adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI
Brenna sporą część nocy i większość dnia tkwiła w Ministerstwie Magii, a potem w domu wiedźmy, zaledwie rzut kamieniem od Księżycowego Stawu. Trzeba było posprzątać ten bałagan – a to oznaczało ustalenie wspólnej wersji wydarzeń, oficjalne znalezienie kobiety przy okazji sprawdzania anonimowego donosu, niewspominanie o pożarze w Księżycowym Stawie (jakby nie było, sama Lydia tam nawet nie była…), i absolutne niewspominanie o Dorze. Trzeba było nie tylko załatwić robotę papierkową, przesłuchanie, upewnić się, że robota nie trafi do jakiegoś aurora, który mógłby za dokładnie kopać – nie że zrobili coś nielegalnego, bo akurat nie, naprawdę trafili przypadkiem na nekromantkę w sąsiedztwie, i po prostu nie dali się zamordować, ale ot Brenna nie chciała, by obcy ludzie wiedzieli, że urządzają Księżycowy Staw – i tak dalej, i tak dalej.
Wiedźma, i tak na wpół oszalała, chwilowo została aresztowana. Kilkudziesięcioletnie ciało znad stawu, jednej z sióstr Julius zapewne, trafiło na stół w prosektorium. Domek na skraju wioski sprawdzono, znaleziono tam różne paskudne rzeczy, a Brenna w duchu po prostu postanowiła w przyszłości kupić ten kawałek ziemi, na którym stał, by uniknąć problemów – jak miło być bogatym, można w problemy rzucać pieniędzmi.
To mogła powiedzieć na głos, ale to, co myślała – że lepiej dla nich byłoby pewnie, gdyby Lydia utonęła i mogli zamieść sprawę pod dywan – już nie. Nie powinni słyszeć tego z jej ust. Nawet ją samą przerażało nie tyle, jak bardzo bezlitosne stawały się jej myśli z powodu wojny, a raczej to, że przeczuwała, że prędzej czy później mogą przejść w czyny. Że pewnie przejdą w czyny.
Nie dało się brać udziału na wojnie i nie ubrudzić sobie rąk.
Na razie jednak mieli to zrobić dosłownie.
Sprawa Lydii, niestety, opóźniła nieco prace w Stawie. Po powrocie Brenna od razu wzięła się więc błyskawicznie do pracy. Upewniła, że z kuchni znikły resztki starego jedzenia, wywaliła ciała szczurów z pułapek i miejsca, gdzie wyłożono trutkę, sprawdziła czy zabezpieczono elementy, które mogły się rozsypać... jak poręcz schodów... i teraz nadszedł czas na ciąg dalszy.
– Wiem, że ogródek to najmniejszy problem, ale smutno się na to patrzy – powiedziała Brenna, wodząc spojrzeniem po wypalonych resztkach żywopłotowego labiryntu, widocznych w promieniach słońca, powoli chylącemu się ku zachodowi. To był długi dzień, i nastąpił po długiej nocy i równie długim dniu. Myślała w tej chwili o tym, co trzeba zrobić w Stawie i... i jednocześnie, że właściwie to ludzie chyba po tym wszystkim zasługują na to, żeby trochę odpocząć, i że jak tylko wróci do domu, powinna zająć się zorganizowaniem czegoś miłego. Może na jakiejś plaży. Nienawidzonej plaży. Na której nie bywają nekromanci. – Ale cóż… to będzie musiało poczekać. Najpierw, w każdym razie, mechanizmy. Nic niebezpiecznego, bo jeszcze wpadną w to jakieś mugolskie dzieciaki. Albo nasi. Trzeba to ogarnąć tak, żeby bramy i tylnej furtki nie dało się otworzyć bez klucza, to zdaje mi się najprostsze, da się zrobić?
Oczywiście, czarodzieje jakoś to obejdą. Teleportacja do miejsca nieznanego była ryzykowna, ale i tak mogli spróbować albo przelecą nad murem, ale zawsze było to jakieś zabezpieczenie.
– Jakieś blokady na okna, na drzwi. Żeby wejść bez kluczy, żeby musieli je rozwalić, przynajmniej będziemy od razu wiedzieć, że był tu ktoś, kto nie powinien. Masz jakieś pomysły łatwe w realizacji?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.