Zbliżał się wieczór. Fiery oddała się swoim codziennym rytuałom. Wyszła ze swojej przyczepy, by naszykować posiłek dla braci, a przy okazji wypuścić ich na krótki spacer. Poświęcała im dużo czasu, żeby nie zdziczeli do reszty. Miała wyrzuty sumienia, że to przez nią spotkał ich ten los. Leo i Theo zostali zaklęci we lwy przez nią, przez jej głupotę i to, że dała się złapać na gorącym uczynku tej wiedźmie. Nadal nie do końca się pogodziła z tym, że spotkał ich taki los, miała ogromne wyrzuty sumienia, mogła je trochę ugasić jedynie tym, że o nich dbała, bardzo mocno.
Przygotowała dla braci posiłek, dwie ogromne misy surowego mięsa. Otworzyła klatkę i pozwoliła im z niej wyjść. Kiedy byli w Londynie nie mogli ciągle siedzieć na zewnątrz, w końcu zamienili się w lwy, a te zwierzęta nie miały wśród ludzi zbyt wielkiego zaufania, mimo, że akurat oni byli łagoni niczym małe kotki.
Zabrała ze sobą szczotkę, aby wyczesać ich grzywy. Czekała jednak, aż zjedzą z tą pielęgnacją. Trochę im to zajęło, bo posiłek był spory. Kiedy skończyli ułożyli się wygodnie, by mogła przejść do dalszej części typowego dla nich wieczora.
Fiery usiadła za Leo z ogromną szczotką w dłoni, Theo oparł pysk na jej udzie i przymknął oczy, jeszcze chwila, a zacznie słodko chrapać. Kobieta zaczęła wyczesywać grzywę jednego z braci, robiła to bardzo delikatnie, żeby przypadkiem nie pociągnąć go za sierść - wiedziała że tego nie lubił.
Dla osoby postronnej, która obserwowałą te sytuacje z boku mogło się to wydawać co najmniej niebezpieczne, bo przecież lwy były nieokrzesane, nie można było im ufać. Ona jednak siedziała pośród tej dwójki, z uśmiechem na twarzy. Opowiadała im, jak jej minął dzień, przy okazji z czułością głaskała za uszami.