W wakacje chętnie wpadali tam turyści, w ciągu roku największy ruch był w weekendy, gdzie wszędzie roiło się od uczniów Hogwartu, a przed świętami sporo osób poszukując najcudowniejszych prezentów wpadało do okolicznych sklepów. Grudzień był też ogólnie turystycznym miesiącem, bo Hogsmeade pięknie dekorowano i przyciągało to wielu ludzi, chcących zobaczyć zimą magiczne miasteczko…
Wciąż nagła deklaracja spędzenia tam każdego popołudnia wywoływała w niej pewną konsternację. Nie spodziewała się aż tak nagłej zmiany podejścia.
- To nie był faul. Tylko przejęcie kafla tuż przed twoim nosem – oświadczyła z niezmąconym spokojem, no nie jej wina, że nie zdążył wyhamować, prawda? Za to kiedy wspomniał o byciu pałkarzem, popatrzyła na niego z namysłem. Jak to odgadł?– Nawet się zastanawiałam. Ale Fletcherowie by mnie zamordowali. Kochają te pozycje.
Przyszło jej to na myśl, bo podobnie jak Theodore, bardzo nie lubiła zasady „sto pięćdziesiąt punktów!” za złoty znicz. Sto byłoby zrozumiałe, ale sto pięćdziesiąt?
Jako pałkarz mogłaby zatrzymać szukającego drugiej drużyny i zrobić więcej niż jako ścigająca. Wprawdzie to bycie ścigającą uważała za najbardziej ekscytujące, ale gdy zaniedbujesz naukę na rzecz mioteł, stajesz się dość dobry, by dać sobie radę na większości pozycji… To w końcu miał być jej przyszły zawód.
- Pragnienia? – Mackenzie zmarszczyła brwi, jakby jednak w lustro pokazujące przyszłość łatwiej jej było uwierzyć niż w takie, które pokazuje pragnienia. – Po co takie oglądać? Każdy chyba wie, czego chce.
Ona na przykład była pewna, że zobaczy samą siebie w drużynie qudditcha. Takiej profesjonalnej. Najlepiej w Srokach, chociaż nie pogardziłaby także Harpiami.
- Zobaczymy, ile nam zejdzie na łyżwach – odparła wymijająco, bo jej absolutny brak obycia towarzyskiego właśnie podsuwał myśl, że to, że ktoś koniecznie chce spędzać z nią czas i to nie po to, żeby poćwiczyła z nim quidditcha, jest wielce podejrzane. Inni uczniowie tak nie robili. (Nie to, że ktoś powinien się temu dziwić. Po prawdzie nawet sama Mackenzie jakoś się nie dziwiła.) Istniało tylko jedno sensowne wyjaśnienie takiego stanu rzeczy.
Czyżby chciał wyciągnąć z niej strategię drużyny Gryfonów na ten rok? Kapitan drużyny Puchonów mógł go na nią nasłać. Na pewno był do tego zdolny. Podobno też chciał grać profesjonalne, a przynajmniej ktoś w Gryffindorze tak twierdził.
Weszła do Sali, łyżwy zostawiając przy wejściu. Po drodze do stolika zsunęła też z ramion płaszcz, by potem przerzucić go o oparcie jednego z krzeseł. Sięgnęła po papierową tubkę, obróciła ją w dłoniach i pociągnęła. O ile z mugolskich wynalazków tego typu zwykle wypadały jakieś plastikowe zabaweczki albo papierowe kapelusze, o tyle z tego wyleciał zestaw świecących balonów. Mackenzie obejrzała je, ale dużo bardziej zainteresowała ją zawartość stołu: pieczone indyki, półmisek frytek, ziemniaki w sosie, groszek i…
…a rozsądek przypominał, że powinna zdrowo się odżywiać, by lepiej utrzymywać się na miotle. Ale nic, było w końcu Yule.
- Zgoda – odparła, ujmując dłoń Lovegooda i z powagą dość krótko, mocno uścisnęła jego rękę. Nie do końca pewna, jak właściwie weszła w taki zakład tylko po to, by wiedzieć, gdzie są łajnobomby, ale chłopak widać miał wprawę w popychaniu nawet tak opornych ludzi jak Mackenzie do zrobienia tego, co chciał, by zrobili. To zapewne nazywało się charyzmą, czyli czymś, co ona posiadała w niemal ujemnych ilościach.

@Theodore Lovegood
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#10
12.01.2023, 17:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2023, 17:45 przez Theodore Lovegood.)  
