Kiedy jednak Geraldine zdecydowała się ruszyć w tamtą stronę, ona też zawędrowała bliżej. Szła za nią dość posłusznie większość drogi, bo kobieta zdawała się dobrze orientować na bagnach i istniała większa szansa, że ona wybierze bezpieczną ścieżkę, niż gdyby o trasie decydowała Mackenzie. Tymczasem, może dzięki szczęściu, może dzięki doświadczeniu Yaxley, nie wlazły w żadne miejsce, w którym mogłyby utknąć, Kenzie wolała więc już się jej trzymać.
I okazało się, że trup nie był trupem, chociaż na pewno jakiś człowiek przyłożył do tego rękę. Z gałęzi na linie zwisały szmaty, przez kogoś zawieszone, w dodatku kiedy Yaxley poruszyła nimi kijem, szaty spadły, a przy okazji zaczął się sypać z nich jakiś… pył?
- Cofnij się – poprosiła Mackenzie, natychmiast za pomocą swojego szalika zatykając sobie usta i nos. – To mi wygląda na pył jednej rośliny. Jest halucynogenna.
Na całe szczęście, chyba szmaty wisiały tu od dawna, większość pyłu zapewne dawno się ulotniła, a Geraldine wyglądała na tak postawną, że jeśli nawet odrobinę by wciągnęła nosem, nie powinna odczuć żadnych skutków, a sama Mackenzie natychmiast zaczęła cofać się w tył.
- Co za pierdolony żartowniś – syknęła, już z bezpiecznej odległości, gdy dzieło owego żartownisia psychopaty znów przysłoniła mgła. Skrzywiła się, kiedy nieostrożnie postawiła nogę, co sprawiło, że zapadła się w błoto aż po łydkę. Stoczyła krótką walkę z bagnem o buta, którą z pewnym trudem zwyciężyła. – Chodźmy stąd. Skoro ktoś tutaj powiesił…
Mackenzie nie dokończyła, ale było raczej jasne, co miała na myśli. Wątpliwe, aby ktoś właził bardzo mocno w głąb bagna, aby zawiesić coś takiego. Musiały być na obrzeżach.
Gorzej, że nie były pewne, czy nie idą na przykład wzdłuż tych obrzeży, podczas gdy jakaś wioska czy normalny las kryły się ledwo kilkanaście kroków w inną stronę – przysłonięte przez mgłę.