16.01.2023, 11:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2023, 18:13 przez Mackenzie Greengrass.)
Na chodniku przed kamienicą przy ulicy Horyzontalnej wyrosły rośliny...
Chociaż nie.
Ktoś po prostu ustawił dużo doniczek, różnych rozmiarów, jedna obok drugiej, a obok nich znalazła się też pewna niewielka ilość bagaży. Torby ginęły jednak pośród zielonych kwiatów doniczkowych, wśród których ktoś obeznany w zielarstwie mógł rozpoznać zarówno zioła, takie jak szałwia i lawenda, jak i trujące kwiaty jak tojad. Z daleka mogłoby to wyglądać tak, jakby ktoś nagle założył rabatę przed kamienicą.
Właścicielka tego wszystkiego wędrowała właśnie po schodach, modląc się w duchu do dowolnego bóstwa, które zechciałoby słuchać, aby właściciel okolicznego sklepu miał oko na jej rzeczy zgodnie z obietnicą i nikt ich nie ukradł. Ona sama wnosiła na pierwsze piętro to, co miała najcenniejsze, a więc wielkie pudła, w których skrywały się trzy miotły, niezbędne, miotlarskie akcesoria oraz pudełko z szatami do quidditcha. Stosik był na tyle duży, że przysłaniał jej widok, w konsekwencji ktoś schodzący z góry czy stojący na piętrze nie miałby większych szans zauważyć jasnowłosej głowy Mackenzie - a ona nie za bardzo mogłaby zauważyć jego. Po stopniach wchodziła więc bardzo powoli, mimo całego swojego wyczucia równowagi niepewna kolejnych kroków.
Ale co miała zrobić? Miotły na dole by nie zostawiła. Dostatecznie martwiła się o rośliny.
Kiedyś Greengrass mieszkała w Hogsmeade. Później, zaczynając robić karierę w quidditchu, wynajmowała mały, obskurny pokoik w mugolskiej dzielnicy Londynu, którego szczerze nienawidziła. Mimo to minęło sporo czasu, zanim dotarło do niej wreszcie, że w skrytce od Gringotta zebrało się dość pieniędzy, aby nie tylko wynajęła coś lepszego, ale kupiła własne mieszkanie. (Właściwie to mogła kupić ze trzy mieszkania. I jeszcze jakiś las, gdyby nabrała takiej ochoty.) Po długiej walce z samą ze sobą, zdecydowała się na lokum przy alei Horyzontalnej i nawet teraz była trochę przerażona tym, że dokonała takiego zakupu. W jej domu nigdy się nie przelewało i nie umiała wydawać pieniędzy: pokazywał to już sam fakt, że mimo zarobków z gatunku oszałamiających, które ostatnio wpływały na jej konto, nie wybrała apartamentu przy Pokątnej albo jakiegoś domu w pobliżu jednego ze stadionów.
Nie pasowała do takich miejsc.
Trochę się martwiła, czy pasuje tutaj. Przed kamienicą dwójka dzieciaków pokazywała ją sobie palcami i Mackenzie nie była pewna, czy chodzi o jej bagaże, o to, że rozpoznali reprezentantkę (oby nie, na litość Merlina, wszystko tylko nie to), czy po prostu wyglądała jakoś dziwnie.
- Szlag! - wymamrotała, kiedy potknęła się o jakiś przedmiot, który ktoś porzucił albo zgubił na stopniu. Mogłaby po prostu puścić paczki i wtedy bez problemu utrzymałaby równowagę, ale Mackenzie wolałaby złamać sobie nogę niż połamać miotłę. Dlatego rąbnęła na kolana, boleśnie się przy tym obijając, i wciąż balansując rękami tak, aby nic nie spadło ze stosiku jej największych skarbów.
Chociaż nie.
Ktoś po prostu ustawił dużo doniczek, różnych rozmiarów, jedna obok drugiej, a obok nich znalazła się też pewna niewielka ilość bagaży. Torby ginęły jednak pośród zielonych kwiatów doniczkowych, wśród których ktoś obeznany w zielarstwie mógł rozpoznać zarówno zioła, takie jak szałwia i lawenda, jak i trujące kwiaty jak tojad. Z daleka mogłoby to wyglądać tak, jakby ktoś nagle założył rabatę przed kamienicą.
Właścicielka tego wszystkiego wędrowała właśnie po schodach, modląc się w duchu do dowolnego bóstwa, które zechciałoby słuchać, aby właściciel okolicznego sklepu miał oko na jej rzeczy zgodnie z obietnicą i nikt ich nie ukradł. Ona sama wnosiła na pierwsze piętro to, co miała najcenniejsze, a więc wielkie pudła, w których skrywały się trzy miotły, niezbędne, miotlarskie akcesoria oraz pudełko z szatami do quidditcha. Stosik był na tyle duży, że przysłaniał jej widok, w konsekwencji ktoś schodzący z góry czy stojący na piętrze nie miałby większych szans zauważyć jasnowłosej głowy Mackenzie - a ona nie za bardzo mogłaby zauważyć jego. Po stopniach wchodziła więc bardzo powoli, mimo całego swojego wyczucia równowagi niepewna kolejnych kroków.
Ale co miała zrobić? Miotły na dole by nie zostawiła. Dostatecznie martwiła się o rośliny.
Kiedyś Greengrass mieszkała w Hogsmeade. Później, zaczynając robić karierę w quidditchu, wynajmowała mały, obskurny pokoik w mugolskiej dzielnicy Londynu, którego szczerze nienawidziła. Mimo to minęło sporo czasu, zanim dotarło do niej wreszcie, że w skrytce od Gringotta zebrało się dość pieniędzy, aby nie tylko wynajęła coś lepszego, ale kupiła własne mieszkanie. (Właściwie to mogła kupić ze trzy mieszkania. I jeszcze jakiś las, gdyby nabrała takiej ochoty.) Po długiej walce z samą ze sobą, zdecydowała się na lokum przy alei Horyzontalnej i nawet teraz była trochę przerażona tym, że dokonała takiego zakupu. W jej domu nigdy się nie przelewało i nie umiała wydawać pieniędzy: pokazywał to już sam fakt, że mimo zarobków z gatunku oszałamiających, które ostatnio wpływały na jej konto, nie wybrała apartamentu przy Pokątnej albo jakiegoś domu w pobliżu jednego ze stadionów.
Nie pasowała do takich miejsc.
Trochę się martwiła, czy pasuje tutaj. Przed kamienicą dwójka dzieciaków pokazywała ją sobie palcami i Mackenzie nie była pewna, czy chodzi o jej bagaże, o to, że rozpoznali reprezentantkę (oby nie, na litość Merlina, wszystko tylko nie to), czy po prostu wyglądała jakoś dziwnie.
- Szlag! - wymamrotała, kiedy potknęła się o jakiś przedmiot, który ktoś porzucił albo zgubił na stopniu. Mogłaby po prostu puścić paczki i wtedy bez problemu utrzymałaby równowagę, ale Mackenzie wolałaby złamać sobie nogę niż połamać miotłę. Dlatego rąbnęła na kolana, boleśnie się przy tym obijając, i wciąż balansując rękami tak, aby nic nie spadło ze stosiku jej największych skarbów.