Słuchał jej opowieści o świętach w Hogsmeade z nieukrywaną ciekawością, z każdą sekundą coraz bardziej podekscytowany. Brzmiało to jak wydarzenie dla niego, w przeciwieństwie do cichych świąt w szkole. Już postanowił, że każdą wolną chwilę spędzi w miasteczku, co nie wydawało mu się ani trochę dziwne. Skoro miał dobrą alternatywę, to nie było sensu męczyć się w zamku.
- A czy co roku zbierają się kolędnicy? - spytał z żywym zainteresowaniem. Chętnie dołączyłby do grupy śpiewaków, zamiast jeździć na sankach lub szukać znajomości w pubie. Lubił śpiewać, nawet nie najgorzej mu to wychodziło, choć wiadomo – do profesjonalnego piosenkarza trochę mu brakowało.
- Ta, miałaś szczęście, że sędzia niczego nie odgwizdał. Chyba musiał patrzeć się w innym kierunku – Lekki ton oraz uśmiech zdradzał, że nie miał jej niczego za złe. Obstawiał przy swoim z czystej upartości. Zaś gdy wspomniała o wymianie pozycji, uniósł brwi lekko zdziwiony. - Znudziła ci się pozycja ścigającej? Dlaczego by nie celować w rolę szukającej? Losy całej drużyny byłyby na twoich barkach - Jeśli wierzyło się we własne umiejętności, to szukający był idealną pozycją. Od niego niestety zależało w większości przypadków zwycięstwo lub porażka. Nie było ważniejszej osoby na boisku i jeśli szukający wypadał z gry, to cała drużyna mogła praktycznie pożegnać się ze triumfem.
Przekrzywił głowę nie przekonany, czy się z nią zgadza. On był dobrym przykładem osoby, która nie była pewna, co zobaczyłaby w takim zwierciadle. Wszyscy zdawali się wiedzieć, czego chcą od życia. Ten kolega chciał być aurorem, ta znajoma prawniczką jak mama, a jeszcze ktoś inny łamaczem klątw. A Theodore w tym samym czasie chodził na zajęcia, które ani trochę go nie interesowały i był przerażony przyszłością. W świecie magicznym było pełno interesujących, stabilnych posad i ścieżek kariery, ale nie widział ani jednej odpowiedniej dla siebie.
- Wydaje mi się, że nie zostało one stworzone po to, by dowiedzieć się, jakie ma się marzenia, ale żeby ujrzeć, jak by to było, gdyby się spełniły – odparł wymijająco. Nie miał zamiaru opowiadać o swoich wątpliwościach dotyczących życia po Hogwarcie. Pora była na to kiepska, no i nie czuł, że zna ją na tyle dobrze. - Mógłby to być hipnotyzujący widok, zwłaszcza jeśli pragnie się rzeczy, które nie są możliwe – zareklamował lustro, by przekonać ją, że warto go poszukać. Przy okazji przeszło mu głowę pytanie, czy zobaczyłby w odbiciu swoją matkę. Nie był tego pewien.
- A masz później coś lepszego do roboty? - Nie spodobała mu się ta wymówka. Brzmiała jak wstępna odmowa. Nie mógł dopuścić, by blondynka zrezygnowała z planów, które w jego głowie były już ustalone i nie do zmiany. Postanowił trochę przycisnąć Greengrass. - To zajmie tylko chwilę. Skoro Potter dała radę odnaleźć lustro, to nam uda się to w tempie błyskawicy – Nie miał nic przeciwko Potterównie, była całkiem miła i nawet ją lubił, ale sytuacja wymagała, by przedstawić ją jako nieogarniętą, dużo mniej zaradną od ich duetu. Mackenzie była sportowcem, więc prawdopodobnie musiała lubić rywalizację. Theodore przedstawił więc kogoś, kogo musieli pobić, komu musieli pokazać, jak odnajduje się zagubione magiczne zwierciadła.
W sali zaczęli zjawiać się kolejni uczniowie w liczbie bardzo skromnej. Zajmowali miejsca przy stole, niektórzy samotnie, a niektórzy podobnie jak oni rozmawiali ze sobą po cichu. Przez główne wejście do środka weszli również dyrektor oraz jedna z nauczycielek, ale zamiast rozpocząć wieczerzę, stali w pewnym oddaleniu i dyskutowali jeszcze ze sobą.

@Mackenzie Greengrass
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Mackenzie Greengrass (3410), Theodore Lovegood (3155)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa