Wiosna zmieniła wszystko. Nie była pełna nadziei, nowych możliwości, kolorów, wręcz przeciwnie, a przecież powinna przynościć optymizm, wizję zmian, zawsze tak było. W tym roku malowała się jako szara, smutna i zwyczajnie zła. Odebrała im naprawdę wiele. Życie, które prowadziła od dawna się rozsypało, jej stabilizacja została zachwiana, już niczego nie była pewna, no poza tym, że istaniał ktoś, kto miał jeszcze gorzej.
Śmierć Amandy otworzyła jej oczy, dotarło do niej, że, czy chcą, czy nie ten konflikt dotyczy ich wszystkich. Śmierciożercy odebrali jej przyjaciółkę, Corneliusowi żonę, a Fabianowi matkę - której zapewne nie będzie nawet pamiętał. To było przytłaczające, bo przecież nie wydawało jej się, aby tacy, jak oni byli ich celem, kiedy jednak dochodziło do bezpośrednich starć najwyraźniej nic nie miało znaczenia. Zresztą samej zdarzyło jej się w jednym uczestniczyć, tyle, że jak zawsze miała więcej szczęścia niż rozumu, Amanda nie miała tego szczęścia. Nic już nie było takie same, ledwie kilka miesięcy temu jeszcze spotykali się we czwórkę, teraz to też stracili.
Nie do końca wiedziała, jak powinna odnaleźć się w tej sytuacji, bo Cornelius zawsze byl bliżej Roisa, z drugiej jednak strony nie bez powodu stała się matką chrzestną Fabiana, nie spodziewała się jednak, że dosyć szybko będzie musiala zastępować swoją przyjaciółkę. To nie miało tak wyglądać. Cóż, nie chciała jej zawieść, więc zamierzała nadal pojawiać się w ich domu, aby dzieciak czuł, że ma wokół siebie ludzi, którym na nim zależy. Nie, żeby wątpiła w to, że Cornelius sobie nie poradzi, jednak nie zamierzała go zostawić z tym wszystkim zupełnie samego, przecież od tego byli przyjaciele, prawda? Oczywiście nie chciała się narzucać, tylko od czasu do czasu przypomnieć o tym, że istnieje i jest obok, gdyby czegoś potrzebował.
Nie miała do nich szczególnie daleko, byli niemalże sąsiadami. Jako, że obudziła się trzeźwa i czuła się względnie dobrze, stwierdziła, że to jest ten dzień, kiedy może ich odwiedzić. Powinna też nieco uzupełnić zapasy swoich eliksirów, bo jej źródło już przestało być jej więc czas najwyższy znaleźć sobie nowe. Nie do końca radziła sobie ostatnio z rzeczywistością, została sama - porzucona w mroku, mimo wszystko nie chciała dać po sobie tego poznać. Co z tego, że wewnątrz rozsypywała się na tysiące kawałków, to nie było istotne. Wkładała maskę obojętności i starała się jakoś ją utrzymywać.
Pojawiła się przed drzwiami mieszkania Lestrange'a ściskając w dłoni wielkiego, pluszowego rogogona węgierskiego. Nie zapowiadała się, więc miała nadzieję, że zastanie go w domu. Wyglądała względnie normalnie, może oczy miała nieco podpuchnięte, ale to nie było nic takiego, na czym warto byłoby się skupiać.