adnotacja moderatora
Electra Prewett / Piszę więc jestem
Florence nie bywała w Zorzy, otwartej kilka miesięcy temu często, mimo tego, że elegancka restauracja mieściła się zaledwie parę budynków od kamienicy Bulstrodów. Trochę z braku czasu, trochę, bo ceny należały do tych wygórowanych – Florence zarabiała dość dobrze, aby móc odwiedzać takie miejsca, ale nie na tyle dużo, aby bywać w nich codziennie – trochę ze względu na obłożenie lokalu.
Nienormowany czas pracy miał jednak tę zaletę, że mogła swobodnie zarezerwować stolik dla siebie i Electry tuż po otwarciu restauracji, gdy ta nie była tak oblegana. Wybrała salę Zieloną: sama wprawdzie lepiej odnalazłaby się w Białej, a o tej porze dnia dostanie się tam byłoby pewnie możliwe, ale podejrzewała, że ta bardziej spodoba się młodziutkiej kuzynce. Po ścianach pięły się zielone pędy, pokryte białymi kwiatami, pomiędzy stolikami w jasnych donicach stały rośliny, zarówno niemagiczne, jak i czarodziejskie. Na białym, okrągłym stoliku, przy którym usiadła Florence, położonym tuz przy wychodzącym na Horyzontalną oknie, w eleganckim wazoniku pyszniły się goździki a pośród roślin szemrała cicho umieszczona w centrum lokalu magiczna fontanna.
Czekała już na Electrę, popijając herbatę z mlekiem z delikatnej, białej porcelany. Nie zamawiała na razie nic więcej: pora była za wczesna na obiad, nie przepadała za deserami, a z zamówieniem przekąsem – grzechem byłoby po te nie sięgnąć, skoro tutejsi szefowie kuchni słynni byli już nie tylko na cały Londyn, ale i Anglię – postanowiła się wstrzymać do momentu, w którym przyjdzie Electra. Włosy, jak niemal zawsze, starannie zaczesała, tym razem ściągając je w ciasny warkocz, ubrała się w lnianą koszulę – potraktowaną zaklęciem, by nie śmiała się pomnąć – i błękitną spódnicę. Bulstrode wyjrzała przez okno, oplecione bluszczem, spoglądając na ludzi przechodzących chodnikiem – nawet jeśli nie były to godziny szczytu, Pokątna i Horyzontalna rzadko pustoszały.
Pomyślała, że nie tak dawno temu w tym miejscu był antykwariat: że upadł pod konkurencją Esów i Floresów, oraz innego punktu, w drugim krańcu magicznego Londynu. I przez moment poczuła się niemal staro na myśl o tej i wielu innych zmianach.