14.08.2024, 16:10 ✶
– To byłoby trochę opóźnione działanie, nie sądzisz? Tak o jakąś dekadę.
W głowę to im obojgu dała magia Beltane i Macmillanów, i Brenna do tej pory zastanawiała się, co się tam do cholery stało, i czy Departament Tajemnic próbował zgłębić tę sprawę – a raczej jak wiele odkrył i ile na ten temat ukrywa. Zwalała chętnie winę na Voldemorta, ale Sarah Macmillan twierdziła przecież, że to nie mogli być śmierciożercy. Ale chociaż wyrzucała sobie udział w tym rytuale jakieś trzysta razy w maju i latem, to teraz wcale nie mogła powiedzieć, że żałuje. Byłoby to paskudne kłamstwo, a nie ładnie okłamywać tak samego siebie.
– Gdzie można zaprosić znajomych, których nie chce się pokazać wścibskim braciom i… miałam powiedzieć coś o urządzaniu nielegalnych wieczorków hazardowych za plecami rodziców, ale pewnie matka by cię zabiła, że jej na taki nie zaprosiłeś? – Nie znała może Enidy inaczej niż jako siostrę Vincenta, migającą czasem gdzieś w tle na jakimś przyjęciu (trochę niepewnie nagle się poczuła, jak sobie przypomniała, że na jednym albo dwóch przyjęciach to widziała ją u boku własnej matki), ale i to Prewett coś tam o niej wspomniał, i to co teraz Atreus mówił o przegrywaniu domu ciotki w karty, budowało bardzo konkretny obrazek. – Warownia jest ogromna, moglibyśmy tam sprowadzić kilka osób i nikt by tego nie zauważył… w sumie mój ojciec chyba dopiero dwa miesiące po tym, jak przyprowadziłam Thomasa zorientował się, że on u nas mieszka… ale Morpheus chyba czuje, że potrzebuje przestrzeni dla siebie.
Czy tego żałowała? Bardzo. Czy rozumiała? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza że Morpheus był najmłodszym z braci, a jednocześnie człowiekiem już po czterdziestce i może zapragnął osiąść w domu, który będzie należał tylko do niego: nie do ojca, i najstarszego brata – dziedzica. Martwiło ją to jednak: Little Hangleton było ponurym miejscem pełnym czarnej magii, i ona zastanawiała się, co tutejsze aura, nie korespondująca z aurą Atreusa, wniesie do snów jasnowidza. Czy nie zasnuje jego umysłu? Czy nie sprawi, że Morpheus, syn swojej matki, zacznie oddalać się coraz bardziej od ludzi, znikając pośród wizji i koszmarów?
– Drzewa w Kniei gadają do Greengrassów, a te tutaj okazyjnie powtarzają „zabij mnie, zabij” – powiedziała, spoglądając na niego, i teraz w głos wkradła się odrobina powagi, bo mogła żartować sobie z tą całą wycieczką krajoznawczą, ale wspomnienie twarzy w Zagajniku Zaklętych Drzew, ich szeptów i Apolla, którego pochłaniała kora, nie należało do najprzyjemniejszych. – Pamiętasz, co serwują w kafeterii? Nie wiem, co musiałbyś podać, żeby było gorsze, błoto? – zapytała jednak zaraz, i znowu się uśmiechnęła. Nie uraziła jej i uwaga o miotłach: miała ten komfort, że takie komentarze nie mogły naruszyć jej równowagi. Gdyby nie mogła całe lata awansować na Detektywa albo nie miała szans zostać aurorem, a o tym marzyła, pewnie by ją zabolało – ale Brenna nigdy nie była szczególnie ambitna, Detektywem została lata temu, a o aurorach nawet nie myślała.
Trochę było z tym jak z ubraniem. Bolało, kiedy ktoś wyśmiewał wytarte jeansy, gdy nie stać było cię na lepsze. Rozbawiało, kiedy mógłbyś kupić sobie kupić całą ich fabrykę.
– Tylko proszę, niczego, co zamieni mnie w kapibarę – mruknęła jeszcze i dała mu lekkiego kuksańca w bok. – Poczekaj, opiszę twoją miotłę wszystkim ludziom na szkoleniu, i każę zwracać szczególną uwagę, jak jest zaparkowana.
