• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[wiosna 1971, Aleja Horyzontalna] Cześć, sąsiedzie

[wiosna 1971, Aleja Horyzontalna] Cześć, sąsiedzie
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#1
16.01.2023, 11:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2023, 18:13 przez Mackenzie Greengrass.)  
Na chodniku przed kamienicą przy ulicy Horyzontalnej wyrosły rośliny...
Chociaż nie.
Ktoś po prostu ustawił dużo doniczek, różnych rozmiarów, jedna obok drugiej, a obok nich znalazła się też pewna niewielka ilość bagaży. Torby ginęły jednak pośród zielonych kwiatów doniczkowych, wśród których ktoś obeznany w zielarstwie mógł rozpoznać zarówno zioła, takie jak szałwia i lawenda, jak i trujące kwiaty jak tojad. Z daleka mogłoby to wyglądać tak, jakby ktoś nagle założył rabatę przed kamienicą.
Właścicielka tego wszystkiego wędrowała właśnie po schodach, modląc się w duchu do dowolnego bóstwa, które zechciałoby słuchać, aby właściciel okolicznego sklepu miał oko na jej rzeczy zgodnie z obietnicą i nikt ich nie ukradł. Ona sama wnosiła na pierwsze piętro to, co miała najcenniejsze, a więc wielkie pudła, w których skrywały się trzy miotły, niezbędne, miotlarskie akcesoria oraz pudełko z szatami do quidditcha. Stosik był na tyle duży, że przysłaniał jej widok, w konsekwencji ktoś schodzący z góry czy stojący na piętrze nie miałby większych szans zauważyć jasnowłosej głowy Mackenzie - a ona nie za bardzo mogłaby zauważyć jego. Po stopniach wchodziła więc bardzo powoli, mimo całego swojego wyczucia równowagi niepewna kolejnych kroków.
Ale co miała zrobić? Miotły na dole by nie zostawiła. Dostatecznie martwiła się o rośliny.
Kiedyś Greengrass mieszkała w Hogsmeade. Później, zaczynając robić karierę w quidditchu, wynajmowała mały, obskurny pokoik w mugolskiej dzielnicy Londynu, którego szczerze nienawidziła. Mimo to minęło sporo czasu, zanim dotarło do niej wreszcie, że w skrytce od Gringotta zebrało się dość pieniędzy, aby nie tylko wynajęła coś lepszego, ale kupiła własne mieszkanie. (Właściwie to mogła kupić ze trzy mieszkania. I jeszcze jakiś las, gdyby nabrała takiej ochoty.) Po długiej walce z samą ze sobą, zdecydowała się na lokum przy alei Horyzontalnej i nawet teraz była trochę przerażona tym, że dokonała takiego zakupu. W jej domu nigdy się nie przelewało i nie umiała wydawać pieniędzy: pokazywał to już sam fakt, że mimo zarobków z gatunku oszałamiających, które ostatnio wpływały na jej konto, nie wybrała apartamentu przy Pokątnej albo jakiegoś domu w pobliżu jednego ze stadionów.
Nie pasowała do takich miejsc.
Trochę się martwiła, czy pasuje tutaj. Przed kamienicą dwójka dzieciaków pokazywała ją sobie palcami i Mackenzie nie była pewna, czy chodzi o jej bagaże, o to, że rozpoznali reprezentantkę (oby nie, na litość Merlina, wszystko tylko nie to), czy po prostu wyglądała jakoś dziwnie.
- Szlag! - wymamrotała, kiedy potknęła się o jakiś przedmiot, który ktoś porzucił albo zgubił na stopniu. Mogłaby po prostu puścić paczki i wtedy bez problemu utrzymałaby równowagę, ale Mackenzie wolałaby złamać sobie nogę niż połamać miotłę. Dlatego rąbnęła na kolana, boleśnie się przy tym obijając, i wciąż balansując rękami tak, aby nic nie spadło ze stosiku jej największych skarbów.
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#2
17.01.2023, 02:00  ✶  
Numer pięć od kilku miesięcy stał pusty.
Odpowiadało mu to. Mógł bez przeszkód grać na gitarze i nikt zza ściany nie miał o to pretensji, nawet jeśli naszła go pora wieczorem. Z drugiej zaś strony puste lokum wytwarzało zero hałasów, zero narzekań na jego zachowanie i zero problemów. Był to układ idealny i Theodore już niemal całkowicie zapomniał o pani O’Deary, twardej staruszce mugolskiego pochodzenia, która niegdyś zajmowała mieszkanie naprzeciwko jego drzwi i która od czasu do czasu dawała mu się we znaki.
Ze sporym smutkiem przyjął więc plotki, że mieszkanko zostało wykupione. Oznaczało to, że idylliczny czas, kiedy mógł sobie pozwalać na trochę więcej, niż powinien, dobiegał końca. Znów będzie musiał brać pod uwagę, że za ścianą ktoś żyje i należy mu się spokój. Plotki, że kupcem była podobno młoda dziewczyna, trochę osłodziły żal, ale tylko trochę.
