Czy gdyby wszyscy znali prawdę, głębię jego myśli, patrzyliby na niego inaczej? Widzieliby tego węża, który przecież potrafił przewidzieć pewne zachowania, a i tak kusił? Widzieliby to, co widział on - teraz, kiedy trzymał drugą szklankę, a fale ciepła ogrzewały już nie tylko z zewnątrz, jak w wodzie. Ogrzewały od wewnątrz skuteczniej niż herbata, o której zaparzenie prosił. Gdyby tylko Astaroth był ciepły, gorący, pełen życia... nie pozwoliłby mu wyjść z tej wanny, dopóki by nie zaspokoił potrzeby bliskości, której nie mógł zaspokoić żaden słodziutki i niewinny przytulas. One wypełniały jego potrzebę bliskości tylko w idiotycznie malutkiej części. A gdyby Laurent znał myśli wampira - bałby się bardziej? Na pewno. Wszystkie te niedomówienia, niedopowiedzenia, które zostawialiśmy na brzegu, jakby nasz świat był łódką gotową do rejsu, były po coś. Istniały po coś. Nawet jeśli Astaroth wydawał się tak prostym i szczerym człowiekiem... wampirem. A potem zastanawiał się, czy to nie jest największy manipulant, z jakim przystało mu się spotkać, ale chyba nie. Chyba gorszy był The Edge, którego obecność tutaj wyłoniła się w jego głowie jako coś niezbędnego i potrzebnego. Sam nie wiedział, czemu. Bo liczył na to, że to on tutaj będzie częściej? Że mu naprawdę pomoże? Zamiast tego przesiedział dzień w jeziorze z wampirem i miał teraz przesiedzieć z nim noc. Wcześniej sądził, że to może być Philip. Że to on się nim zajmie tak, jak tego potrzebował. Jeszcze wcześniej - Kayden. Nabrał głębszego tchu i przysunął dłoń do ust. Nie chciał znowu wybuchać płaczem. To chyba to hasło o psach powiodło jego myśli w kierunku Fleamonta. Odsunął dłoń i zamiast płaczu był uśmiech - krytyczny, zmęczony i smutny, ale uśmiech w odpowiedzi na pierwsze zdanie wypowiedziane z ust Astarotha.
- Cóż, jesteś od Dumy znacznie przystojniejszy. - Chciał nadać na tej nucie żartu, którą mężczyzna wysunął. Uniósł na niego wzrok - odebrał niebezpieczną iskrę, która bardzo chciała sięgnąć lontu dynamitu. Rozpalić go. Spoglądać, jak będzie błyskawicznie się spalała i dążyła do tego, żeby nastąpił wybuch. Tylko jaki wybuch by ich tutaj czekał? Z jednej strony szukał czegoś niegrzecznego, z drugiej nie szukał wcale. Nie spędził dnia z Astarothem, bo czegoś od niego chciał. - Astaroth. - Odezwał się w końcu takim samy tonem, jakim zwracał się do Dumy, żeby zwrócić jego uwagę. - Be a good boy. - Kręcili go grzeczni chłopcy? Nie. Kręcili go niegrzeczni chłopcy, którzy dla niego chcieli być grzeczni. Którzy nie byli tacy prości do owinięcia sobie wokół paluszka, którym trzeba było poświęcić czas i którzy chcieli warować przy jego nogach. Tacy, którzy mieli kły, szpony i mogli go rozerwać, gdyby tylko..! I nie robili tego. To była władza. A władza podniecała Laurenta.
- W obu tych przypadkach chyba zemdlałbym w połowie. Co za nieszczęście dla nas obu. - W dużej mierze przemawiała przez niego gorycz, nie pamiętał, kiedy sam był tak pełen cynizmu. Byłoby go więcej, gdyby nie to, że te dźwięki harfy w spojrzeniu były takie smutne. Tak głęboko, spierdolenie smutne. To też poruszało struny w jego wnętrzu w odpowiedzi na to brzmienie - nawet jeśli brzmiał w rzeczywistości tylko głos wampira.
- Nie gardź sobą... To tylko wrażenie, Astaroth. Jesteś żywy. To, że twoje serce nie bije nie znaczy, że ciebie nie ma. Martwe są inferiusy, które nie mają już uczuć, myśli. Ty tu jesteś. Czujesz. Chcesz być lepszy. - Nie powstrzymał się przed oparciem dłoni na odsłoniętym obojczyku mężczyzny, przesunął palcami w dół, na jego pierś, a za swoim dotykiem powiódł oczami. Prosto w miejsce, gdzie serce powinno bić w piersi. - Tak, nie powinno cię tu być. - Myślał podobnie, identycznie, a jednak - oto byli. - Jestem ostatnią osobą, która powinna mówic o walce z pokusami. - Powinien czuć się winny z tego powodu, ale teraz nie czuł nawet malutkiego ukłucia winy. - Sam nie potrafię z nimi walczyć, a gdybym chciał ci pomóc w walce z twoją to nie rozbierałbym się przed tobą i nie łasił do ciebie jak kotka. - Dlatego zasługiwał na krytykę. Dlatego był egoistyczny dupkiem. Za często wystawiał ludzi na testy. - Ale bez wystawiania na pokusę nie ma walki z nią. Bez walki nie ma tresury. Bez tresury - nie ma oswojenia. - I nie było też zwicrowanych myśli, w których fantazjowanie o tym, że jest się pożądanym - w jakikolwiek sposób - była przyjemnym wypełnieniem ego Laurenta.
Nie spodziewał się podziękowania. Nie spodziewał się w ogóle... tego. Tej wylewności. Mówił, że niewiele osób wie, już wcześniej, bardzo szczerze, mówił o tym, że próbuje się kontrolować, ale jest taki niepewny siebie i swoich myśli. To wszystko musiało być niewyobrażalnie ciężkie, a Laurent nie wiedział nawet, jak powiedzieć coś, co brzmiałoby jak chociaż malutkie zrozumienie. Uniósł dłoń i musnął palcem jego policzek.
- To wszystko musi być bardzo ciężkie. Przykro mi, Astaroth. - Tak ciężkie, że powiedzenie "rozumiem, przez co przechodzisz" byłoby zarozumiałością, na którą nawet jego nie było stać. - Och, dziękuję. - Tym razem on. A powiedział to z lekkim opóźneniem po tym, co powiedział Astaroth. - To chyba pochlebstwo, skoro jest się tak pożądanym, że doprowadza to do szaleństwa?