W głowę to im obojgu dała magia Beltane i Macmillanów, i Brenna do tej pory zastanawiała się, co się tam do cholery stało, i czy Departament Tajemnic próbował zgłębić tę sprawę – a raczej jak wiele odkrył i ile na ten temat ukrywa. Zwalała chętnie winę na Voldemorta, ale Sarah Macmillan twierdziła przecież, że to nie mogli być śmierciożercy. Ale chociaż wyrzucała sobie udział w tym rytuale jakieś trzysta razy w maju i latem, to teraz wcale nie mogła powiedzieć, że żałuje. Byłoby to paskudne kłamstwo, a nie ładnie okłamywać tak samego siebie.
– Gdzie można zaprosić znajomych, których nie chce się pokazać wścibskim braciom i… miałam powiedzieć coś o urządzaniu nielegalnych wieczorków hazardowych za plecami rodziców, ale pewnie matka by cię zabiła, że jej na taki nie zaprosiłeś? – Nie znała może Enidy inaczej niż jako siostrę Vincenta, migającą czasem gdzieś w tle na jakimś przyjęciu (trochę niepewnie nagle się poczuła, jak sobie przypomniała, że na jednym albo dwóch przyjęciach to widziała ją u boku własnej matki), ale i to Prewett coś tam o niej wspomniał, i to co teraz Atreus mówił o przegrywaniu domu ciotki w karty, budowało bardzo konkretny obrazek. – Warownia jest ogromna, moglibyśmy tam sprowadzić kilka osób i nikt by tego nie zauważył… w sumie mój ojciec chyba dopiero dwa miesiące po tym, jak przyprowadziłam Thomasa zorientował się, że on u nas mieszka… ale Morpheus chyba czuje, że potrzebuje przestrzeni dla siebie.
Czy tego żałowała? Bardzo. Czy rozumiała? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza że Morpheus był najmłodszym z braci, a jednocześnie człowiekiem już po czterdziestce i może zapragnął osiąść w domu, który będzie należał tylko do niego: nie do ojca, i najstarszego brata – dziedzica. Martwiło ją to jednak: Little Hangleton było ponurym miejscem pełnym czarnej magii, i ona zastanawiała się, co tutejsze aura, nie korespondująca z aurą Atreusa, wniesie do snów jasnowidza. Czy nie zasnuje jego umysłu? Czy nie sprawi, że Morpheus, syn swojej matki, zacznie oddalać się coraz bardziej od ludzi, znikając pośród wizji i koszmarów?
– Drzewa w Kniei gadają do Greengrassów, a te tutaj okazyjnie powtarzają „zabij mnie, zabij” – powiedziała, spoglądając na niego, i teraz w głos wkradła się odrobina powagi, bo mogła żartować sobie z tą całą wycieczką krajoznawczą, ale wspomnienie twarzy w Zagajniku Zaklętych Drzew, ich szeptów i Apolla, którego pochłaniała kora, nie należało do najprzyjemniejszych. – Pamiętasz, co serwują w kafeterii? Nie wiem, co musiałbyś podać, żeby było gorsze, błoto? – zapytała jednak zaraz, i znowu się uśmiechnęła. Nie uraziła jej i uwaga o miotłach: miała ten komfort, że takie komentarze nie mogły naruszyć jej równowagi. Gdyby nie mogła całe lata awansować na Detektywa albo nie miała szans zostać aurorem, a o tym marzyła, pewnie by ją zabolało – ale Brenna nigdy nie była szczególnie ambitna, Detektywem została lata temu, a o aurorach nawet nie myślała.
Trochę było z tym jak z ubraniem. Bolało, kiedy ktoś wyśmiewał wytarte jeansy, gdy nie stać było cię na lepsze. Rozbawiało, kiedy mógłbyś kupić sobie kupić całą ich fabrykę.
– Tylko proszę, niczego, co zamieni mnie w kapibarę – mruknęła jeszcze i dała mu lekkiego kuksańca w bok. – Poczekaj, opiszę twoją miotłę wszystkim ludziom na szkoleniu, i każę zwracać szczególną uwagę, jak jest zaparkowana.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.