Miał w planach zakupić jakiś drobny podarek nowemu sąsiadowi. Jakieś czekoladowe żaby, może fasolki lub inne łakocie. Tyle że zapomniał o tym. Dla niego dzień, w którym Greengrass zawaliła ulicę roślinami, był kolejnym, zwykłym dniem, w którym nie miało się wydarzyć nic wyjątkowego. Opuścił swoje cztery kąty po to, by przejść się na Pokątną po zakupy. Zamknął drzwi na klucz i obrócił się w idealnym momencie, by nakryć w chwili słabości postać obładowaną kartonami.
Mądrze zorientował się, że to musi nowy lokator. Tajemnicza, młoda dziewczyna. Był tego pewien, bo mógł przysiąc, że przez moment mignął mu pukiel blond włosów zza kartonów. Theodore nie czuł się gotowy na to spotkanie: nie miał żadnych słodkości dla nieznajomej, nie miał planu, był niewyspany, a jego niedokładnie wyprasowane szaty pozostawiały trochę do życzenia. Nie zmieniło to jednak jego zamysłu, z którym się nosił od czasu, gdy o niej usłyszał. Zamierzał z nią trochę poflirtować - a nuż za tą całą stertą ukrywała się niebrzydka panna. Nie czuł się w formie, ale nawet najlepszy rybak musi zarzucić wędkę, nim złowi wartościową rybę, nawet przy kiepskiej pogodzie. Czy w tym wszystkim przeszło mu przez głowę, że może to być ktoś, kogo zna? Ani trochę. Odchrząknął, gotowy do wielkiej improwizacji.
- Londyn to szalone miasto! Tyle wspaniałych miejsc, tyle godnych budynków, zapierających dech w piersiach rejonów, a jego największy, najpiękniejszy skarb ukrywa się tutaj, tuż pod moimi drzwiami, za stertą pakunków… - powiedział doniośle, nie siląc się jednak na żadną gestykulację, bo i tak dziewczyna by jej nie widziała. Uśmiechnął się pod nosem całkiem zadowolony z tego, jak mu poszło. Nie przejmował się, że komplement nie miał większego sensu, skoro nawet nie mogli się dostrzec. Nie o to w komplementach chodziło. Ryby potrafią zignorować duży i toporny haczyk, póki przynęta wyglądała kusząco.
- Pozwól, że ci pomogę - Dopiero gdy uznał, że stężenie romansu w powietrzu jest wystarczające, stwierdził, że może spojrzeć rybce prosto w paszcze. Chwycił większość kartonów i udając, że ich ciężar mu zupełnie nie przeszkadza, zabrał graczce Quidditcha jej miotły, po to, by mogła wstać z kolan, nie martwiąc się o swoje skarby.
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#3
17.01.2023, 02:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2023, 02:43 przez Mackenzie Greengrass.)  
Czyjś głos, w uszach Mackenzie niedorzecznie radosny, wprawił ją w lekki stan irytacji. Głównie dlatego, że oto zrobiła z siebie idiotkę na oczach któregoś z sąsiadów, jeszcze zanim zdążyła dojść do drzwi nowego mieszkania. Dopiero po jakiejś sekundzie dotarł do niej sens czy raczej bezsens wygłaszanych słów. Może nawet w skonsternowaniu zamarłaby i zaczęła rozważać, czy nie ma do czynienia z jakimś wariatem, gdyby nie to, że głos wydał się jej jakoś… znajomy.
Pakunek z zestawem do czyszczenia i pielęgnacji miotły oraz jedna z jej cennych mioteł zostały uniesione z kartonów, Green pozwalając się przekonać, że tak, owszem, zna ten głos, a Theodorowi niosąc gorzkie rozczarowanie, bo na schodach nie klęczała żadna piękna nieznajoma. Ponad pakunkami dojrzał blond włosy, jasne oczy i bladą twarz szkolnej koleżanki, której rysy może i sugerowałyby pewną delikatność, ale że ta sugestia była absolutnie błędna, przekonał się każdy, kto musiał kiedyś podejmować próby wydarcia z jej rąk kafla.
Jeżeli zaś nawet jej nie pamiętał i mógłby mieć jakieś wątpliwości, to te bardzo szybko zostały rozwiane.
- Lovegood, ogarnij się. To tylko ja, nie żaden skarb – uświadomiła go, dźwigając się ostrożnie na nogi i przy okazji nieświadomie bardzo brutalnie mordując wszelki romantyzm, który próbował stworzyć młodzieniec. Zabrzmiało to niegrzecznie, choć taki brak manier Mackenzie okazała raczej w zaskoczeniu niż z pełną świadomością. Nawet nie pomyślała, że Theodore mógł próbować flirtować ze swoją nową sąsiadką, zwalając wszystko, co powiedział, na karb opinii, jaką cieszyła się jego rodzina. Podobno czasem funkcjonowali w trochę innej rzeczywistości. Przynajmniej tak twierdziła jej matka, która pamiętała paru Lovegoodów z Doliny Godryka.
