• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[1969] Marsz Praw Charłaków, Mackenzie i Peregrin

[1969] Marsz Praw Charłaków, Mackenzie i Peregrin
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#1
15.12.2022, 19:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2023, 13:21 przez Mackenzie Greengrass.)  
Jeśli szło o Mackenzie Greengrass, to nigdy nie orientowała się za dobrze w sprawach wielkiego świata. Najpierw żyła w ciasnym światku Hogsmeade, potem w równie ciasnym (choć wcale się taki wtedy nie wydający) świecie Hogwartu, a wreszcie w może już nie - tak - ciasnym, ale wciąż ograniczonym świecie quidditcha, całą swoją uwagę kierując na mecze, treningi, treningi i jeszcze raz treningi oraz tę odrobinę towarzyskich aktywności, na jakie było miejsce w jej życiu. Zwykle nawet nie czytywała gazet.
Nic więc dziwnego, że kiedy wyszła ze sklepu z miotłami, w którym spędziła dobre pół godziny, wybierając najlepszy zestaw do pielęgnacji mioteł, i zobaczyła całe mrowie ludzi wypełniających ulicę, była zaskoczona. Pochłonięta treningami zdołała jakimś cudem przegapić wszystkie zapowiedzi marszu i dyskusje na jego temat, a nawet kiedy szła Pokątną, i tu i ówdzie mijała pierwsze, gromadzące się grupy, nie zrozumiała, co się szykuje. Charłacy nigdy jej nie obchodzili, tak jak nie interesowała się zupełnie mugolami. Zapewne gdyby na takiego wpadła, traktowałaby go normalnie, ale była też ostatnią osobą, która byłaby skłonna maszerować w tłumie, domagając się dla nich jakichś praw.
Greengrass stała przez moment na stopniu, niezdecydowana, czy cofnąć się i spędzić kolejną godzinę w sklepie, czy spróbować brnąć pod prąd tego całego tłumu, by się wydostać. Mogłaby się teleportować, ale w efekcie na pewno zrobiłoby się jej niedobrze - unikała teleportacji tak, jak tylko mogła. Pożałowała, że nie zabrała swojej miotły: niemal zawsze nosiła ją ze sobą, nawet kiedy rozsądniej było jechać Błędnym Rycerzem, chociaż ludzie uważali to za dziwaczny zwyczaj, a ten jeden raz, gdy ta naprawdę by się przydała, zostawiła ją w domu. (Trochę dlatego, że stara miotła nie powinna być świadkiem straszliwej zdrady, jakiej dopuszczała się Mackenzie. Panna Greengrass bowiem nie tylko kupowała zestaw do pielęgnacji, ale też z ciężką duszą oglądała najnowsze modele. Jej Zmiataczka szóstka doskonale służyła w Hogwarcie i potem w Harpiach, w Srokach jednak wszyscy, co do jednego, posługiwali się najnowszym modelem Nimbusa. Nibus 1001 był po prostu koniecznością. Zwłaszcza, że teraz było ją na niego stać - wprawdzie po naciągnięciu budżetu, bo nie była jeszcze milionerką, ale też bez odmawiania sobie czegokolwiek. Zdaniem trenera mógł zapewnić jej powołanie do kadry narodowej, a Mackenzie trwała w przekonaniu, że to będzie spełnienie wszystkich marzeń. Mimo to ostatecznie nie odważyła się dokonać zakupu. Musiała do niego dojrzeć. Jeśli na coś była skłonna wydać pieniądze, to właśnie na miotłę, ale była też ogromnie przywiązana do poprzedniej...)
Zdążyła zrobić może ze trzy kroki, przemieszczając się ostrożnie wzdłuż ściany, gdy zdała sobie sprawę z tego, że zwykły gwar, towarzyszący takiemu tłumowi, narasta i przemienia się w odgłosy świadczące o czymś zupełnie innym. Ktoś gdzieś krzyczał. Nie były to już wywrzaskiwane hasła dotyczące... charłaków? To był marsz charłaków? Raczej okrzyki przestrachu. Może bólu. Serce Mackenzie zabiło mocniej i - mogłaby przysiąc - podeszło do gardła, gdy przypomniała sobie zamieszki, do jakich doszło przy okazji jednego z meczów, gdy sędzia doprowadził kibiców do furii.
Tam też tak to brzmiało.
Ale tam miała swoją miotłę. Mogła po prostu za jej pomocą ewakuować się ze stadionu pod osłoną protego. Na miotle Mackenzie nie bała się nikogo ani niczego. Tu na ziemi, może nie ogarnęła jej jeszcze panika - nigdy nie była zbyt emocjonalna - ale w sercu Greengrass rodził się coraz silniejszy niepokój.
Gdzieś rozległ się trzask, świadczący o tym, że ktoś przytomniejszy aportował się z tłumu i chyba za pomocą teleportacji łączonej zabrał ze sobą jakiegoś charłaka. A potem gdzieś w niebo pofrunęły iskry, sygnał albo źle rzucone zaklęcie. I nagle tłum nie szedł już spokojnie przed siebie. Część ludzi stała, nie wiedząc, co się dzieje, inni próbowali uciekać w boczne alejki albo do sklepów, jeszcze inni starali się zawrócić, napierając na tych z tyłu. Moment zawahania wobec tego, czy ryzykować teleportację, czy nie, kosztował Mackenzie utratę takiej szansy: jakiś potężnie zbudowany mężczyzna, wpadł na nią, zbijając ją z nóg, tak że padła w dół. Prosto pod nogi ludzi, którzy w panice zaczęli rzucać się do ucieczki.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Peregrin McGonagall
#2
22.12.2022, 13:04  ✶  

Nie przyszedł na marsz z przyjemnością. Niezależnie od tego, jakie postulaty pchały cały ten tłum przez ulicę, Peregrin nigdy nie był fanem tej formy protestu. Zdawał sobie sprawę, że charłacy byli marginalizowaną częścią społeczeństwa, lecz taka oddolna inicjatywa raczej nie przysparzała im poparcia. Dało się o nich przez to usłyszeć, to fakt, jednak sam McGonagall był w tej części społeczeństwa, która woli jednak spokojne dyskutować, zamiast manifestować. Nie miał jednak nic do gadania, gdy podobnie jak kilku jego kolegów został wysłany na miejsce przez Ministerstwo, aby zabezpieczać marsz przed czymkolwiek, co mogłoby jakoś przeniknąć do świata mugoli. Nie był tutaj więc służbą porządkową, raczej służbą "na wszelki wypadek". Niemniej jednak musiał poruszać się wraz z tłumem, mimowolnie stając się jego częścią. Nie miał nic przeciwko charłakom i ich dążeniu do równości, jednak nie był również zaangażowany w popieranie ich sprawy. Miał wystarczająco dużo swoich problemów na głowie, aby jeszcze martwić się o cudze.

Do pewnego momentu wszystko przebiegało w miarę spokojnie i pokojowo. Przynajmniej Peregrin nie trafił wokół siebie na ludzi szukających zaczepki, czy demolujących wszystko, co napotkają na swojej drodze. Czasem takie marsze przetaczały się przez ulicę jak szarańcza i tylko przeszkadzały idei, zamiast pomagać. Tym tutaj pochodem zapewne też wiele nie wskórają, ale przynajmniej było spokojnie. Naprawdę, przez długi czas było spokojnie.

