Może nawet to był zupełnie zwykły dzień w mieszkaniu Kelly’ch, ale byli oni magiczną rodziną, a takie miały nieco inne definicje zwykłości.
Charlotte wróciła z pracy, tuż za progiem zrzucając buty i odruchowo zerkając w lustro, by skontrolować stan fryzury. (Była idealna, jak zwykle. To znaczy, parę kosmyków zaczęło sterczeć, ale Charlotte, przynajmniej jej własnym zdaniem, było do twarzy w nieładzie.) Nie chodziła oczywiście do Ministerstwa Magii w tych nudnych, urzędniczych szatach, ale i tak musiała nieco powściągnąć swoje zamiłowanie do ekstrawagancji, bardzo więc chciała przebrać się teraz w coś naprawdę ładnego. Pomyślała, że może wybierze się dziś wieczorem na zakupy – zakupy zawsze poprawiały jej humor.
– Jesteście w domu? – zawołała w głąb mieszkania, wywołując tym samym ciąg wydarzeń przyczynowo skutkowych.
Pies Benji, śpiący sobie wygodnie w pokoju Rity, bo po co spać na swoim posłaniu, gdy można przejąć czyjeś łóżko, przebudzony ze snu powrotem pani, poderwał się z miejsca, zeskoczył z posłania i nie wyrobił na zaklęcie. Walnięcie w szafkę sprawiło, że spadł przedmiot, przełożony tam rano, zanim zostanie odpowiednio zabezpieczony… i uderzył o podłogę z głośnym trzaskiem.
Pojawiło się na nim pęknięcie.
Tak się przypadkiem składało, że w tym przedmiocie uwięziono ducha, który miał zostać wypędzony do Limbo podczas najbliższego Samhain.
Oczywiście, Charlotte na razie jeszcze o tym nie wiedziała, tak samo, jak nie mieli pojęcia o całej sprawie jej synowi. Rezultat tego pęknięcia miał stać się im znany dopiero za jakieś dwie – trzy minuty.
– No już, już, myślałby kto, że rok nie było mnie w domu. Jessie! Zabierz swojego psa, jeszcze podrze mi pończochy – zażądała Charlotte, próbując opanować obskakującego ją radośnie zwierzaka. Od kogo on nauczył się takich manier? Powiedziałaby, że od goblinów (oczywiście, one nie obskakiwały tak ludzie, ale Charlotte była przekonana, że mogłyby nauczyć takich zachowań psa), ale Jessie chyba nie zabierał psiaka na wycieczki do banku Gringotta.