Pewnie gdyby wiedziała, że pomyślał o niej jako o rybie, uznałaby, że raz w życiu Olivia miała w czymś stu procentową rację. Przecież śmiertelnie bała się wody.
Ze strony Mackenzie było już pewnym osiągnięciem, że w ogóle go rozpoznała. Miała tendencje do zapominania twarzy i niekoniecznie zwracała uwagę na ludzi dookoła siebie. Wiele jednak zrobiło prawdopodobnie to, że na szóstym roku spędzili trochę czasu w swoim towarzystwie, mieli razem sporo lekcji i przede wszystkim: Theodore grał w szkolnej drużynie. A chodząc do Hogwartu skład wszystkich drużyn Mackenzie mogła recytować choćby wyrwana ze snu o trzeciej nad ranem. (Gorzej było już z zapamiętaniem imion wszystkich ze swojego rocznika.)
Poprawiła pudła w swoich ramionach, spoglądając na dawnego kolegę z Hogwartu nieco podejrzliwie. I nie, nie chodziło nawet o jego nagłe i niespodziewane pojawienie. Upewniała się, czy odpowiednio trzyma jej bardzo cenną miotłę. Mackenzie była w końcu gotowa dla niej połamać siebie, z dużym prawdopodobieństwem byłaby więc zdolna połamać także kogoś innego.
- Co ty tutaj robisz? – spytała dość głupio, bo przecież było dość oczywiste, że albo tu mieszkał, albo kogoś odwiedzał. Zwłaszcza, że wspomniał o swoich drzwiach...
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#4
17.01.2023, 17:25  ✶  
Szok i niedowierzanie. I to wcale nie dlatego, że jego gadka nie stopiła kobiecego serca. Myśl o podrywie uleciała mu z głowy szybciej, niż złoty znicz uciekał przed ślepym szukającym. Z rozdziawioną miną przyjrzał się znajomej blondynce, jakby pierwszy raz w życiu stanął twarzą w twarz z żywą osobą.
- Na gacie Merlina! Green? - krzyknął tak, jakby co najmniej miała ogromnego czyrakobólwa na czole, całe szczęście nie upuszczając przy tym żadnego z jej cennych pakunków. Jego osłupienie nie wynikało z wyglądu byłej gryfonki, jej uroda nie odbiegała aż tak bardzo od tego, co sobie wyobrażał od pięknej nieznajomej, po prostu nie spodziewał się za stertami kogoś znajomego, kto wydawał się nie tylko całkowicie odporny na jego wdzięk, ale przed kim będzie musiał się również tłumaczyć ze swojego oryginalnego przywitania. Gdyby tylko wiedział wcześniej, że to będzie Mackenzie, to znając już trochę jej charakter, nie wyskoczyłby od razu z przemową o londyjskich skarbach.
- Yyyy… No tak, wiedziałem o tym – podjął się próby ratowania swojej godności. Był jednak na tyle wstrząśnięty swoją wpadką, że ciężko było mu wymyślić sensowne wyjaśnienie na poczekaniu. A rzadko się to zdarzało - Ja tylko ćwiczyłem. Kwestię do roli. Aktorzy tak robią. Ćwiczą kwestię. Do roli – odparł w końcu, jąkając się przy tym. Zaskoczenie kompletnie wybiło go z rytmu, nie był w stanie powiedzieć kłamstwa bez zawahania się. Gdyby miał chwilę, by odetchnąć, to pewnie wypadłby dużo bardziej przekonująco.
- Mieszkam tutaj – podjął z nadzieją w głosie nowy temat, licząc na to, że rozkojarzy ją on na tyle, że zapomni o tym, co powiedział na początku. Nie mógł wskazać na swoje drzwi, bo ręce miał zajęte, ale kiwnął głową w ich stronę. - A ty pewnie się wprowadzasz pod piątkę? Będziesz bardzo zadowolona. To świetna okolica. Wszędzie jest blisko, dużo się dzieje w pobliżu. Mamy market w pobliżu, pub… Nawet zakład miotlarski jest niedaleko, na pokątnej. Lokalizacja jest świetna. Sąsiedzi zresztą też. Bardzo życzliwi, pomocni – Zaczął mówić bardzo dużo, w bardzo dużym tempie, starając się jak mógł pokierować jej myśli na nowy temat. W międzyczasie obrócił się i wspiął się po schodach na dzielone przez nich piętro. - A tak a propos, to masz więcej rzeczy? Potrzebujesz może pomocy?
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#5
17.01.2023, 19:05  ✶  
- Tak. Raczej tak. Ewentualnie moja dobra siostra bliźniaczka. O której istnieniu nikt nie miał pojęcia – odparła Mackenzie, gdy już pozbierała się z podłogi i upewniła, że ani o nic się nie potknie, ani nie wypuści z rąk pakunków. – Nie wiedziałam, że zostałeś aktorem.