Wszystko zmieniło się gdy... właściwie ciężko było powiedzieć, co się stało. Ktoś kogoś nadepnął, a tamten go odepchnął? A może jakaś mała grupka kontrmanifestantów postanowiła dać czynny odpór charłakom, aby już do końca nie poprzewracało im się w głowach od tej równości? Dość powiedzieć, że atmosfera szybko się zmieniła, a ulica stała się polem walki. Na samym początku wydawało się, że cały ten harmider dzieje się w ogóle na drugim końcu tłumu. Zamieszanie jednak rozprzestrzeniło się w mgnieniu oka jak meksykańska fala i po kilku minutach prawie każdy był mniej lub bardziej zaangażowany w to, co zaczęło się tam dziać. Czy powinien zacząć ciskać zaklęciami jak inni dookoła? Powstrzymywał się, bo nie chciał napędzać tej spirali, którą podsycała obecnie właśnie magia. McGonagall postanowił, że uspokajanie i deeskalację zamieszek zostawi innym, natomiast sam, zamiast przeciskać się do źródła, postanowił działać w najbliższym otoczeniu. Już chciał zrobić krok do przodu, gdy jakaś blondynka padła przed nim jak długa.

- O matuchno! - Aż wzdrygnął się z zaskoczenia, lecz szybko pochylił się nad nią i starając się blokować napór ludzi z boków, chwycił ją za ramię i pociągnął w górę. Bez zbędnej delikatności niestety, bo nie było na to miejsca ani czasu.

- Głowa cała? - Zapytał na szybko, wciąż trzymając ją w pionie, chyba że dawała do zrozumienia, że tego nie chce lub nie potrzebuje.

- Chodź na bok, wyjdziemy z tłumu. - Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jeśli chciała skorzystać z pomocy, Peregrin zamierzał przecisnąć się przez zbity tłum, starając się nie zostać zbyt mocno poturbowanym. Co będzie dalej? Ciężko było pomóc wszystkim, więc na razie skupił się na tej jednej osobie. Nie chciał używać czarów, bo trudno by było zrobić to na tyle precyzyjnie aby mieć pewność, że nie narobi się tym więcej szkód, niż pożytku.

Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#3
22.12.2022, 19:29  ✶  
Mackenzie przesunęła się gwałtownym ruchem, ratując dłoń przed czyimś nadepnięciem. Nieważne jednak, jak była sprawna fizycznie – a była bardzo sprawnie – wstanie w tłumie, który właśnie wpadał w panikę i napierał ze wszystkich stron, wcale nie należało do rzeczy łatwych. Ledwo zdołała dźwignąć się na kolana, a już traciła równowagę, kopnięta przez kolejną osobę. Gdzieś przez jej głowę przeszła myśl – na razie nie podszyta jeszcze strachem, jakby wszystko działo się tak szybko, że lęk nie zdążył zagnieździć się w duszy Mackenzie – że zaraz zostanie zadeptana.
A, cholera jasna, ledwo dołączyła do Srok i szeptano, że niedługo będą szukać nowych rezerwowych do reprezentacji narodowej…
Miała jednak szczęście. Ktoś najwyraźniej wyższy od niej i lepiej zbudowany, pociągnął ją w górę. Gdzieś ponad ich głowami śmignęło zaklęcie. Krzyki wwiercały się w uszy, te paniczne, te pełne złości i te układające się w imiona, gdy osoby rozdzielone przez morze ludzi usiłowały odnaleźć się w tłumie. Odruchowo uniosła wolną rękę, zawijając ją, tak by przedramieniem chronić głowę i twarz. Nie była może niziołkiem, ale właściwie każdy mężczyzna w tym tłumie ją przerastał, a upaść teraz oznaczało: dać się stratować. Adrenalina skoczyła na tę myśl.
Najwyraźniej cokolwiek się stało, doszło do tego na jego czele.
- Tak – odparła, chociaż ani nie była pewna, czy głowa faktycznie jest cała (oberwała chyba w nogę i lewą rękę, ale nie w głowę), ani czy mężczyzna w ogóle usłyszy ją w tym całym zamieszaniu. Nie próbowała się wyrywać, w takiej chwili to, że ktoś trzymał ją za obolałe, prawe ramię, było najmniejszym z problemów, jakie miała, a pomógł jej utrzymać się w pionie. Nie dosłyszała, co mówił dalej, ale pozwoliła pociągnąć się przez tłum, mniej więcej w tę samą stronę, co oni: bo wszyscy próbowali teraz osiągnąć jeden cel, wycofać się, uciec na bok. Teraz zagrożeniem nie były już nawet zaklęcia, śmigające w powietrzu, ale sami ludzie, popychający się i przewracający. Tyle dobrego, że pośród protestujących byli także czarodzieje i część z nich zdołała się aportować: Mackenzie miała wrażenie, że tylko dzięki temu jeszcze nikt ich nie stratował. Ktoś ją popchnął, ktoś walnął w rękę, tak, że ją opuściła, chwilę później dostała czyimś łokciem w nos. Ledwo zwróciła na to uwagę, dobrze zaznajomiona z tłuczkiem.
Zdołali w końcu niemalże wypaść do bocznej uliczki. Nie tylko oni wpadli na ten pomysł, niektórzy też skręcali tu, rozlewali się na boki, do zaułków, wpadając do sklepów, powoli sprawiając, że tłum nie był już aż tak zbity - choć na jego początkach ludzie wciąż tratowali się wzajemnie, gdzieś trwała walka, a tu i ówdzie na pewno mieli pozostać ranni. Mackenzie przylgnęła do muru, łapiąc oddech, dłonią ocierając krew z nosa.
- Dziękuję - wykrztusiła tylko. Powinna się aportować. Tak byłoby najrozsądniej, ale może, może powinna zostać, może będzie mogła pomóc...
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Peregrin McGonagall
#4
17.01.2023, 14:50  ✶  

Skoro każdy mógł się stąd aportować i uciec ze strefy zagrożenia, dlaczego walki nie tylko trwały, ale nasilały się z każdą minutą? Może i wszystko zaczęło się od jakiegoś nieszczęśliwego przypadku czy zbiegu okoliczności, ale teraz zamieszki były już napędzane przez wzajemną nienawiść i zajadłość. Mówią, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i teraz takie właśnie stado ludzi kotłowało się bez sensu, narażając wszystkich dookoła. Czy Peregrin mógł to powstrzymać? Absolutnie nie. Teraz każdy odpowiadał za siebie i... może za osobę obok siebie? Gdy dziewczyna dała sobie pomóc, nie zawahał się ani na moment, wszystko działo się zbyt szybko. Po kilku chwilach byli już w bocznej uliczce, a McGonagall starał się ogarnąć, co tu się tak właściwie dzieje. Spojrzał na jej twarz z krwawiącym nosem. Nie wyglądało na to, aby odniosła jakieś poważne rany, chociaż oczywiście nie dodawało jej to uroku. Zauważyłby, że była nawet ładna, gdyby tylko były to jakieś inne, bardziej sprzyjające okoliczności.

- Jestem Peregrin, z Ministerstwa. - Odparł na jej podziękowanie, nie skupiając się już na niej i jej obrażeniach, skoro rzekomo wszystko było w porządku. Nie tracił jej co prawda z oczu, ale wyglądał już poza boczną alejkę, w której wylądowali, starając się ocenić sytuację chłodnym okiem.

- Niebywałe. Ludzie to idioci. - Powiedział do niej, gdy tłum w ich części trochę zelżał. W oku tego cyklonu nadal jednak trwała burza i chyba dopiero brygada uderzeniowa będzie musiała siłą rozpędzić towarzystwo. Co on miałby w tym czasie robić? Był bezpieczny tam gdzie stał. Nie widział sensu w wyjściu z powrotem na ulicę i nawoływaniu do wzajemnego szacunku i pokoju na świecie. Tak to już jednak było, że jeśli Mahomet nie chciał przyjść do Góry, to Góra przyszła do niego, a raczej na niego wpadła.
Oczywiście, że nie był z blond pięknością sam w zacisznej uliczce. Wokół panował chaos i większość ludzi, którzy wpadali tu za nimi od razu aportowało się z dala od tego zamieszania. Tak pewnie zrobiłby to również jeden z młodzieńców, który zziajany pojawił się między budynkami, jednak w dłoni trzymał złamaną różdżkę. To tłumaczyło prawie wszystko, ale wyglądało na to, że to dopiero początek jego problemów. Zaraz za nim, w uliczce pojawiło się bowiem dwóch innych mężczyzn. Ci byli już dużo lepiej zbudowani i wyraźnie skupieni na tym, aby temu pierwszemu uprzykrzyć życie. Peregrin razem z nieznajomą byli więc świadkami krótkiej sceny, gdy młody został dopadnięty, a raczej napadnięty i przyparty do muru. Nie został zaatakowany czarami, lecz w tradycyjny i niemagiczny sposób.

- I co śmieciu? Kto jest teraz rasą panów?! - Krzyczeli mu nad głową, kopiąc leżącego. Wydawało się, że chudzielec nie ma zbyt wiele szans, aby wyjść z tego cało, chyba że ktoś przyjdzie mu z odsieczą.

- Panowie! Panowie! - Peregrin zareagował może nie od razu, ale wciąż była nadzieja, że nie za późno.

- On ma już chyba dość! - Podbiegł do tej małej scenki i próbował interweniować, jednak na razie bez sukcesów.

Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#5
17.01.2023, 15:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 15:12 przez Mackenzie Greengrass.)  
Gdyby Peregrin zadał pytanie na głos, Mackenzie mogłaby mu odpowiedzieć. Dużo wspólnego z tym miał przecież fakt, że w tłumie była masa charłaków, którzy nie potrafili się teleportować. A z nimi nierzadko znajomi, nie chcący zostawić przyjaciół. Także wśród magów były osoby z problemami z teleportacją, a i ich towarzysze niekoniecznie chcieli zostawić żonę, przyjaciela czy syna…
A niektórzy mogli skończyć jak ona. Nim zdecydowała się na teleportację, popchnięto ją pod nogi tłumu, gdy już niezbyt mogła „skoczyć”, nie ryzykując, że na miejscu zostawi rękę albo nogę. Bardzo ich potrzebowała. Zarówno ręce, jak i nogi były absolutnie niezbędne podczas gry w quidditcha.
- Tak, coś w tym jest – przyznała na jego stwierdzenie. Dla niej idiotami byli i ci, którzy maszerowali, bo przecież to – nic – nie – zmieni (niekoniecznie miała rację: ale była młodą dziewczyną, niezbyt dużo wiedzącą o tym, jak działa społeczeństwo), i ci, którzy z jakichś powodów postanowili marsz zaatakować. Co niby chcieli uzyskać w ten sposób?
Wtulała się w ścianę, by ludzie umykający tą samą alejką jej nie potrącili. Próbowała uspokoić oddech, bo teleportacja nigdy nie była specjalizacją Mackenzie i skoro chwilowo większego niebezpieczeństwa nie widziała, nie chciała robić tego na szybko.
Słyszała krzyki, nawoływania, ale też wydawane za pomocą sonurs polecenia, zapewne gdy Brygada wkroczyła do akcji. Gdzieś w oddali w niebo pofrunęły iskry, chociaż patrząc na to z zaułka Mackenzie nie miała pojęcia, czy to jakiś sygnał Ministerstwa, czy nieudane zaklęcie.
Kiedy ktoś wbiegł do alejki, w pierwszej chwili nie zwróciła na to większej uwagi. Dopiero krzyki i wybuch przemocy sprawiły, że zaczęła przypatrywać się scence.
W pierwszej chwili… nie zrobiła niczego. Mackenzie nie była typem bohaterki, a też wiele wskazywało na to, że w tym wypadku oto charłak atakował kogoś, kto wcześniej wystrzelił w niego jakieś zaklęcie. Po co miała ich denerwować i ryzykować obrażenia? Kiedy jednak Peregrin podjął próbę interwencji… cóż, dość szybko dotarło do niej, że mężczyzna prawdopodobnie zaraz sam skończy krwawiący na ziemi. Może i był wyższy od niej, ale nie wyglądał jej na kogoś, kto często wdawał się w bójki.
A ona sama w nastoletnich, wcale nie tak dawnych czasach, robiła to regularnie. Później niekiedy również. Nie wspominając już o tym, że zawsze to w aktywności fizycznej była lepsza niż w magii. Z tego żyła. Ba. To było jej życie. Paradoksalnie więc, choć zdecydowanie na to nie wyglądała, bijąc się z kimś miała większe szanse powodzenia niż pojedynkując różdżką, bo jej tarcze zazwyczaj okazywały się żałośnie słabe, a zaklęcia ofensywne rzucała ostatni raz zdając OWUTEM z Obrony przed ciemnymi mocami.
Po jakichś pięciu sekundach wahania jakieś resztki przyzwoitości podpowiedziały, że skoro Peregrin ochronił ją przed zadeptaniem, nie powinna zostawiać go samego z potencjalną bójką. Zamiast jak na porządną czarodziejkę przystało po prostu spróbować charłaka sparaliżować albo oszołomić… doskoczyła do niego, wykręcając mu rękę w tył. Bez jednego słowa, bez ostrzeżenia, bo to też była nauczka z dziecięcych i barowych bójek.
Nie marnuj oddechu.
Szarpnął się, gdy pociągnęła w tył i oboje zatoczyli się na ścianę. Mackenzie puściła, odskakując, ale przynajmniej chwilowo nie próbował zakatować chudzielca ani przywalić jego obrońcy.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Peregrin McGonagall
#6
23.02.2023, 15:18  ✶  
Jak to szło? Jeśli nie reagujesz, stajesz się współwinny? Peregrin nie był może typem bohatera, ale sumienie, współczucie i ludzkie odruchy miał na miejscu, więc w takich sytuacjach trudno mu było stać z boku i się nie mieszać. Nie znał co prawda całej historii, wiedział tylko tyle co zobaczył przed chwilą, jednak taka eskalacja przemocy w jego mniemaniu nigdy nie była uzasadniona. Znęcanie się nad leżącym człowiekiem nie miało nic wspólnego z udowodnieniem swojej racji, a było tylko bezsensownym ryzykowaniem czyjegoś zdrowia. McGonagall wychodził z założenia, że złe emocje i adrenalina z czasem wyparowują, ale zrobiona komuś krzywda może pozostać na całe życie. Trochę górnolotnie, ale wszystko ostatecznie sprowadzało się do tego, że trzeba było powstrzymać dwóch osiłków zanim zrobią coś, czego później będą żałować przez całe życie. Niestety, w obecnej sytuacji trudno było cokolwiek komukolwiek przetłumaczyć, więc trzeba się było skupić na bardziej przyziemnych działaniach, takich jak odwrócenie uwagi i skupienie jej na sobie, aby dać leżącemu przynajmniej chwilę oddechu.
- Hmm...? Co tam kaszlesz? - Udało się. Jeden z mężczyzn odwrócił się w jego stronę, natomiast Peregrin w tym momencie najchętniej zgłosiłby nieprzygotowanie. Nie miał dokładnie zaplanowanego drugiego kroku, więc ostatecznie na chwilę zamarł, podczas gdy napastnik zaczął maszerować w jego kierunku z zaciśniętymi pięściami.
- Powiedziałem, że... żeby... - I fru! Takiej reakcji stojącej obok niego blondynki na pewno nie spodziewał się czarodziej i to samo chyba można było powiedzieć o facecie, który został zaskakująco sprawnie pochwycony i na chwilę skrępowany, jednak niestety nie na długo. Szarpnął się momentalnie, po czym razem z dziewczyną polecieli na ścianę i ewidentnie nie był to koniec przepychanki. Teraz bowiem już obu panów zwróciło na nią uwagę, zapominając na chwilę o Peregrinie, który przy temperamencie blondynki wypadał naprawdę blado.
- Lalka, szukasz kłopotów? Bo jak tak, to właśnie znalazłaś... - Odezwał się drugi z mężczyzn, jeszcze szerszy i wyższy od swojego kolegi. Do tej pory obserwował on jedynie sytuacje pilnując aby ich pierwsza ofiara im nie zwiała, ale w takich okolicznościach, postanowił pomóc koledze. Ruszyli więc na nią oboje, z przodu i z tyłu i nie wyglądało to dla niej zbyt dobrze. Wtedy jednak Mcgonagall wziął się w końcu w garść, ponieważ wciąż zależało mu przede wszystkim na deeskalacji konfliktu, zamiast na mordobiciu w duetach.
- Immobulus. - Wypowiedział zaklęcie i wyciągnął rękę w kierunku osiłka, który znajdował się pomiędzy nim a dziewczyną. Miał zostać unieruchomiony w delikatny sposób, dlatego czarodziej nie chciał używać zaklęcia petryfikującego. Dalej jednak pozostawała do rozwiązania kwestia drugiego zadymiarza, jednak na drodze do niego znajdowała się jeszcze dziewczyna, jak się okazało, dość... nieprzewidywalna.
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#7
23.02.2023, 15:44  ✶  
Pierwszym odruchem Mackenzie w takich sytuacjach od zawsze było nie sięganie po różdżkę, a wprawianie w ruch pięści. Dla niej sensem istnienia były miotły, a to wymagało sprawności fizycznej. Od wielu lat to temu podporządkowywała swoje życie – a to oznaczało nie tylko liczne treningi w powietrzu, ze względu na konieczność przechwytywania kafla i jego rzucania wymagające siły, ale też regularne bieganie, ćwiczenia, odpowiednią dietę. Nie wspominając już o tym, że Hogwarcie nie raz, nie dwa, wdawała się w bójki.
Tak naprawdę, gdyby ktoś kazał jej rzucić drętwotę, mogłoby to nie wyjść. Nie tylko nie była jakoś niezwykle utalentowaną czarownicą, ale też poświęcała ćwiczeniom zaklęć po prostu za mało czasu.
Za to była całkiem dobra w prawym sierpowym. A żaden z charłaków, którzy ich napadli, raczej nie spędzał jakichś trzydziestu – czterdziestu godzin w tygodniu na treningach, przez ostatnie kilka lat.
Poradzenie sobie z dwoma na raz, zwłaszcza, że byli rośli, byłoby problemem. Adrenalina strzeliła, podobnie jak na meczu, ale zanim Mackenzie zdążyła zrobić cokolwiek, jeden z przeciwników zaczął nagle poruszać się wolno niby mucha, która utknęła w smole. Greengrass nie zastanawiając się więc zbyt wiele, obróciła się, wymykając spod ciosu mężczyzny, a potem z całej siły uderzyła w splot słoneczny. Dopiero kiedy napastnik cofnął się i zachwiał, a potem przewrócił, Mackenzie przypomniała sobie wreszcie, że jest czarownicą.
Wydobyła różdżkę. Zaklęła, kiedy pierwsze zaklęcie nie zadziałało. Drugie przyniosło lepszy rezultat – sznur pojawił się i skrępował mu ręce.
- Jebana czarownica! – wrzasnął charłak, ale poderwał się i ruszył pędem ku wyjściu z uliczki. Mackenzie nie próbowała go gonić.
Przesunęła spojrzeniem pomiędzy Peregrinem, a pobitym czarodziejem. Obaj wydawali się cali i zdrowi. Mężczyzna trafiony czarem próbował właśnie również uciec, ale z racji na powolność ruchów niezbyt mu to wychodziło.
Do licha, może jednak z tymi charłakami naprawdę coś było nie tak.
– To… ja już pójdę – powiedziała do Peregrina. Miała wobec niego swego rodzaju dług, ale skoro wmieszała się w tę sytuację, uznała, że ten właśnie został spłacony.
Nie cierpiała teleportacji, ale teraz chciała się stąd po prostu wydostać. Obróciła się więc, znikając z uliczki, by aportować się na progu mieszkania, które wynajmowała w niemagicznym Londynie. I popędzić do łazienki, aby tam zwymiotować. Pobitego czarodzieja i charłaka, próbującego umknąć, zostawiła po prostu Peregrinowi.

Postać opuszcza lokację.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Mackenzie Greengrass (2005), Peregrin McGonagall (1421)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa