Przymilał się do jego dłoni jakby to wszystko nie miało większego znaczenia. Robił się na to chyba troszkę za stary - to był schyłek jego dobrej formy, a on zachowywał się jak dzieciak, Crow absolutnie nie potrafił tego powstrzymać. Tam gdzie w innych budził się głos rozsądku, on po zażartej walce z własną psychiką i tak decydował się na robienie rzeczy, które mu pasowały, a nie rzeczy jakich od niego oczekiwano. Niby mówił, co pewnie było jakimś krokiem w stronę wzajemnego zrozumienia, ale też stracił nieco czaru - przestał wstrzymywać się przed niektórymi gestami, zakupując złudzenie o przyjacielskości tego co robił. Pokierował tym tak, żeby smukłe palce zsunęły się z jego włosów i opadły na policzek, którym przesunął wzdłuż wierzchu dłoni. Ale to nie był koniec - Crow dążył do kolejnych pocałunków wzdłuż knykci, rozważał złapanie ich zębami, ale nie zrobił tego. Dźwięki rozkładanych na stole talerzy były zbyt wyraźne, żeby mógł je zignorować.
- Cóż - pomijając fakt, że Laurent w swoich najgorszych momentach wyglądał o stokroć lepiej niż większość znanych mu ludzi w swoich najlepszych - mogę odstawić cię tam gdzie chcesz się znaleźć, ale nie wypada nie przywitać się z ludźmi, w których mieszkaniu spałeś. Chciałem zaproponować, że pomasuję ci-
Urwał, bo zgodnie z jego oczekiwaniem po pokoju rozległ się dźwięk pukania. Nikt nie czekał szczególnie długo przed naciśnięciem klamki. Crow odwrócił głowę w kierunku otwartych drzwi, w których stał wysoki, szczupły mężczyzna ubrany bardzo podobnie do Laurenta. W długich włosach zawiązanych niedbale na czubku głowy znajdował się pojedynczy kwiatek z bibuły, wyraźnie zrobiony przez dziecko. Jeżeli chłopak miał pamięć do twarzy musiał rozpoznać w nim barmana, któremu przekazał ostatnio wiadomość.
- Słyszałem to i naprawdę nie chciałem poznać zakończenia, więc wjebałem się tu na siłę. Wstawajcie bo ten dureń nie dopierze spodni. - Mężczyzna nie wyglądał na złego - bardziej rozbawionego, szczególnie tym jak Crow wywrócił oczami podnosząc się z podłogi.
- Chodź - wystawił do Laurenta rękę, chociaż ten pewnie nie potrzebował już pomocy żeby wstać. Mimo wszystko wolał mieć w tym całkowitą pewność. Nie zamierzał ścielić łóżka ani niczego tutaj sprzątać - zwyczajnie wyprowadził blondyna do kuchni, a konkretniej mówiąc do stołu przy którym siedział wczoraj. Dzisiaj wydawał się o wiele bardziej żywy - po jednej jego stronie zasiadał wspomniany wcześniej barman, po drugiej jego synowie. Na oparciu krzesła nie znajdował się już fartuch pielęgniarki, nie przewidziano też dodatkowego talerza - Cory najwyraźniej już tutaj nie było.
Zapewne wypadało ich sobie przedstawić, ale on tego nie zrobił. Mężczyzna sam podniósł się z miejsca na którym usiadł, kiedy Crow i Laurent zbierali się z sypialni i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.
- John. - Jego uścisk należał do tych zdecydowanych i chłodnych, jednak w oczach błyszczały mu iskry ciepła. - A to są Alfred i Joseph.
To jak bardzo musiał iść do toalety zdecydowanie nie pasowało do prezentowanego, znudzonego wyrazu twarzy. Potrzeba zapalenia była jednak silniejsza - w tym właśnie momencie spojrzał to na Laurenta, to sugestywnie w kierunku łazienki. O co dokładnie próbował zapytać go spojrzeniem, chociaż wzajemne zrozumienie wychodziło im koszmarnie, tego pewnie nie wiedział nawet on.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.