Umiejętność zrozumienia ludzkich zachowań nie była czymś, w czym Greengrass celowała. Prawdę mówiąc, była w tym beznadziejna. Jąkanie się i informacja o ćwiczeniach do roli zdały się jej więc trochę dziwne, ale… tak, była w stanie uwierzyć, że Lovegood wita przypadkowych ludzi tekstami, które ćwiczył do przedstawienia. Albo że takie powitania po prostu leżały w jego charakterze. Zresztą informacja, że tutaj mieszkał, faktycznie dość skutecznie odwróciła jej uwagę, bo nie spodziewała się zastać tutaj kogoś znajomego równie mocno, jak on sam. Albo nawet mocniej. Theodore przecież zawsze był przecież tym towarzyskim chłopcem, który każdego lubił i którego lubili wszyscy inni, a Mackenzie tą, która po godzinie w towarzystwie więcej niż dwóch osób (jeżeli nie chodziło o trening) musiała iść dla uspokojenia pogłaskać sobie roślinki. Nawet w tak małej społeczności jak londyński światek magiczny nie miała bardzo wielu znajomych. Nie musiał się nawet szczególnie starać, żeby ją rozproszyć.
- Mhm... tak, nie spodziewałam się. Ciebie tutaj – podsumowała elokwentnie jego wypowiedzi, co wynikało w dużej mierze z tego, że mówił tak dużo i tak szybko, że nie do końca nadążała i zupełnie się pogubiła w powodzi słów. Wyłapała oczywiście coś o „zakładzie miotlarskim”, bo rzecz jasna ten punkt doskonale znała i o pubie, bo na niego też zwróciła uwagę, gdy wybierała tę lokalizację, choć nie była przekonana, czy akurat ten bar będzie dobrym miejscem dla niej. Reszta jednak jakoś uleciała. W zachwalaniu okolicy za to nie dopatrzyła się niczego podejrzanego, bo czy to nie pasowało do Theodore’a Lovegooda?
- Dziękuję – powiedziała po pokonaniu paru stopni w ślad za nim, gdy poniewczasie dotarło do niej, że za uwolnienie od tych paczek prawdopodobnie należało się podziękowanie. – Mam moje rośliny, chociaż w parę kursów powinnam dać radę – zapewniła, podpierając pudła o ścianę, by wydobyć klucze.
Mieszkanie numer pięć było mało nowoczesne i trochę puste, a przynajmniej w takim stanie było największe pomieszczenie, do którego wchodziło się z korytarza, pełniące jednocześnie funkcję salonu, kuchni i jadalni. Mackenzie wpadła tutaj wcześniej raz i pozbyła się bezlitośnie bardzo brzydkiego dywanu i jeszcze brzydszych zasłon, a różne dziwne obrazki i bibeloty spakowała i wrzuciła do kartonu, czekającego na wyniesienie. W konsekwencji w tej chwili znajdowała się tu dość wysłużona kanapa, stare krzesła, jeszcze starszy drewniany stół, należące do poprzedniej lokatorki i – nie licząc kuchennych szafek oraz blatów – nic więcej.
Ten stan rzeczy nie miał potrwać długo, bo Mackenzie planowała wyhodować tutaj istną dżunglę.
- Daj to tutaj, proszę – poprosiła, ostrożnie układając swoje pakunki na stole. Tak na wszelki wypadek uniosła jeszcze pokrywkę podłużnego pudła, w którym znajdował się najnowszy model Nimbusa. Chciała się upewnić, czy przy transporcie nie wykrzywiła się przypadkiem żadna witka. Dbała o tę miotłę wręcz obsesyjnie: była niemal nowa, zabójczo droga i gdyby coś się jej stało, Mackenzie nie miałaby po co pojawiać się na najbliższym meczu. Ta miotła stanowiła dość spory kontrast wobec używanych mebli czy nawet znoszonego płaszcza Greengrass.
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#6
18.01.2023, 19:47  ✶  
- Tak, znalazłem swoje miejsce w teatrze - Zakuło. Byli w tym samym wieku, a ją znał każdy choć trochę zafiksowany na Quidditchu. Była już na pierwszych stronach gazet, mówiło się o niej, ludzie ją rozpoznawali i mieli własne opinie na temat ścigającej ze Srok. Nie spotkali się od jakiegoś czasu, ale i tak był w stanie przywołać wszystkie najważniejsze momenty w profesjonalnej karierze Greengrass. Miała to, o czym marzył i osiągnęła to, nawet się nie starając. Theodore, choć ma już za sobą kilka występów w teatrze, to czuł, że jest daleko, daleko z tyłu. Cel wydawał się odległy i mglisty. Gdy więc wspomniała, że nawet nie wiedziała, kim był z zawodu, trochę go to ubodło. Przez jego minę przeszedł cień smutku, ale tylko przez chwilę, prawdopodobnie zbyt krótko, by ktoś go wychwycił, zduszony przez wieczny, optymistyczny uśmiech chłopaka. Nie byłby sobą, gdyby ślepo nie wierzył, że los się odmieni i czeka go sława oraz chwała, na jaką jego talent zasługiwał. Musiał tylko cierpliwie poczekać na swoją szansę.
Ważne, że uwierzyła w jego kłamstwa i to mimo że nie przedstawił ich tak przekonująco, jak powinien. Odetchnął wyraźnie rozluźniony, ścisnął mocniej kartony, by ich przypadkiem nie upuścić i spacerkiem ruszył w kierunku jej nowego domu.
- Ty mnie się nie spodziewałaś? Raczej ja ciebie! Taka gwiazda, prosto z reprezentacji narodowej, wprowadza się naprzeciwko mojego mieszkania! Będę musiał opowiedzieć o tym wszystkim – zaproponował tryskając radością, sądząc, że w ten sposób uczyni jej przysługę. Nie było wątpliwości, że zamierzał spełnić swoją obietnicę. Jeśli Greengrass marzyła o zachowaniu anonimowości i trzymaniu głowy nisko, to mogła się już z tym pożegnać. Chłopak był zbyt podekscytowany tym, by pochwalić się każdemu, kto będzie chciał go wysłuchać, kogo przyjdzie mu codziennie spotykać na klatce schodowej.
- Żaden problem. Jeśli twoje roślinki nie gryzą, to pomogę ci też z nimi - Po pierwsze, z natury lubił pomagać. Po drugie, nie miał nic lepszego do roboty. Po trzecie, to ile roślin jedna osoba mogła mieć? Wspominała o kilku kursach, ale nie widział jeszcze dżungli na ulicy i był przekonany, że przesadzała i we dwójkę wyrobią się raz-dwa. Po tej deklaracji wkroczył do jej mieszkania, które nie zrobiło na nim większego wrażenia. Nigdy wcześniej nie był w środku, ale rozmawiał kilkakrotnie z poprzednią lokatorką przez uchylone drzwi i podejrzał, co było w środku. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło oprócz tego, że część mebli zniknęła. Dołożył trzymane kartony do tych, które ułożyła na stole i rozejrzał się pobieżnie po mało ciekawym wnętrzu.
- Czemu postanowiłaś tu zamieszkać? - zapytał o pierwszą rzecz, która przeszła mu przez myśl. Domyślał się, że miała w skrytce bankowej trochę więcej galeonów niż stara pani O’Deary. Niż ktokolwiek inny mieszkający w okolicy. Był przekonany, że gdyby chciała, mogłaby wykupić dużo lepsze mieszkanie w dużo bardziej reprezentacyjnej kamienicy.
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#7
18.01.2023, 20:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2023, 02:06 przez Mackenzie Greengrass.)  
Prawdopodobnie Mackenzie byłaby straszliwie oburzona, gdyby usłyszała, że wszystko przyszło jej bez wysiłku. Bo owszem, miała naturalny talent do latania na miotle – i chyba tylko do tego, no, może nie licząc ręki do roślin – ale uważała, że na pozycję ciężko zapracowała. Treningami od światu do nocy, w powietrzu i na ziemi, bo poza lataniem biegała i ćwiczyła, byleby jak najlepiej utrzymywać się na miotle i jak najmocniej rzucać kaflem. Jej życie zaczynało się i kończyło na quidditchu: pozostawało w nim bardzo niewiele miejsca na inne rzeczy.
- Pasuje to do ciebie – oceniła jednak, bo na szczęście nie znała myśli Lovegooda. Ciężko było go sobie wyobrazić w Ministerstwie, jakimś instytucie badawczym czy na podobnym stanowisku. Chociaż nie mogła być stu procentowo pewna, bo w Teatrze Selwynów nie była nigdy, a jedyne przedstawienie, jakie kiedykolwiek widziała, to był spektakl dla dzieci, amatorsko wystawiony w Hogmeade, kiedy miała dziesięć lat. Nie mogła też z tego prostego powodu wiedzieć, gdzie Theodore obecnie pracował.
- Och Merlinie – westchnęła, na moment przymykając oczy, kiedy Theodore wspomniał, że „będzie musiał opowiedzieć o tym wszystkim”. Na samą myśl rozbolała ją głowa. Nie próbowała go jednak przekonać do zmiany zdania. Głównie dlatego, że przekonywanie kogokolwiek do czegokolwiek było dla Mackenzie równie trudne, jak dla innych pokonanie jej uporu, kiedy już na coś się zdecydowała. Nic nie mogła na to poradzić, postanowiła więc chwilowo o tym nie myśleć. – Tylko jedna gryzie. Nie ruszaj tej z różowymi kwiatami – powiedziała z powagą, nakrywając pudło z powrotem i ruszając ku drzwiom. Miała zamiar przez moment podziękować za pomoc, ale skoro sam się zaoferował, tak mogło pójść szybciej, a czuła się głupio, zastanawiając chodnik.
- Hm… - zastanowiła się nad jego pytaniem, już na schodach. Odpowiedź była bardzo skomplikowana. Na tyle, że do prawdziwej wersji Mackenzie nie przyznawała się chyba nawet sama przed sobą. Skupiła się, próbując sobie przypomnieć coś z przemowy Lovegooda, choć było to trudne, bo dotarło do niej tylko połowa informacji. – To świetna okolica. Zakład miotlarski niedaleko. Market w pobliżu, pub, wszędzie blisko – wyrecytowała, powtarzając parę z tych zdań, które niedawno wygłosił, posyłając mu pierwszy tego dnia uśmiech. To naprawdę była dla niej całkiem niezła okolica i zwracała na nią uwagę. – Nie potrzebuję wielkiego mieszkania. I tak jestem w nim trochę gościem – dorzuciła już od siebie, zbiegając po schodach, wprost na zewnątrz, gdzie czekała zielona dżungla i zaledwie dwie torby, w których Mackenzie upchnęła takie rzeczy, jak ubrania oraz buty. Wszystkie inne rzeczy, w rodzaju zastawy stołowej czy kocy, musiała dopiero kupić. – A ty, dlaczego mieszkasz akurat tutaj? Myślałam, że Lovegoodowie trzymają się Doliny Godryka.
Tak jak większość Greengrassów. I całe szczęście. Nie musiała ich tu oglądać.
Przykucnęła, unosząc największą i najcięższą doniczkę, w której rosło drzewo Wiggenowe. Drugą ręką wydobyła z kieszeni różdżkę i wycelowała w mniejszą doniczkę, z której wyrastał długi kwiat o błękitnych liściach. Prezentował się pięknie, chociaż ktoś obeznany w zielarstwie, mógł rozpoznać w nim tojad. A pośród innych doniczek też belladonę.
Na szczęście Mackenzie miała też lawendę, szałwię, miętę, paproć i tulipan w niedużej doniczce, więc istniała szansa, że jednak nie planuje wytruć całej ulicy.
Belladona też uniosła się, posłuszna różdżce Greengrass i obie donice pofrunęły w górę, gdy sama Kenzie niosła trzecią.
- Jeśli mógłbyś przenieść lawendę, będę wdzięczna – poprosiła, w jakiś tam resztkach dobrego wychowania uznając, że nie wypada nadużywać dobrej woli i prosić o zabranie paproci.
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#8
21.01.2023, 19:33  ✶  
- Dzięki, zgadzam się z tym – odparł nieskromnie. Co innego mógłby robić? Nie miał wystarczającego zacięcia, by profesjonalnie grać na miotle. Nie posiadał specjalnego talentu w żadnej magicznej dziedzinie. Być może mógłby być dobrym sprzedawcą. wciskać nieznajomym kit, ale nie wyobrażał sobie robić ciągle tego samego przez osiem godzin dziennie aż do końca życia. To nie było dla niego. Aktorstwo było zaś skrojone dla Theodore’a. Podobnie jak muzykowanie na ulicy, ale na tym nie dało się dużo zarobić.
Ciężko było mu sobie wyobrazić, że komuś nie zależało na rozpoznawalności i nie chciał korzystać z jej uroków. Uznał, że wezwała imię Merlina nadaremno, bo bardzo spodobało jej się to, co usłyszała i była po prostu wdzięczna losowi, że wszyscy jej fani w okolicy będą wkrótce wiedzieć, że mieszkała w pobliżu. Theo uśmiechnął się zadowolony z siebie i pokazał jej kciuk uniesiony w górę, szczęśliwy, że jego gadulstwo będzie pomocne. Nie musiała nawet dziękować, z przyjemnością opowie ze szczegółami o sławnej sąsiadce znajomym.
Gdy się uśmiechnęła odwdzięczył się trzy razy bardziej od niej wyszczerzając zęby. Jako człowiek, który porozumiewał się ze światem za pomocą uśmiechniętej buzi oraz śmiechu, nie mógł nie zauważyć, że Mackenzie miała poważniejszy styl (a przynajmniej tak było w jego towarzystwie) i sprowokowanie ją do uśmiechu nie było proste. Tak więc ucieszył się tym, że choć na chwilę rozpromieniała i nawet przez moment przemilczał jej tłumaczenie, które nie do końca kupował. 
- Zgadza się, mam tam krewniaków, ale nie jest regułą, że Lovegoodowie żyją tylko w Dolinie Godryka – odparł, trochę zaskoczony, że wiedziała tyle o jego rodzinie. Chociaż możliwym było, że nie był jedynym Lovegoodem, którego znała. Wbrew temu, co mu się wydawało, wcale nie był centrum wszechświata - Dla mojego tatka na przykład jest tam zbyt tłoczno i woli mieszkać w bardziej odosobnionej okolicy. Ja tymczasem mam wprost przeciwnie. Londyn mi się podoba, bo dużo jest tu ludzi – wyjaśnił schodząc za nią po schodach. Musiał się pospieszyć, by za nią nadążyć. Dynamicznie przeskakiwał stopnie by nie zostać za daleko w tyle.
- A co z twoją rodziną? Wybacz, jeśli się mylę, ale czy Greengrassowie nie są lepiej usytuowani niż Lovegoodowie? Nie powinnaś mieszkać w jakieś frymuśnej rezydencji? - dopytywał się dalej, bo nadal jej osoba nie pasowała mu do skromnego sąsiedztwa i to mimo marketu, pubu i miłych sąsiadów.
Gdy znaleźli się na dole pomachał dłonią na przywitanie sklepikarzowi, który pilnował jej rzeczy i z zaskoczeniem zorientował się, że naprawdę nie żartowała o kilku kursach. Nie widział tylu roślin od czasu, gdy na zawsze pożegnał się z szklarniami Hogwartu.
- To wszystko twoje? Handlujesz ziołami po treningach? - spytał dla pewności i odetchnął głęboko, pogodzony z faktem, że pomoc blondynce może zająć mu trochę dłużej niż się spodziewał. Posiadała więcej roślin niż pozostali mieszkańcy ulicy. Razem wzięci.
- Lepsze rośliny niż zwierzęta – mruknął do siebie pod nosem nachylając się nad jedną z roślinek. Przynajmniej nie były to psy, koty lub sowy, które będą mu hałasować po nocy za ścianą. Nie posłuchał jej i zamiast lawendy chwycił paproć, gdyż wydawała mu się największą z roślinek, które zostały. Dziewczyna wzięła ciężki kwiat, więc nie chciał być gorszy. Do drugiej dłoni, dla równowagi, zmieścił jeszcze małą doniczkę z tulipanami. Nie korzystał z różdżki, przyzwyczajony do robienia rzeczy samemu. Tak wyposażony ruszył na górę. Tym razem dużo wolniej i bez przeskakiwania stopni.
Miotlara
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne włosy, niebieskie oczy, niezbyt wysoki wzrost - około 166 cm, szczupła, wysportowana sylwetka. Mówi niezbyt głośno, rzadko patrzy komuś w oczy, a w tłumie nie mówi za wiele.

Mackenzie Greengrass
#9
22.01.2023, 11:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2023, 12:58 przez Mackenzie Greengrass.)  
Mackenzie pozostawała nieświadoma planów Lovegooda na rozniesienie plotek po całej okolicy. Może dobrze. Inaczej mogłaby zacząć rozważać natychmiastową ucieczkę z sąsiedztwa, a nie tylko już podpisała umowę, ale też przelała na konto spadkobiercy poprzedniej mieszkanki połowę kwoty i za tydzień miała przelać resztę. Było za późno, aby się wycofać. Nie pojmowała charakteru Theodore’a w pełni: pod zbyt wieloma względami stanowili swoje przeciwieństwa. Częstotliwość uśmiechania się, która u niej wynosiła jakieś „dwa razy na dzień, chyba że siedzę na miotle, to dojdą jeszcze trzy”, a u niego zapewne około „sto razy na godzinę”, była tylko początkiem różnic.
- Masz rację. Nie powinnam uogólniać – zgodziła się bez oporów, choć to „nie powinnam” raczej nie miało zamieniać się w „nie będę”. Gdy porządkowała sobie świat, wrzucając pewne elementy do konkretnych szufladek, było jej po prostu łatwiej. Nawet jeżeli może mgliście, na samych granicach świadomości, przeczuwała, że to nie jest najmądrzejsze postępowanie.
Przecież sama nie mieściła się w szufladce z napisem „typowy Greengrass”. Mimo tych wszystkich roślin.
- Tak jak z Lovegoodami, to zależy od tego, o jakich Greengrassach mówimy – odpowiedziała, kolejnym zaklęciem blokując drzwi, by łatwiej im było kursować. Przyjęła uwagę z pozornym spokojem, na jaki nie zdobyłaby się jeszcze trzy, cztery lata temu, nie mówiąc już o pierwszych latach w Hogwarcie. Może pomagało w tym przyzwyczajenie. Już w okolicach trzeciej klasy w końcu wdała się w bójkę z jednym ze Ślizgonów, który usłyszał co nieco w domu i ją nazwał bękartem, a jej matkę kurwą. A potem ktoś z kolegów z Gryffindoru zorientował się, że podczas wizyty w Hogsmeade Mackenzie odwiedza matkę i jej dom nie przypomina nie tylko rezydencji czystokrwistych, ale nawet domu przeciętnego, średnio sytuowanego czarodzieja. Od lat nie było to może informacją powszechnie znaną, ale też nie żadną tajemnicą. To dlatego zdobyła się na bardzo spokojne, choć dość lakoniczne wyjaśnienia:
– Ja na przykład nigdy nie byłam w rezydencji Greengrasów. A rośliny… po prostu przywykłam, że jest ich dużo w domu. Poza tym są przydatne. Lawendę zwykle potem suszę. Mięty i szałwii używam, jeśli coś gotuję.
Pozostawało tajemnicą, dlaczego mogłaby uznać za przydatną wilczą jagodę albo tojad. Chociaż może służyły tylko do dekoracji. Może.
- Nie masz żadnych? – spytała jeszcze, chyba zdziwiona pomysłem nieposiadania kwiatków równie mocno, jak on liczbą roślin, jakie Mackenzie znosiła do swojego nowego mieszkania. Samych zwierząt owszem, nie miała, choć przeczuwała, że pewnie będzie musiała w końcu sprawić sobie sowę. Nie zdecydowała się na to na razie głównie z litości nad biednym zwierzęciem, bo w sezonie quidditcha podróżowała bardzo dużo, a niezbyt miała do kogo się zwrócić o opiekę nad takim podczas nieobecności.
Ponownie otworzyła drzwi mieszkania. Belladona i tojad pofrunęły wprost na parapet, a drzewko wiggenowe zostało starannie ułożone na stoliczku, zapewniającym mu dobre warunki. Wcześniej stała tu cała kolekcja pamiątek poprzedniej właścicielki: zdjęcia, obrazki, jakieś figurki, teraz smętnie spoczywające w kartonie.
Lekkoduch
Wszystko jest możliwe, kiedy kłamiesz.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Theodore Lovegood
#10
23.01.2023, 14:40  ✶  
- Zdaje się, że ja również nie powinienem uogólniać – stwierdził i przepraszająco uderzył się w pierś. Nie wiedział o szlacheckich rodach wiele, ale i tak namieszało mu to w głowie. Gdyby kiedyś usłyszał od ślizgonów plotki na temat Mackenzie, to z pewnością lepiej rozumiałby jej położenie. Musiał się domyślać czemu nie należał się jej tytuł typowego Greengrassa, ale był przekonany, że w ogólnym rozrachunku wyszło jej to na zdrowie. Przynajmniej nie zadzierała nosa tak jak co poniektórzy czystokrwiści i nie rozstawiała wszystkich po kątach. - Nie byłaś nigdy ciekawa, jak ta rezydencja wygląda? - dopytywał się dalej z upartością idioty, którym był. Jej lakoniczne, niejasne odpowiedzi trochę go dziwiły. Gdyby ktoś zaczął się dopytywać o jego rodzinę, to rozgadałby się na dobre i opowiedziałby prawie całą swoją historię życiową z dokładnymi szczegółami. Przemilczałby tylko kilka nieprzyjemnych dla niego faktów.
- Miałem kiedyś kaktusa, ale mi wysechł – Mimo smutnego losu, jaki spotkał jego roślinkę, uśmiech nie zniknął z jego twarzy. Aż tak bardzo mu na tym kaktusie nie zależało i nie przeżywał jego śmierci. Prawdę mówiąc, przez niemal rok zapomniał, że go posiadał. Przypomniał sobie o nim dopiero gdy pewnego razu odnalazł go stojącego pod oknem kuchni, gdy był już pustą, wyschniętą skorupą.
- Z roślinami jest ten problem, że trzeba pamiętać o ich podlewaniu. Nie mam do tego głowy – wyjaśnił jej swój brak zamiłowania do hodowli roślin w mieszkaniu. Na zielarstwie było łatwiej, bo tam zawsze była profesorka, która mówiła co i kiedy zrobić. A Theodore, podobnie jak Mackenzie, nie spędzał dużo czasu w swoim domu. To, w połączeniu z jego słabymi zdolnościami organizacyjnymi sprawiało, że nie miał dużej kontroli nad tym, co się w nim działo.
- A wiesz, co pomaga roślinom lepiej rosnąć? - spytał ni z tego, ni z owego, wchodząc za nią do pomieszczenia, bo wpadł nagle na świetny pomysł. Dał jej czas do namysłu, nim zdradził odpowiedź, odstawił doniczki na stoliku obok pamiątek byłej właścicielki, spojrzał na paprotkę i uśmiechnął się do niej tak, jakby miał właśnie powiedzieć coś, co bardzo ją ucieszy.
- Muzyka. Jeśli będziesz puszczała swoim podopiecznym muzyczkę, to będą w lepszym nastroju i będą szybciej rosnąć – dodał i zerknął na blondynkę, chcąc sprawdzić, jak zareaguje na dźwięk słowa muzyka. Było to bardzo istotne, bo jeśli ją odpowiednio urobi, to później dziewczyna łatwiej przekona się do jego gry na gitarze wieczorami. Przecież nie grałby dla siebie, ale przez ścianę urządzałby koncerty dla jej drogocennych roślinek.
- Chyba nawet na zielarstwie o tym nauczycielka wspominała – skłamał bezczelnie by uwiarygodnić swoją zmyśloną historyjkę o pozytywnym wpływie muzyki i ruszył w dół, by wykonać kolejny kurs z zielskiem.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Mackenzie Greengrass (3476), Theodore Lovegood (3434)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa