• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[05.1971] new reality | Geraldine & Cornelius

[05.1971] new reality | Geraldine & Cornelius
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
23.12.2024, 12:46  ✶  

Wiosna zmieniła wszystko. Nie była pełna nadziei, nowych możliwości, kolorów, wręcz przeciwnie, a przecież powinna przynościć optymizm, wizję zmian, zawsze tak było. W tym roku malowała się jako szara, smutna i zwyczajnie zła. Odebrała im naprawdę wiele. Życie, które prowadziła od dawna się rozsypało, jej stabilizacja została zachwiana, już niczego nie była pewna, no poza tym, że istaniał ktoś, kto miał jeszcze gorzej.

Śmierć Amandy otworzyła jej oczy, dotarło do niej, że, czy chcą, czy nie ten konflikt dotyczy ich wszystkich. Śmierciożercy odebrali jej przyjaciółkę, Corneliusowi żonę, a Fabianowi matkę - której zapewne nie będzie nawet pamiętał. To było przytłaczające, bo przecież nie wydawało jej się, aby tacy, jak oni byli ich celem, kiedy jednak dochodziło do bezpośrednich starć najwyraźniej nic nie miało znaczenia. Zresztą samej zdarzyło jej się w jednym uczestniczyć, tyle, że jak zawsze miała więcej szczęścia niż rozumu, Amanda nie miała tego szczęścia. Nic już nie było takie same, ledwie kilka miesięcy temu jeszcze spotykali się we czwórkę, teraz to też stracili.

Nie do końca wiedziała, jak powinna odnaleźć się w tej sytuacji, bo Cornelius zawsze byl bliżej Roisa, z drugiej jednak strony nie bez powodu stała się matką chrzestną Fabiana, nie spodziewała się jednak, że dosyć szybko będzie musiala zastępować swoją przyjaciółkę. To nie miało tak wyglądać. Cóż, nie chciała jej zawieść, więc zamierzała nadal pojawiać się w ich domu, aby dzieciak czuł, że ma wokół siebie ludzi, którym na nim zależy. Nie, żeby wątpiła w to, że Cornelius sobie nie poradzi, jednak nie zamierzała go zostawić z tym wszystkim zupełnie samego, przecież od tego byli przyjaciele, prawda? Oczywiście nie chciała się narzucać, tylko od czasu do czasu przypomnieć o tym, że istnieje i jest obok, gdyby czegoś potrzebował.

Nie miała do nich szczególnie daleko, byli niemalże sąsiadami. Jako, że obudziła się trzeźwa i czuła się względnie dobrze, stwierdziła, że to jest ten dzień, kiedy może ich odwiedzić. Powinna też nieco uzupełnić zapasy swoich eliksirów, bo jej źródło już przestało być jej więc czas najwyższy znaleźć sobie nowe. Nie do końca radziła sobie ostatnio z rzeczywistością, została sama - porzucona w mroku, mimo wszystko nie chciała dać po sobie tego poznać. Co z tego, że wewnątrz rozsypywała się na tysiące kawałków, to nie było istotne. Wkładała maskę obojętności i starała się jakoś ją utrzymywać.

Pojawiła się przed drzwiami mieszkania Lestrange'a ściskając w dłoni wielkiego, pluszowego rogogona węgierskiego. Nie zapowiadała się, więc miała nadzieję, że zastanie go w domu. Wyglądała względnie normalnie, może oczy miała nieco podpuchnięte, ale to nie było nic takiego, na czym warto byłoby się skupiać.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
23.12.2024, 23:21  ✶  

Cornelius siedział w swoim fotelu, spoglądając w okno, przez które wpadały blade promienie wiosennego słońca. Wiosna, która kiedyś niosła ze sobą życie i nadzieję, tym razem była dla niego jedynie przypomnieniem o utraconych marzeniach i bólu. Śmierć Amandy wstrząsnęła nim do głębi, myśl o tym, jak łatwo można stracić kogoś, kogo się kocha, nieustannie go dręczyła i nawet eliksiry, które dostał do przyjmowania, bo miały mu pozwolić zapomnieć, w rzeczywistości jedynie pogłębiały jego rozgoryczenie. Przepisano mu całkiem przyzwoite środki, ale po kilku dniach bez efektów postanowił leczyć się na własną rękę. Ironią losu było to, że jako koroner, badając ciała zmarłych, miał nie tylko wiedzę medyczną, ale również szerokie, osobiste doświadczenie z substancjami, które mogły zabić, ale w dobrej dawce dawały efekty, których potrzebował. Wiedział, jakie dawki były bezpieczne, a jakie mogły prowadzić do zguby, znał sposoby na przekraczanie tych granic, by doświadczyć chwilowego zapomnienia, nie obawiając się śmierci.

Dziś, jak wiele razy wcześniej, ponownie się naćpał. Tego dnia, znów sięgnął po swoje „zapomnienie”. Wiedział, jak to robić bezpiecznie, jak nie przekraczać granicy, która mogłaby zniszczyć wszystko, co zbudował. Przepraszam, ale kto by z tego nie skorzystał? Darowanej buteleczce esencji szaleństwa nie zagląda się pod korek, tylko od razu się ją odkorkowuje i się ją doi do, równo bez pomyłki, pięćdziesięciu mililitrów na raz. Ironią losu było to, że jego wiedza o medycynie i eliksirach, która kiedyś służyła do uzdrawiania, teraz stała się narzędziem do ucieczki od rzeczywistości. Mimo wszystko, w tym stłumionym świetle jego mieszkania, wydawał się być na chwilę wolny od swoich demonów.

Mieszkanie, które zamieszkiwał, było zaskakująco czyste i uporządkowane, znacznie bardziej uporządkowane niż jego życie. Na Horyzontalnej każdy przedmiot miał swoje miejsce, co kontrastowało z chaosem w jego głowie, ponieważ on nie miał już swojego miejsca. Pomieszczenia były pozbawione śladów bytowania, bo obecnie bytował, a nie żył, i schludne, dzięki nieustannej pomocy skrzata domowego, który dbał o każdy szczegół. Gdyby nie Mrużek, pewnie tonąłby w śmieciach i w syfie, a gdyby nie Ursula, która przysłała skrzata i zabrała Fabiana, pewnie poza tytułem „najschludniej wyglądający ćpun na chorobowym” musiałby mierzyć się z tytułem „najgorszy ojciec roku”, bo na trzeźwo nie potrafił tak żyć, a nie posunąłby się tak daleko, żeby odurzać się przy dziecku, był załamany, ale jeszcze nie tak.

Cornelius czuł, że jego stabilizacja, na którą tak długo pracował, nie została zachwiana, ona runęła z tąpnięciem w warstwę błotnistej ziemi wraz z głuchym odgłosem rozchodzącym się po cmentarzu w dzień, w którym pochowali jego żonę, a on od tamtego czasu miał wrażenie, że nie opuścił bram z żelaza jak duch zamknięty na wyjałowionym poletku, na którym nie zagościła wiosna. Dookoła nich, drzewa ulegały zazielenieniu, miały liście i pąki, gdzieniegdzie zaczynały się pojawiać kwiaty, zima odeszła, ale nadal panowała w jego sercu. Zamiast poczucia pewności, odczuwał jedynie chaos. Fabian, ich syn, pozostał mu jako jedyna iskra radości, ale nawet ta nie była w stanie rozproszyć mroku, który go otaczał. Chciał być silny, bo powinien być dla niego wsparciem, ale jak mógł udawać, że wszystko jest w porządku, gdy sam rozsypywał się od środka? Odesłał go do ciotki na kilka dni, to było dwa tygodnie temu i on sam nie wiedział, ile jeszcze to potrwa. Śmierć Amandy otworzyła mu oczy na brutalną rzeczywistość, bo nie było już bezpiecznej strefy, której mógłby się chwycić. Konflikt, który wydawał się odległy, teraz dotykał ich wszystkich, brutalnie wkraczał w ich życie.

Zaraz po stracie, Cornelius próbował się odnaleźć w nowej roli, ale to było trudniejsze, niż sądził. Gdy minął pierwszy szok, zaczął sypać się bardziej niż mógłby przyznać, szczególnie po tym, jak Ursula przyszła z pomocą, wyjątkowo go nie oceniając. To go pogrążyło, ciotka nigdy nie była ciepła, ale tym razem zachowywała się przy nim, jakby miała do czynienia z jajkiem. Amanda, która zawsze była dla niego ostoją, zniknęła, a on nie wiedział, jak dalej funkcjonować. Przyjaciele, z którymi jeszcze niedawno dzielił radości i smutki, teraz wydawali się odlegli i nieosiągalni. Tym bardziej, że znał sytuację, nie tylko swoją, więc nie wymagał nic od nikogo, odizolował się w swoim świecie. Ich czwórka, niegdyś nierozerwalna, teraz rozpadła się na kawałki. W kilka tygodni stracił trzy osoby. Nie potrafił znieść tej pustki, która go otaczała. Czuł, jakby w jego sercu tkwił zimny, stalowy nóż, który tylko pogłębiała każda chwila samotności.

Kiedy usłyszał pukanie do drzwi, zadrżał, jego spizgany umysł natychmiast stworzył kilka scenariuszy. Nie oczekiwał nic od nikogo, raczej przeciwnie, bo od razu nastawił się na kolejne niezbyt przyjemne sytuacje, na które nie miał siły. Może Ursula była zmęczona tym wszystkim i postanowiła się skonfrontować? Geraldine? Ambroise? Albo ktoś z ich dawnych znajomych? Ktokolwiek to był, Corio czuł się niegotowy na spotkanie, ale i tak wstał, wciągając głęboko powietrze. Otworzył drzwi, zanim zrobił to Mrużek, który już ruszył w tamtą stronę, stając twarzą w twarz z jedną z osób, na których widok zawsze wyrażał sympatię, niestety nie dziś. Teraz najwidoczniej wydarzył się wyjątek i Cornelius mimowolnie prawie cofnął się do wnętrza. Nie miał ochoty widzieć się z Geraldine, nie po tym wszystkim, co się stało, ale było za późno, żeby się wycofać.

- Hej. Dobrze cię widzieć. - Przywitał się, gdy skrzypnęły zawiasy szerzej otwieranych drzwi, a po drugiej stronie drzwi pojawiła się wysoka kobieta. Uśmiech, który próbował wymusić, szczególnie na widok smoka w jej rękach, wydawał mu się sztuczny. - Wejdź, proszę. Niestety Fabian jest u Ursuli. - Powiedział, przepuszczając ją w drzwiach. Mimo, że był mocno odurzony, jego zewnętrzny wygląd nie zdradzał żadnych oznak zażywania substancji. Dziś, ubrany w elegancką, dobrze skrojoną koszulę w stonowanym bordowym kolorze oraz ciemne spodnie, prezentował się nienagannie. Jego włosy były starannie uczesane, a jego twarz była gładko ogolona, w końcu był mistrzem w ukrywaniu swoich słabości.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
24.12.2024, 01:55  ✶  

Każdy miał swoje tragedie, jedni większe, inni mniejsze. Yaxleyówna aktualnie czuła, że stracila grunt pod nogami i straciła całe życie, które znała. Próbowała się jakoś w tym odnaleźć, jednak zupełnie jej to nie wychodziło. Była zła na siebie, że to co ją spotkało przyćmiło jej to, co działo się u jej bliskich. Nie potrafiła jednak się odnaleźć w tej rzeczywistości, próbowała, ale czuła, że przynosi to tylko gorsze skutki.

Powinna być oparciem dla Lestrange'ów, stracili jedną z nich, a ona zajęła się sobą. Jasne, Amanda była też ważną osobą w jej życiu, ale nie potrafiła postawić się na miejscu Corneliusa, szczególnie, że sama ledwie kilka tygodni wcześniej była z kimś na tyle blisko, aby dokładnie rozumieć stratę, która go spotkała. Miała tyle szczęścia, że miłość jej życia nie odeszła z tego świata, tylko postanowiła rozpocząć nowe życie - bez niej. Okropnie było to pocieszające, cóż przynajmniej żył, tyle dobrego.

Zachwiało to jednak tym, co znała, bo przecież zawsze była ich czwórka, Amanda i Cornelius, ona i Ambroise. Teraz to już nie miało najmniejszego sensu. Nie było już niczego, pozostały wspomnienia, chwile, których nie mogli już nigdy więcej powtórzyć, bo stracili to wszystko.

Nie do końca wiedziała, czy powinna się tutaj pojawiać, bo przecież Lestrange był zawsze bardziej Roisa niż jej, znali się niemalże od zawsze, poznała go dzięki swojemu byłemu chłopakowi, z którym miała może spędzić całe życie, jednak i to jej nie wyszło.

Gdyby Amanda żyła zapewne nie miałaby takich wątpliwości, czy powinna u nich jeszcze bywać, ale śmierciożercy ją im odebrali, więc nie do końca wiedziała, jak właściwie powinna się zachować. Schowała jednak całą swoją dumę do kieszeni i postanowiła sprawdzić, jak się miewają, to chyba należało do roli matki chrzestnej? Nie wiedziała, nie była najlepsza w te sprawy. Czuła jednak, że to może być właściwe.

Dlatego też właśnie postanowiła sprawdzić, jak się mają. Starała się zebraźć do kupy, jakoś wyglądać, sprawiać pozory. Co innego jej pozostawało? Nie mogła porównywać swojej tragedii do tej ich, bo to przecież było nieporównywalne mimo bólu, który również jej towarzyszył. Powinna być silna i stanowić dla nich oparcie w tym trudnym momencie.

Tym właśnie starała się kierować, gdy znalazła się przed mieszkaniem, które przecież znała, w którym bywała. Tyle, że chyba jak dotąd nie pojawiła się tutaj jeszcze w tej nowej rzeczywistości. To był dla niej dosyć trudny krok, bo wszystko stanie się realne, nigdy nie wrócą do tego, co kiedyś mieli. Cóż, chyba najwyższy czas się z tym pogodzić.

Nie miała pojęcia w jakim stanie zastanie swojego przyjaciela, czy właściwie był jeszcze jej przyjacielem? Tego też nie wiedziała. W tym równaniu było naprawdę wiele niewiadomych i nie spodziewała się też, że szybko przyjdzie jej zrozumieć jak aktualnie klarowała się sytuacja.

Pozostawało jej tłumaczyć swoją obecność w im domu tym, że chciała sprawdzić, jak miewa się jej chrześniak, to chyba było najbardzsiej neutralnym wytłumaczeniem. Oczywiście, że kryło się pod tym zdecydowanie więcej, chciała zobaczyć, czy Cornelius jeszcze oddycha, czy miewa się jakoś, bo to, co go spotkało mogło wprowadzić do grobu. Odebrali mu żonę, matkę jego dziecka, czy dało się w jakikolwiek sposób sobie z tym poradzić? Nie była co do tego przekonana, niby miał powód do tego, aby jakoś trwać na tym świecie, dziecko, ale czy był on wystarczający? Nie miała pojęcia. Miała nadzieję, że tak, tyle, że akurat tego nie była w stanie zrozumieć.

Nie miała dzieci, nie wiedziała, jak zmienia się sposób widzenia świata, kiedy one się na nim pojawiały. Miała pewne wizje swojego życia, w którym była w stanie umiejscowić jedną, czy dwie małe istoty w swoim świecie, tyle, że to też było już nieaktualne, więc pewnie nigdy się tego nie dowie.

Nie sądziła, że Cornelius mógł się jej spodziewać. Zamknęła się w swoim mieszkaniu i próbowała jakoś przeżyć swoją własną żałobę, to znaczy upijała się na umór i nie opuszczała czterech ścian, tak było najprościej, najwygodniej, przynajmniej nikt nie widział jej upadku.

Był to jednak ten dzień, kiedy wreszcie dojrzała do tego, aby sprawdzić jak się miewa, czy w ogóle jakoś się miewa. Powinna była to zrobić wcześniej, ale jakoś nie do końca umiała to zrobić.

Nie uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła znajomą twarz w drzwiach. Nie wydawało jej się to być właściwe. Przeszywała go wzrokiem, jakby próbowała odczytać to, jak właściwie się miewa. Nie wyglądał źle, nie wyglądał jakby zatracił się w żałobie, ale miała świadomość, że mogą to być tylko pozory, to musiały być tylko pozory.
- Cześć. - Mruknęła cicho, bo nie do końca wiedziała, jak inaczej mogłaby zareagować. To była dla niej zupełnie nowa sytuacja, w której próbowała się odnaleźć.

Skoro otrzymała zaproszenie - postanowiła wejść do środka. Przeniosła wzrok na Mrużka, jakby skrzat mógłby jej udzielić jakichś wskazówek - niestety, to też nie miało mieć miejsca. Musiała radzić sobie sama, była przecież dorosła, powinna wiedzieć, jak zachować się w takich sytuacjach.

Fabiana nie było - więc główny argument, powód przez który się tutaj pojawiła zniknął, przynajmniej na tę chwilę. Przeniosła wzrok na pluszaka, którego trzymała w dłoni - teraz to, że go tutaj przyniosła wydawało jej się bardzo głupim posunięciem, ale przecież nie była w stanie przewidzieć tego, że go tutaj nie będzie, chociaż właściwie to przecież mogła. Cornelius na pewno potrzebował czasu, aby jakoś ruszyć do przodu, czy w ogóle było to możliwe? Miała nadzieję, że tak, życzyła mu jak najlepiej.

- Zanieść to do jego pokoju? - Wolała zapytać, czy może to zrobić, przecież wiedziała, gdzie ma iść, bywała tutaj często, nigdy jednak jeszcze nie było jej w tym mieszkaniu od czasu śmierci Amandy, to wiele zmieniało, czuła się naprawdę niepewnie.

Z pozoru Cornelius prezentował się naprawdę dobrze, na pewno lepiej od niej, ubranej w typowe dla siebie skórzane spodnie i koszulę, zapewne Ambroisa - nadal nie wyrzuciła jego rzeczy, chociaż przecież powinna była to zrobić.

- Wyglądasz nie najgorzej. - Ot, stwierdziła fakt, nie do końca wiedziała, jak zacząć rozmowę i czy w ogóle powinna była ją zaczynać, jednak nigdy nie potrafiła trzymać języka za zębami.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#4
24.12.2024, 11:52  ✶  

Cornelius stał w drzwiach, a jego serce biło szybko, zbyt szybko, bo w jego umyśle zrodziła się myśl, że to mogła być ona, że może Amanda wróciła, ale zaraz potem przypomniał sobie brutalną rzeczywistość. Wystarczyło, że otworzył drzwi i uświadomił sobie, że to była Yaxleyówna, matka chrzestna ich syna. Gdy ujrzał Geraldine, poczuł mieszankę ulgi i złości. Ulgi, bo oto była przed nim, a złości, bo jak mogła przyjść, jakby nic się nie stało? Dla niego świat legł w gruzach, a ona? Przez ostatnie tygodnie spędzał długie godziny w samotności. Geraldine miała prawo cierpieć, ale nie tak, jak on. On stracił wszystko. Jak miał z nią rozmawiać? Jak miał wyrazić to, co czuł? Zamiast odpowiedzi, w jego głowie kłębił się chaos, toteż mężczyzna zrobił to, co powinien, a nie to, co chciał, bo chciał się wycofać. Zamiast tego otworzył drzwi i cofnął się, żeby przepuścić przyjaciółkę, nie wiedział, czy jeszcze obecną, czy już byłą.

Geraldine weszła, a on nie mógł oderwać wzroku od jej dłoni, w której trzymała pluszaka. Czuł do niej żal, mimo tego, że niby wiedział, że ona też próbowała odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Miała swoje życie, ona też straciła nie jedną, a dwie osoby niemal jedna po drugiej, będąc blisko z Amandą, bliżej niż z nim, i zaledwie kilkanaście dni później tracąc oparcie w postaci Ambroise'a, choć ten przynajmniej żył. Ich koleje losu były podobne, bo oboje zostali sami, ale nie były takie same. Spodziewał się wizyty, na początku prędzej niż później, ale minęło na tyle dużo czasu, zbyt dużo i zaczął godzić się z tym, że każde z nich przeżywało swoje tragedie na swój własny sposób. Corio chciał patrzeć na sytuację przez szerszy obiektyw, ale nie miał pojęcia, jak pomóc, na tej samej zasadzie nie oczekiwał pomocy od Geraldine. Jeśli tego od niego oczekiwała, to miał ją zawieść. Sam był zamknięty w swoim kokonie z żalu, a wspomnienia o żonie były dla niego niczym noże, które w każdej chwili mogły zadać nowy ból. Tak właściwie, to miał ich dużo wbitych w pierś, niektóre z nich, jak sam stwierdził, tkwiły tam również przez osobę, która teraz stała z nim twarzą w twarz.

„Zanieść to do jego pokoju?” - zapytała, a on skinął głową, choć nie był pewien, czy to, co przyniosła, miało jakiekolwiek znaczenie. Miało, na pewno miało, bo kiedy spojrzał na pluszaka w dłoni Yaxleyówny, przypomniał sobie o nowym świecie Fabiana bez matki, o ich wspólnym życiu, które nagle przerwano. Czuł, że każdy przedmiot w tym mieszkaniu, każde wspomnienie, przytłaczało go jeszcze bardziej, gdy myślał o tym w taki sposób, a robił to często. Zamiast jednak mówić o tym, co go gnębiło, postanowił skupić się na niej. Może to była jego próba ucieczki, może chęć, by nie być samemu w tym wszystkim.

- Tak, proszę. - Odpowiedź wydobyła się z jego ust, a on skupił wzrok na ścianie na klatce schodowej, jakby to ona miała odpowiedzi na wszystkie pytania, które dręczyły jego umysł. Nie przyniosła, więc zamknął drzwi, trochę zbyt mocno, bo huknęły o futrynę, w tym stanie nie panował nad własnymi siłami.

Świat wokół niego wydawał się zamglony, zniekształcony przez ból, który towarzyszył mu od chwili, gdy stracił Amandę. Nawet eliksiry, które miał nadzieję, że przyniosą mu ulgę, tylko wprowadzały go w stan odrętwienia, nie pozwalając mu uciec od rzeczywistości. Nie potrafił się uśmiechnąć, nie potrafił w ogóle niczego. Każda interakcja bolała, przypominała mu o tym, że życie toczyło się dalej, a on utknął w martwym punkcie, więc wolne od pracy wydawało mu się dobrym rozwiązaniem, teraz wiedział, że błędnym.

Zerknął na Mrużka, który, jak zwykle, kręcił się w tle, zainteresowany obecnością gościa, gotowy, żeby pomagać. Za to on nie wiedział, co zrobić z sobą, jak zareagować. Czy powinien być wdzięczny, że przyszła go odwiedzić? Może, ale w tej chwili wydawało się to nieistotne, nawet powiedziałby, że go trochę irytowało. Patrzył na nią, próbując odczytać jej myśli. Czuł, że przybyła tutaj z intencjami, które były głębsze niż tylko zwykła troska. Może chciała poczuć się potrzebna, może pragnęła nawiązać kontakt, który w obliczu ich straty zdawał się niemożliwy, zwłaszcza, że jej chrześniaka nie było, zabrała go Ursula, która mogła się lepiej zająć Fabianem, więc, co im zostało? Nie mogli zająć rozmowy dzieckiem, a miał wrażenie, że to zbiło ją z tropu, tak samo jak jego jej wizyta.

- Mrużek… - powiedział, wskazując na skrzata, który z niezrozumiałą miną przyglądał się sytuacji. - Może lepiej, żeby to on zajął się tym - dodał, wskazując na pluszaka, którego trzymała w dłoni. Nie chciał, by Geraldine wiedziała, że w sercu gościł gniew na nią i na Ambroise'a, bo ich odejście sprawiło, iż czuł się jeszcze bardziej osamotniony. Jej słowa brzmiały jak ironiczny żart, ale nie potrafił się śmiać, zamiast tego skinął głową, czując, jak jego usta są suche i spękane od długotrwałego picia głównie whisky i kawy, no, i oczywiście eliksirów.

„Wyglądasz nie najgorzej.” Te słowa przeszyły go niczym nóż. Nie był pewien, czy to komplement, czy raczej ironiczne stwierdzenie. W każdym razie, nie potrafił się uśmiechnąć. Jego twarz była maską, na której nie było miejsca na taki grymas.

„To nie jest prawda,” pomyślał. Wyglądał, jakby był na skraju załamania, skryty za maską, którą miał na sobie każdego dnia, próbował ukryć swoje wnętrze za pozą normalności, dobrą fryzurą, czystym ubraniem. Niby cieszył się, że to działało, ale nie do końca, bo zamiast tego, w jego umyśle zrodziła się myśl. Czy ona naprawdę nie widziała, jak bardzo się zmienił? Jak bardzo się zatracił?

- Dzięki. - Odpowiedział, nie do końca wierząc w swoje słowa. -Cóż, staram się jakoś trzymać. - Dodał, starając się, by jego głos brzmiał naturalnie, ale zdradzał go cień zmęczenia. Zauważył, jak przyglądała się jego twarzy, jakby próbowała odczytać z niej jego stan. Może i byłoby to zabawne, bo umiał udawać, że wszystko jest w porządku, nawet, gdy stał w samym środku pożaru, gdyby nie było tak tragiczne. Czuł, że nie był w stanie jej nic wyjaśnić. Każda szczera odpowiedź albo gest mogłyby być odebrane jako słabość, a on nie mógł sobie na to pozwolić. Był, no, aktualnie ćpunem, ale też ojcem, więc musiał być silny, żeby już wkrótce być oparciem dla swojego syna, nawet jeśli jego serce wciąż krwawiło po stracie Amandy.

- A ty? Jak się trzymasz? - Zapytał, chociaż wiedział, że nie ma sensu pytać o to, co wydawało się absurdalne w obliczu ich wspólnej tragedii. Z jednej strony czuł ulgę, że ktoś w końcu zadał sobie trud, by go odwiedzić, z drugiej miał ochotę zamknąć się w swoim świecie, gdzie ból był jedynym towarzyszem, bo ból nie miał o nim zapomnieć na następne tygodnie, przeżywając swoje dramaty.

Cornelius wrócił wzrokiem do wpatrywania się w pustą przestrzeń, czekał, aż Geraldine coś powie. Brakowało mu słów, brakowało mu wszystkiego.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
25.12.2024, 00:45  ✶  

Yaxleyówna nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać po tym spotkaniu. Zdawała sobie sprawę, że dała dupy, że powinna była się pojawić u niego wcześniej, tyle, że chyba nie do końca umiała spojrzeć mu w twarz, nie żeby teraz za bardzo się coś zmieniło. Nadal nie miała pojęcia, jak powinna się zachować, co zrobić, czego nie robić. Nie powinna obchodzić się z nim jak z jajkiem, udawać, że żyli w jakiejś dziwnej bańce, bo przecież nic już nie było takie samo. Rzeczywistość, którą znali się zmieniła, właściwie to chyba nawet przestała istnieć. Z czwórki została trójka, chociaż czy na pewno? Odsunęli się wszyscy od siebie, nie wiedziała, co i czy w ogóle Ambroise powiedział mu cokolwiek, zresztą nie chciała o niego wypytywać, próbowała się pogodzić z tym, że tak musi być. Skoro nie pokusił się o żadne wyjaśnienia, to nie było czego ratować, odechciało jej się walczyć, nie chciała wyjść na wariatkę, która nie potrafi pogodzić się z tym, że ktoś ją porzucił.

Tyle, że ona zupełnie niepotrzebnie zdystansowała się od wszystkich innych. Najłatwiej w końcu było cierpieć w samotności, w swoim domu, kiedy nikt nie mógł tego dostrzec. To byłl najwygodniejsze, zdecydowanie trudniej przychodziło zderzenie z nową rzeczywistością. Cóż, dojrzała do tej decyzji, pojawiła się tutaj, przecież dzieciak nie był niczemu winny, mogła tu bywać tak, aby nikomu nie przeszkadzać, może powinna się zapowiadać, aby unikać niezręcznych sytuacji? To też było jakieś rozwiązanie. Pozostawało jej jedynie wierzyć w to, że Cornelius pozwoli jej ponownie wejść do swojego życia. Czuła, że zachowała się nieodpowiednio, nie była jego oparciem, gdy tego potrzebował, nie było jej przy nim, chociaż właśnie tutaj powinna się pojawić. Żałowała tego, ale czasu nie da się cofnąć, zresztą, gdyby się dało, to pewnie Amanda nadal by żyła, a tak musieli odnajdywać się w świecie bez niej. Jedna gwiazda zgasła, a niebo pochłonął mrok i nie wydawało się, że światło szybko się przez niego przebije.

Nie wiedziała, czy powinna wspominać o jego żonie, właściwie to wolała tego nie robić, chociaż ignorowanie istniejącej tragedii nie było szczególnie dojrzałym rozwiązaniem, to akurat po nie postanowiła sięgnąć. Trochę obawiała się tego, co może się wydarzyć, kiedy rozmowa bezpośrednio przejdzie na takie tory. Jak dotąd nie straciła jeszcze nikogo, kto znajdował się tak blisko niej, wojna trwała, śmierciożercy odbierali życia, ale wydawało jej się, że ich to nie dotyczy. Mimo tego ataku, kiedy sama oberwała. Tłumaczyła sobie to wtedy tym, że to był przypadek, znalazła się w złym miejscu, o złym czasie i próbowała pomóc tym, którzy byli celem ataku. Nie miała sobie tego za złe, nawet jeśli musiała później wysłuchiwać wyrzutów Roisa o tym, że przecież miała tego nie robić, nigdy nie potrafiła przejść obojętnie wobec krzywdy niewinnych. Cóż, żałowała, że Amanda nie miała tyle szczęścia, żałowała, że nie było jej w pobliżu, bo może mogłaby jej pomóc. Tak jak pomogła tamtym, którzy nie powiedzieli jej głupiego dziękuję, kiedy omal sama nie straciła życia. Zdecydowanie wolałaby walczyć za swoich, ale akurat wtedy nie miała takiej okazji.

Zrobiła krok w przód, kurczowo ściskała tego rogogona, gotowa była zanieść go do pokoju Fabiana, bo dostała na to zgodę, zabawne, jeszcze kilka tygodni temu zapewne weszłaby do tego mieszkania jak do siebie i nie zastanawiała się nad tym, na co może sobie pozwolić. Teraz czuła się jak intruz, szczególnie, że dziecka tutaj nie było - to zupełnie popsuło jej sprytny plan, zupełnie nie wiedziała co powinna teraz zrobić, bo przecież nie mogła tak po prostu stąd wyjść, nawet jeśli nie miała pojęcia, w jaki sposób mogła z nim rozmawiać.

- Tak, jasne, tak będzie lepiej. - Przeniosła wzrok na skrzata, czekała, aż do niej podejdzie, a gdy znalazł się odpowiednio blisko wyciągnęła w jego stronę dłoń z pluszakiem w dłoni. Nie sądziła, że Fabian w ogóle zauważy nową zabawkę, ale to nie było istotne. Chciała pokazać, że o nich pamięta, że mimo wszystko zawsze będzie obok, nawet jeśli na samym początku nie popisała się empatią.

- To chyba jedyna metoda, czy to jakoś jest w miarę bezpieczne? - Cóż, nie miała pojęcia, co siedzi w jego głowie, wiedziała, że ludzie w różny sposób przechodzą żałobę, jedni chcieli się mścić, a inni zatracać w swojej własnej tragedii, uciekać od rzeczywistości, jeszcze nie wiedziała w której grupie znajdował się Corio, bo przecież nie było jej u jego boku, kiedy to wszystko najbardziej go pochłaniało, zresztą, nie wydawało jej się, żeby to miało szybko minąć. Jeśli ją strata Amandy dotknęła tak mocno, to jego musiało zaboleć to dużo bardziej, ona była tylko jej przyjaciółką, dla niego kobieta była całym światem, który rozsypał się na drobne kawałki.

Nie była szczególnie dobrym mówcą, nigdy nie potrafiła pocieszać, była jak słoń w składzie porcelany. Nigdy nie musiała uważać przy nim na słowa, teraz cedziła je przez zęby, bała się, że odezwie się nieodpowiednio, że użyje słów, których nie powinna. Naprawdę czuła się nieswojo.

- Ja? - Powtórzyła za nim, przyglądała mu się nadal uważnie, ale widziała, że ucieka spojrzeniem, nie chciał na nią patrzeć? To było prawdopodobne. Zastanawiała się, czy poznał powód, przyczynę przez którą Ambroise postanowił odejść z jej życia, ale nie chciała go o to pytać, to byłoby niewłaściwe, nie mogli się skupiać na jej własnej, małej tragedii, gdy jego spotkała jeszcze większa, to byłoby egoistyczne, a już i tak nie popisała się empatią, chciała to zmienić. - W miarę się trzymam, to chyba nic takiego, czasem się tak dzieje, właściwie to chyba dosyć często. - Ludzie się spotykali, żyli ze sobą, a później rozchodzili, taki był porządek świata, nawet jeśli gdybali od lat o przyszłości, którą mieli razem przeżyć, mieli dom, a ona była w stanie zastanawiać się nad czymś więcej, potrafiła sobie wyobrazić ich dzieci, szczególnie gdy spotykali się z Lestrange'ami. Może wcale nie byli tacy wyjątkowi, jak jej się wydawało. Musiała jakoś się z tym pogodzić i zdecydowanie nie chciała obarczać Corneliusa swoimi problemami w momencie, w którym jego świat zupełnie się rozsypał.

- Wróciłeś do pracy? - Zapytała jeszcze niby zupełnie niewinnie, ale chciała znowu nieco wybadać, jak sobie radzi. Praca potrafiła pochłaniać, w niej również można było się zatracić, całkiem mocno, nie do końca wiedziała, w jaki sposób mogłaby mu pomóc, właściwie to raczej wydawało jej się, że w ogóle nie była w stanie tego zrobić. Niezła z niej była przyjaciółka...

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#6
26.12.2024, 01:56  ✶  

Nie był w stanie myśleć trzeźwo, ból po stracie żony, wciąż wyciskał z niego ostatnie resztki energii. Żal, złość i beznadzieja splatały się w nim w jedną wielką pętlę, która nie dawała mu spokoju. Przyjaciele, którzy kiedyś byli obok, zniknęli. Jakby ich relacje stały się nieistotne w obliczu śmierci, bo mieli własne problemy, ironicznie, częściowo związane z tym samym szambem, które odebrało mu Amandę. Zamiast być w tym razem, rozeszli się, każde w swoją stronę, a tak się złożyło, że on nie musiał daleko iść, bo zamknął się we własnym mieszkaniu. W tym momencie, nie zamierzał pytać Geraldine, które z nich miało podobny komfort.

Zamknął oczy, próbując stłumić natłok myśli. Czuł, jak eliksiry powoli zaczynają działać, ale nie przynosiły mu spokoju. Zamiast tego, wywoływały lawinę wspomnień, które wydawały się nie mieć końca. Geraldine stała tam, kilka kroków dalej, wydawała mu się dziwnie inna, bo niepewna, czego nigdy u niej nie wyłapał - to do niej nie pasowało - z rogogonem w rękach, ale Cornelius nie miał ochoty na dziecięce zabawy w podchody, na udawanie, że wszystko jest w porządku.

Po utracie żony nie potrafił się podnieść, Amanda była dla niego nie tylko ukochaną, ale także światłem, które oświetlało jego codzienność. Teraz, z każdym dniem, to światło gasło, a on sam zamieniał się w cień, który unikał kontaktu z innymi, w tym z tymi, którzy kiedyś byli mu bliscy, ale relacja powinna działać w obie strony, sowy latały w oba kierunki, tyle, że nie w tym przypadku. Przyjaciele, którzy go otaczali, zniknęli, a on, nie zdobywając się na walkę, postanowił zamknąć się w sobie, znieczulając ból eliksirami, które miały go choć na chwilę uwolnić od cierpienia. Nie tylko Geraldine i Ambroise, a niemal wszyscy inni odsunęli się, jakby jego ból był zaraźliwy. Może był? Czuł się zdradzony i osamotniony, a to jeszcze bardziej pogłębiało jego uczucie beznadziejności. Jasne, mieli swoje problemy, rozstali się, nie byli już dłużej ze sobą po wielu latach, to było dla nich trudne, pewnie szczególnie dla Geraldine, dla której musiało być szokiem. Nie chciał być egoistą, ale z każdym dniem coraz trudniej było mu znaleźć w sobie odrobinę empatii. Zamiast tego skupił się na swoim odurzeniu, na odczuwaniu tej fałszywej ulgi, którą dawały eliksiry. Próbował jechać na fali zapomnienia, choć wiedział, że nie ma ucieczki.

Kiedy Geraldine wreszcie odwiedziła go po wielu tygodniach milczenia, przez moment, Cornelius był zaskoczony, teraz zaczął robić się zły. Nie wiedział, czego się spodziewać. Jego myśli były chaotyczne, a uczucia skrajne. Z jednej strony czuł, że miała obowiązek być przy nim, kiedy Amanda odeszła, ale z drugiej strony wiedział, że sama przeżywała dramat związany z rozstaniem z Ambroisem. Kimś, kto był jego najlepszym przyjacielem, a teraz był również kolejnym dowodem na to, jak bardzo życie potrafiło być okrutne. Geraldine stała tam, niepewna, jak się zachować. Cornelius widział, że starała się znaleźć słowa, które mogłyby złagodzić ich sytuację, ale on nie miał ochoty na ich wymianę. Nie czuł się gotowy na rozmowę, na żadne pytania. Jak mógł jej wybaczyć, że nie była przy nim, gdy najbardziej tego potrzebował? Chciał powiedzieć: „Czemu nie przyszłaś wcześniej?”, ale zamiast tego milczał, bo nie był aż takim egoistą. Ich świat się rozpadł, a ona wciąż usiłowała odnaleźć sens w tym, co się wydarzyło.

- Co masz na myśli? - Spytał z neutralnym tonem głosu. Gdyby tylko wiedziała, co czuł, gdy każdy odszedł, gdy on wciąż był w tym samym miejscu, w którym zostawiła go śmierć Amandy. Cornelius wiedział, że musiał jakoś znaleźć wspólny język z rodzicami chrzestnymi swojego dziecka, ale w tym momencie wydawało mu się to niemożliwe. Nikt nie znał jego bólu, a on nie chciał, by ktokolwiek próbował go zrozumieć. Eliksiry dawały mu chwilowe wytchnienie, ale prawda była taka, że czuł się bardziej samotny niż kiedykolwiek.

Spojrzał na nią, gdy mówiła, ale nie potrafił odwzajemnić tego spojrzenia, które Geraldine mu posyłała. Uciekał wzrokiem w bok, nie chcąc widzieć jej twarzy, nie chcąc myśleć o tym, co mogłoby być, gdyby nie śmierć Amandy. W jego myślach krążyły wspomnienia, które teraz były dla niego jak ostrze, wbijające się w serce. Nie chciał jej mówić, że nie chciał słyszeć bzdur o tym, że trzymała się w obliczu ostatnich wydarzeń, szczególnie, że oboje wiedzieli, że było inaczej, bo sam czuł się jak wrak, że nie potrafił się pozbierać, że życie bez Amandy było tylko wegetowaniem w cieniu jej wspomnień, że powinni trzymać się razem, a wszyscy dawali ciała. Ani tego, że pojawiła się nagle po długim czasie nieobecności, więc najmniejszym, co mogła zrobić było bycie szczerą, bo on nie miał ochoty na żadne konwenanse, mimo, że byli w nich wychowani.

Bujda, a nie wychowani, bo, gdyby szanowali konwenanse, nie doszłoby do tego, że przyjaciele, którzy kiedyś stanowili jego wsparcie, teraz odeszli. Odwrócili się od niego, jakby jego ból był zbyt ciężki, by go dźwigać. Zastanawiał się, co właściwie miała mu do powiedzenia.  Mimo, że wiedział, że również ona przeżywała dramat po rozstaniu z Ambroisem, nie potrafił wzbudzić w sobie wiele empatii, czuł jedynie gniew. Dlaczego nie była przy nim, gdy najbardziej tego potrzebował? Jak mogła zignorować jego cierpienie, koncentrując się na własnych problemach, a potem pojawić się, mówiąc o byle czym? Praca? W jego głowie ta myśl wydawała się absurdalna. Jak mógłby wrócić do normalności, kiedy wszystko, co znał, legło w gruzach?

- Nie wróciłem do pracy. - Odpowiedział, w końcu pozwalając, by gniew i smutek wybrzmiały w jego słowach. - Nie potrafię, nie chcę, nie mam siły. Dlaczego przyszłaś? - Spytał nagle, bez ostrzeżenia. - Jeśli to wyrzuty sumienia, to nie musisz ich mieć. Nie jesteś jedyna. - W jego głosie brzmiała gorycz, a nie chęć zrozumienia. Myślał o Ambroise, o tym, jak go zdradził, odwracając się od niego w najciemniejszym momencie jego życia. Owszem, ona była porzucona, ale on był w zupełnie innym miejscu. Cornelius, odurzony eliksirami, wpatrywał się w ścianę, jakby tam mógł znaleźć sens w tym, co go spotkało.

- Cóż, skoro Fabiana nie ma, to chyba nie musisz zostawać tutaj zbyt długo. - Powiedział, a w jego tonie brzmiała nuta rozczarowania. - Wiesz, jak to jest... Nie udawajmy, że wszystko jest w porządku. Jeśli chcesz, możemy się napić. To przynajmniej sprawi, że na chwilę zapomnimy o tym całym bagnie. - Złość w jego głosie była wyczuwalna, tak samo jak cynizm i pogodzenie się z prawdą. - Nie wiem, czy jeszcze się przyjaźnimy, Geraldine, więc bądź szczera. Po prostu nie rozumiem, dlaczego wszyscy mnie porzucają, w tym ty, a potem przychodzą z wyrzutami sumienia, czy innym powodem, zachowując się nienaturalnie. Rozumiem, że chcesz być miła, ale… - Przerwał, zaciągając się powietrzem. - Możemy nie udawać, że wszystko jest w porządku. Bo nie jest, prawda? Tak, nic nie jest w porządku. Nie było cię, to jest fakt, miałaś swoje sprawy, swoje własne dramaty, więc umówmy się, że ja to rozumiem, przyjmuję to do wiadomości. Możemy napić się albo uznać, że spełniłaś powinność, Fabian ucieszy się z rogogona, ja uznam, że tu byłaś, to twój wybór. - Jego głos, drżący i pełen goryczy, przerwał milczenie, gdy spojrzał na Geraldine, a jego jasnoniebieskie oczy, chociaż zamglone, zdawały się przenikać ją na wskroś. W jego głosie brzmiała nuta goryczy, a słowa, które wypowiedział, były jak zimny podmuch wiatru w opustoszałych ruinach zamku, który runął, jakby stali na skraju upadłego królestwa, a nie w londyńskim mieszkaniu.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
31.12.2024, 02:15  ✶  

Czuła silne pulsowanie w swojej głowie. Nie była w najlepszej formie. Najwyraźniej kac zamierzał jej jeszcze bardziej utrudnić ten dzień. Nie spodziewała się, że zaatakuje ją znienacka, nie była na to przygotowana. Odruchowo dotknęła się po kieszeni swojej koszuli, w której niestety nie znalazła swojej piersiówki z alkoholem. To nie był jej szczęśliwy dzień, wręcz przeciwnie - miała wrażenie, że chyba nie była gotowa na to spotkanie.

Zachowała się chujowo, była z niej marna przyjaciółka, usprawiedliwienie, które sobie przygotowała nie było jednak wystarczające, sama przestawała w nie wierzyć. Nie mogła zrozumieć dlaczego w tym momencie, tak bardzo skupiła się na sobie, skoro jej przyjaciel potrzebował jej w tym momencie swojego życia. Powinna pojawić sie tutaj wcześniej - tak, była tego pewna, docierało do niej z każdą minutą to, że jej zachowanie było naprawdę fatalne.

To, że sama znajdowała się aktualnie w rozsypce nie było wytłumaczeniem na to, że nie pojawiła się w drzwiach jego mieszkania wcześniej. Próbowała znaleźć w głowie, jakieś inne argumenty, ale trochę jej to teraz nie wychodziło. Nawet jeśli, Ambroise jakimś cudem by sie tutaj znaleźć, nie powinna się tym przejmować, przecież nie przychodziła tutaj dla niego. To, że nie chciała się z nim spotkać było inną sprawą, wypadałoby po prostu zacisnąć zęby i odwiedzić Corneliusa, spojrzeć mu w oczy, dać mu to, czego potrzebował. Od tego przecież byli przyjaciele. Tyle, że aktualnie trudno jej było stwierdzić, co mogłaby mu dać, nie miała pojęcia, jak sobie radził, znaczy spodziewała się, że było źle, wręcz tragicznie, a ona nie umiała chyba go pocieszyć. Nie zdawała sobie sprawy, jak w ogóle można mu pomóc, po tym, co się wydarzyło.

Czas płynął, mimo dramatów, które działy się w ich życiu się nie zatrzymywał. Dlaczego więc czuła, jakby świat stanął w miejscu? Właściwie to przestał istnieć? Nie do końca wiedziała, nie umiała się w tym wszystkim odnaleźć, chociaż wiedziała, że jej zachowanie było karygodne. Tak, docierało to do niej coraz bardziej, tyle, że właściwie nie mogła nic z tym zrobić, na to było już zbyt późno. Musiała wziąć na siebie odpowiedzialność za to, że nie było jej tutaj, kiedy najbardziej jej potrzebował.

- Sama nie wiem, co mam na myśli. Ludzie chyba radzą sobie w różny sposób, ze stratą, jeszcze nie udało mi się określić, jak ty to robisz. - Wybrała szczerość, bo to wydawało jej się być najbardziej odpowiednią metodą. Z pozoru nie wyglądał źle. Miała jednak świadomość, że medycy mieli swoje sposoby na to, aby doprowadzać się do względnej użyteczności. Nie, żeby zakładała, że Cornelius podążał tą ścieżką, ale w sumie to przecież niczego nie mogła być pewna.

Zdawała sobie sprawę, że sama nie wyglądała najlepiej. Można było od niej bez mniejszego problemu wyczuć zapach alkoholu, który wlewała w siebie przez ostatnie tygodnie, mimo, że teraz stała przed nim względnie trzeźwa, to było tylko chwilowe. Jej sposobem na zapomnienie było upijanie się na umór, Lestrange nie wyglądał na kogoś, kto wpadłby w ciąg alkoholowy.

- Chciałam zobaczyć, jak się miewacie. - To był chyba powód, który ją tutaj sprowadził. Jasne, nie popisała się jakoś szczególnie przez ostatnie tygodnie, jednak to nie tak, że o nich zapomniała. Nie wiedziała jednak w jaki sposób powinna to zrobić. Rozmyslała wiele razy nad tym, czy powinna się tutaj pojawić, czy to był odpowiedni moment, ale chyba brakowało jej odwagi. Nie po tym, co ją spotkało. Nie, kiedy nie było juz tutaj Amandy. To ona była jej bliższa, jasne stworzyli całkiem nieźle prosperującą paczkę przyjaciół, tyle, że wtedy byli we czwórke, teraz? Teraz już nic z tego nie zostało. Pojedyncze jednostki, które musiały odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. To nie było łatwe, nie dla niej, a jeśli ona miała z tym taki problem, to nie umiała sobie wyobrazić tego, co przeżywał Cornelius. Było jej z tego powodu strasznie głupio, czuła się zupełnie bezsilna i nie znosiła tego uczucia.

- Nie przyszłam tutaj tylko do niego. - Wolała to wyjaśnić. To była całkiem niezła wymówka, ale chciała też zobaczyć, jak się miewa Corio. Oczywiście, że zamierzała spełniać swoje obowiązki matki chrzestnej, nie zapominała o swoim chrześniaku, chociaż mogło tak wyglądać, jednak chciała też sprawdzić, jak miewa się jego ojciec. Amanda na pewno by tego chciała.

Zignorowała tę część o tym, że nie wrócił do pracy, nie pojawiła się tutaj, aby go oceniać. Nie dziwiła mu się wcale, na pewno jeszcze nie był na to gotowy. To chyba było normalne, sama aktualnie raczej rzadko opuszczała swoje mieszkanie, a przecież to, co jej się przytrafiło nie mogło się równać temu, co on przeżywał.

- Alkohol może być wskazany. - Zdecydowanie łatwiej jej będzie przetrwać tę rozmowę, która zaczynała być coraz mniej przyjemna. Nie, żeby się tego nie spodziewała. Zasłużyła na te wszystkie słowa, które padały z jego ust. Nie zamierzała nawet negować sensu jego wypowiedzi. Nigdy nie chciała, żeby poczuł się opuszczony, jednak najwyraźniej brakowało jej empatii, nie sądziła, że jej nieobecność będzie taka widoczna. Zresztą myślała, że Ambroise będzie pierwszym, który zjawi się u niego, a ona nie chciała się narzucać, nie wiedziała, czy powinna to robić, zwłaszcza, że przecież oni znali się zdecydowanie dłużej.

Zawiodła go. Czuła to w tych gorzkich słowach, które do niej kierował.

- Próbuję jakoś się w tym odnaleźć, ale nie do końca wiem, gdzie jest moje miejsce. - Cóż, nadal chciała być jego przyjaciółką, jednak nie do końca miała świadomość, czy faktycznie powinna znajdować się blisko. - Nie chciałam, abyś poczuł się porzucony, powinnam była się tu zjawić szybciej, to prawda. - Miał rację i nie zamierzała nawet udawać, że myśli inaczej, nie chciała się przed nim usprawiedliwiać, wypadało ponieść odpowiedzialność za swoje nie do końca przemyślane czyny.

- Zostanę i przepraszam. - Za to, że go rozczarowała, że nie było jej przy nim, kiedy tego najbardziej potrzebował. Nie sądziła, że to wystarczy, ale skoro już znalazła w sobie odwagę, aby go odwiedzić, to nie miała zamiaru teraz stąd wychodzić. W końcu się ruszyła, weszła w głąb mieszkania, nie mogła stać w drzwiach, nie kiedy powiedziała, że zostanie tutaj na trochę.

- Nie spodziewałam się, że wszystko może się tak szybko spierdolić. - To był chyba moment, w którym stwierdziła, że nie ma sensu zakładać maski. Przyjaciele tego nie robili, czyż nie? Od samego początku mogła być szczera, jak to miała w zwyczaju, ale próbowała stąpać po tym kruchym lodem, jak najdelikatniej potrafiła, tyle, że to chyba nie przyniosło żadnych efektów, musiała więc zmienić metodę z jakiej korzystała, najprościej było nie myśleć i po prostu pozostać sobą, bez tych niepotrzebnych ceregieli.

- Nic nie jest w porządku, ale nie chciałabym, żebyś mnie skreślił, nadal mogę pozostać twoją przyjaciółką, już jestem i teraz nie zamierzam uciekać. - Od tej przygnębiającej rzeczywistości, z którą nie umiała sobie poradzić. Skoro wykonała pierwszy krok, zamierzała zrobić ten następny. Nie wiedziała, czy Cornelius to zaakceptuje, właściwie, nie zdziwiłaby się, gdyby faktycznie ją skreślił, bo go zawiodła.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#8
02.01.2025, 13:41  ✶  

Czas płynął, mimo dramatów, które działy się w ich życiu, ale jednocześnie Cornelius czuł, jakby świat wokół niego zamarł. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak się czuł, ani dlaczego każde słowo, które padało z ust Geraldine, sprawiało, że jego frustracja i gniew narastały. Spojrzał na nią, widząc w jej oczach cień zagubienia, który przypominał mu o jego własnej stracie. Po śmierci Amandy nie potrafił odnaleźć sensu w otaczającym go świecie, który zdawał się być jedynie nieprzyjemnym tłem dla jego cierpienia, bo każdy dzień był jak odbicie w zwierciadle, które nie chciało się zmienić. Z każdą chwilą, która mijała, z każdą nieprzespaną nocą, pogrążał się w coraz większej rozpaczy. Czas płynął, ale on czuł, że utknął w martwym punkcie. Był zły, nie tylko na siebie, ale i na tych, którzy pozostali. Osoby, które miały być blisko, teraz wydawały się odległe, jakby ich obecność nie miała znaczenia, skoro i tak były nieobecne. Eliksiry, które brał, dawały mu chwilową ulgę, ale nie leczyły. Miał wrażenie, że ich przyjaźń z Geraldine również uległa rozkładowi, podobnie jak wszystko inne w jego życiu.

-Czasami wydaje mi się, że świat naprawdę stanął w miejscu. - Odpowiedział znużonym głosem, starając się, by ton był kulturalny, mimo narastającej w nim złości. - Nie wiem, jak można „radzić sobie” z czymś takim. - Patrzył na Geraldine, która stała przed nim, a jej obecność sprawiała, że czuł się jeszcze bardziej zgnębiony, tym bardziej, że nie powinien tak tego odbierać, bo kiedyś cieszył się z jej wizyt. -Każdy ma swoje metody. - Odpowiedział, starając się zachować spokój, tym bardziej, że nie chciał wytykać Geraldine tego, że mógł domyślić się jej metod, ale jego głosie zabrzmiało coś, co mogło być złością, nawet, jeśli starał się to ukryć.

Oczywiście, nie miał zamiaru jej oceniać, wiedział, że każdy radzi sobie z tragedią na swój sposób, a dla niej ostatnie dwa nachodzące na siebie wydarzenia musiały być dwukrotnie druzgocące, ale złość nie dawała mu spokoju. Chciał, by wszyscy zniknęli, żeby nie musiał z nikim rozmawiać, a potem nikt nie próbował go zmuszać do stawiania czoła rzeczywistości, która go przytłaczała, a z drugiej strony osamotnienie nie działało na niego dobrze. Teraz, po tragicznej śmierci Amandy, czuł się jak wrak człowieka, a eliksiry, które zażywał, nie były w stanie zlikwidować bólu, który go gnębił.

- Miewamy się… różnie. - Odparł, zerkając na nią z ukosa. - Nie musisz się niepokoić ani mnie analizować, wiem, że chujowo wyglądam, a brzmię jeszcze gorzej. Zważ, że nie każdy jest gotowy na takie spotkania po tak długim czasie, Geraldine, kiedyś byliśmy w czwórkę, prócz tego mieliśmy z Amandą wielu znajomych, dom tętnił życiem, a teraz… - przerwał, nie mogąc dokończyć. W jego sercu tkwił ból, którego nie potrafił znieść odzwierciedlony w tym, że z jego słów biło rozczarowanie, które przygnębiało go bardziej niż myśl o stracie, bo Geraldine nie zasługiwała na to, by być obiektem jego frustracji, ale w jej obecności przypominał sobie wszystkie chwile, kiedy czuł się opuszczony. Rzeczywiście, miała rację. Nic nie było w porządku. Dążył do tego, by być silnym, ale jego siła była jedynie iluzją. Kiedy Geraldine odważyła się zdjąć maskę, poczuł, jak jego własna opada, co niekoniecznie mu odpowiadało.

- Mamy... mam pełen barek, zresztą wiesz, do wyboru do koloru, tylko przejdźmy do salonu. - Stwierdził, bo raczej nie zaoferował, przy czym przemilczał odpowiedź na zapewnienie, że nie chodziło tylko o Fabiana. Geraldine zignorowała jego oschły ton, co było dla niego zaskoczeniem, szczególnie, że równie gładko przyjęła jego złośliwość, a on nie mógł zdecydować, czy powinien być jej wdzięczny, czy raczej jeszcze bardziej zły. Nie chciał być zły, ale gniew na nią, na siebie, na świat wciąż go dręczył. Czuł, że z każdym dniem znikał, a ona była przypomnieniem dawnych, lepszych czasów. Z drugiej strony im dłużej patrzył na Geraldine, próbując dostrzec w niej resztki przeszłości, tym bardziej widział nie światło, a tylko cień. Jej wzrok był smutny, a bardzo lekko wyczuwalny zapach alkoholu, który unosił się wokół niej, przypominał mu o tym, że pewnie ona również nie radzi sobie z rzeczywistością. Nie miała złych intencji, ale dobrymi intencjami nie mogła zmienić przeszłości, on tak samo był bezradny w tym zakresie.

Cornelius westchnął ciężko, czując, jak jej słowa wywołują w nim mieszane uczucia, pragnął, aby wszystko wróciło do normy, ale wiedział, że to niemożliwe. Tym bardziej, że tak samo dobrze wiedział, że nie miała odwagi, by przyznać, że przyszła tu również z powodu własnego bólu po rozstaniu z Ambroisem. Wcześniej, gdy cała paczka była razem, niemalże zawsze trzymali się tu w cztery osoby - on, Amanda, Ambroise i ona. Teraz, w obliczu tragedii, wszystko się rozpadło, a Cornelius, który nigdy nie potrafił zrozumieć, jak można było wciąż żyć w grobowcu pełnym wspomnień, gdy wszystko, co ważne, umarło, nagle sam został w jednym z takich miejsc, ani myślał o wyprowadzce.

- Nie zamierzam cię oceniać, Geraldine, nie bardziej niż to robię, bo to robię, tak samo jak ty to robisz w stosunku do mnie, każdy ma swoje demony. - Myśli o Geraldine, jego wieloletniej przyjaciółce, tak samo jak o innych ludziach, przelatywały przez jego umysł jak strzały, momentami budziły gniew, innym razem smutek. - Tak, powinnaś. - Odparł, starając się nie poddać emocjom. - To, co się stało, zmieniło wszystko, to nie jest tylko kwestia twojej obecności, a jeśli cię to pocieszy, „Belmondo” też mnie zlał, tak samo, jak kilka innych osób. - Skomentował nie bez ironii, którą mogła wyczuć, mimo tego, że nie poświęcił czasu, żeby przemyśleć swoje odniesienie do kogoś, kogo raczej nie znała, ani tym bardziej, żeby je wobec tego wyjaśnić. Szczególnie, jak na czarodzieja czystej krwi, był bardzo dobrze zorientowany w otaczającym go świecie, nawet w mugolskiej części, z uwagi na zawód, który wykonywał, a także ze względu na to, że Cornelius na ogół nikogo nie dyskryminował, wszystkimi gardził tak samo... oczywiście, jeśli na to zasłużyli, albo czasami dla zasady, tu działała wybiórczość opinii, którą szybko wyrabiał, ale nie równie szybko zmieniał. Przez dwa lata po ślubie z Amandą, większość długich urlopów spędzali zagranicą, udało im się zwiedzić sporą część świata, mieli w planach wiele więcej, ale wtedy urodził się Fabian, a potem ich świat został zniszczony, już nie mieli nadrobić zaległości.

- Wątpię, że ktokolwiek łatwo odnajdzie swoje miejsce w nowej rzeczywistości, ale grunt, że wiesz, że nie wszystko jest w porządku i nie możesz myśleć, że twoja obecność to wystarczy, by naprawić to, co się stało. Nie skreślę cię, nigdy bym tego nie zrobił, cenię sobie naszą relację, ale musisz wiedzieć, że nie będę łatwy do zrozumienia. - W jego głosie brzmiała gorycz, ale także nuta szczerości. - Nie oczekuję, że zrozumiesz, co czuję, ale nie mogę pozwolić, byś myślała, że wszystko będzie dobrze, bo tu stoisz, przykro mi. - Spuścił wzrok, czując, jak ciężar jego słów unosi się w powietrzu. - I nie wiem, czy kiedykolwiek ci zapomnę to, że byłaś nieobecna, gdy najbardziej cię potrzebowałem, ale to nie ty mnie najbardziej zawiodłaś, jak już się pewnie domyślasz, poza tym ostatnimi czasy też byłem kiepską pomocą. Chyba jesteśmy kwita? Wybaczam. - Zatrzymał się na chwilę, zbierając myśli. - Ja też przepraszam. - W salonie panowała cisza, a jego spojrzenie wędrowało od okna do jej twarzy. W końcu to była jego przyjaciółka, ale ta myśl wydawała się nieco mętna, gdy wspominał, jak blisko byli, gdy ich życie było jeszcze normalne. Czuł się osaczony przez emocje, które nieustannie go dręczyły. Kiedy znów zapanowała cisza, Cornelius wstał, by przynieść alkohol. Wiedział, że to nie rozwiąże ich problemów, ale może choć na chwilę złagodzi ból, który oboje odczuwali.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
02.01.2025, 22:34  ✶  

Pojawienie się tutaj samo w sobie nie było łatwe, zresztą długo to trwało nim faktycznie podjęła decyzję. Sporo kosztowało ją odwiedzenie przyjaciela. Nie chodziło o niego, o to, że ona obawiała się tego, że nie może być odpowiednim wsparciem. Sama ledwie trzymała się na nogach, do czego właściwie mogłaby mu się tutaj przydać, nie chciała, żeby dostrzegał jej problemy, bo one były niczym przy tym, co przytrafiło się jemu. Tyle, że też nie do końca potrafiła sobie poradzić z tym, co przytrafiło się jej, do tego stracili Amandę to wszystko to było zbyt wiele, jak na te kilka tygodni. Nie, kiedy jeszcze zupełnie niedawno spotykali się wszyscy razem, pełni nadziei na lepsze jutro. Teraz już nic po tym nie zostało, a co najgorsze żyła już tylko trójka z nich. Nie sądziła, że tak szybko ich świat zostanie zburzony, nie spodziewała się tego. Jak widać śmierciożercom było wszystko jedno kogo zabijali, nie przeszkadzało im to, że odebrali życie jednnej z czystokrwistych, która zupełnie nie wpasowywała się w standardowy profil potencjalnych ofiar. Próbowali sobie wmówić, że ten konflikt ich nie dotyczy, a jednak okazało się inaczej. Zastanawiała się czasem, czy mogli się jakoś do tego przygotować, czy to by właściwie coś zmieniło? Cóż, to były tylko niepotrzebne rozmyślenia, bo przecież czasu nie cofną, nie przywrócą Amandy do żywych. Oni stracili przyjaciółkę, Fabian matkę, a Cornelius cóż - poniósł największą startę, przynajmniej w oczach Yaxleyówny, bo przecież była ona jego przyjaciółką, ukochaną i matką jego dziecka, nie mogło być gorzej.

- Też mam takie wrażenie. - Szczególnie, że spędziła ostatnie tygodnie we własnym mieszkaniu, nie wyłaniała się z tej jaskini na zewnątrz, ale widziała przez okno, że słońce znajdowało się coraz wyżej, dni były coraz dłuższe zbliżało się lato. Nie dało się temu zaprzeczyć.

- Jakoś, nie wiem? Wybacz mi, ale nikt z nas nie został przygotowany do czegoś takiego. - Nie miała pojęcia w jaki sposób może mu przynieść chociaż chwilowe ukojenie, nie spodziewała się, że istnieje jakakolwiek metoda. Mogła po prostu chwilę tutaj z nim posiedzieć, widziała, że rozmowa, którą próbuje z nim przeprowadzić wzbudza w nim raczej niezbyt przyjemne reakcje, nie dziwiło jej to jakoś specjalnie, ale nie zamierzała się poddawać, jeszcze nie. Nie tak łatwo było ją wykurzyć ze swojego otoczenia, kiedy już się pojawiła.

- Nie analizuje Cię, po prostu próbuje zrozumieć, jak to wygląda. - Założyła sobie ręce na piersiach, cóż, skoro chciał rozmawiać z nią w ten sposób to zamierzała odpłacać się mu tym samym, jasne znajdował się w chujowej sytuacji, to wcale nie oznaczało, że będzie stała jak kołek i pozwalała mu wjeżdzać w siebie bez żadnej reakcji. Zdawała sobie sprawę, że go zawiodła, już go za to przeprosiła, ale teraz była gotowa okazać mu swoje wsparcie - było może trochę późno, ale dorosła w końcu do tej decyzji.

- Teraz nie ma już niczego. - Dokończyła jego myśl. Jej też to dotyczyło, może nie w takim samym stopniu jak jego, ale czuła to samo. Miała wrażenie, że wszystko, co znała przestało istnieć. Obudziła się pewnego dnia i została całkiem sama, poczuła sie porzucona przez co zaczęła się zatracać, żeby nie czuć tego bólu, który ją wypełniał. To pomagało - na chwilę, przez co ciągle wracała do punktu wyjścia. Budziła się z coraz większym kacem i raną która nie chciała się zagoić. Wiedziała, że ten stan nie mógł się ciągnąć w nieskończoność, ale niekoniecznie potrafiła z niego wyjść, tkwiła w tym dziwnym zawieszeniu. To był pierwszy raz, gdy zdecydowała się wyjść z domu na dłużej niż kilka minut do sklepu, by uzupełnić zapasy alkoholu.

W końcu zaczęła być z nim szczera, zresztą, czy powinna kryć swoje emocje przed przyjacielem, chyba nie, nie chciała mu dokładać kolejnych ciosów, ale to chyba byłoby nie w porządku. Nie powinni mieć przed sobą żadnych tajemnic, może razem jakoś uda im się chociaż przez chwilę zająć czymś myśli, może łatwiej było przeboleć stratę w towarzystwie? Nie miała pojęcia, jej doświadczenie w tej dziedzinie nie istniało.

- Jasne, salon. - Dotarło to do niej, więc ruszyła się z miejsca. Cóż, znała ich mieszkanie niemalże jak to własne. Było pełne wspomnień. Spędzali tutaj sporo czasu we czwórkę, więc bardzo dobrze wiedziała w którym kierunku powinna zmierzać, nigdy wcześniej jednak nie czuła się tutaj jak intruz.

Zajęła miejsce na sofie, czekała, aż Cornelius sam sięgnie po alkohol, to nie był odpowiedni moment na to, aby grzebała im, mu w barku. Kiedyś pewnie by się nie zastanawiała, ale ta sytuacja była zdecydowanie inna od tych do których przywykła. Pamiętała, jak wiele razy spędzały z Amandą całe noce na rozmowach o głupotach racząc się najróżniejszymi trunkami, to już niestety nie wróci.

- Nie sądziłam, że tak skończymy. - Może ten komentarz był zbędny, ale nie mogła się przed nim powstrzymać. Nie spodziewała się zupełnie, że ich życia będą tak wyglądały, jeszcze niedawno wszystko wydawało się zmierzać w odpowiednim kierunku. Kurwa mać, sama zaszyła się z Roisem w domku nad morzem, o którym nikomu nie wspominali, aby jakoś odnaleźć się w tym świecie, ich życie wydawało się być sielanką, aż obudziła się tego dwudziestego dziewiątego kwietnia i znalazła ten list, w którym stwierdził, że od niej odchodzi. Nie miał nawet tyle odwagi, aby powiedzieć jej to w twarz, to było chujowe, wszystko co działo się wokól nich aktualnie było chujowe.

- Belmondo? - Spojrzała na niego pytająco, nie do końca rozumiała to porównanie, ale domyśliła się, że chodzi mu o jej byłego chłopaka. Nie wiedzieć czemu po prostu poczuła, że dokładnie Roisa ma na myśli. Cóż, to była chyba jedyna osoba, której mogła się tutaj spodziewać, zresztą przez to nie pojawiła się szybciej w ich mieszkaniu, bo nie chciała na niego patrzeć. Wydawało jej się to oczywiste, że pojawi się tutaj przed nią. Jak widać do reszty mu odjebało, skoro tego nie zrobił. Frajer.

- Pojebało go do reszty. - Mruknęła jeszcze cicho pod nosem, nie chciała wyciągać tego przed przyjacielem, ale to był główny powód przez który tak długo zwlekała z wizytą, teraz zrobiło jej się jeszcze bardziej głupio, bo najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie założyła, że postanowi towarzyszyć swojemu przyjacielowi w tym trudnym dla niego czasie. Nie spodziewała się po nim cudów, nie po tym, co jej zrobił, ale to wydawało jej się naprawdę popieprzone.

- Tak naprawdę nie sądzę, że da się naprawić cokolwiek, pozostaje chyba po prostu jakoś żyć. - No bo niby jakim cudem mieli naprawić to wszystko? Nie dało się tego zrobić. - Nie spodziewam się cudów Corio, ale chciałam, żebyś po prostu wiedział, że już jestem. - Tak, bo przez trochę jej nie było, ale nie zamierzała go już więcej zostawiać, szczególnie, że wyszło na to, że Roise go olał, ten to dopiero miał tupet.

- To marne pocieszenie. - Nie zawiodła go najbardziej, ale jednak na pewno nigdy jej tego nie zapomni, cóż, musiała jakoś z tym żyć. Na pewno w najbliższym czasie się poprawi, co do tego nie miała wątpliwości, choć nie wiedziała, czy to cokolwiek zmieni. - Powiedzmy, że jesteśmy kwita, nie masz mnie za co przepraszać. - Nie czuła się w tej sytuacji w żaden sposób pokrzywdzona, miała świadomość, że miał swoje problemy, które były większe od tych jej, to nie podlegało dyskusji.

Obserwowała go przez chwilę, gdy wstał i ruszył w kierunku barku. Salon wydawał się jej teraz strasznie pusty, gdy znajdowali się tutaj we dwójkę, chyba powinna do tego przywyknąć.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#10
03.01.2025, 16:21  ✶  

Corio stał w korytarzu, czując, jak jego myśli krążą w nieskończoność, w jednej, zawiłej pętli. Wzrok miał utkwiony w oknie, widzianym przez szparę w drzwiach do kuchni, przez które wpadały promienie słońca, które w ostatnich tygodniach wydawały się zbyt jasne, bardzo radosne w porównaniu do jego wewnętrznego mroku. Dni stawały się coraz dłuższe, Słońce, które wznosiło się coraz wyżej, wydawało się drwić z ich sytuacji, jakby przypominało im, że życie toczyło się dalej, mimo ich osobistych tragedii. Czuł, że życie trwało, świat pędził do przodu, a on utknął w martwym punkcie, gdzie czas i wspomnienia stawały się coraz bardziej przytłaczające. Geraldine, jego dawna przyjaciółka, do której nie wiedział, jak powinien się odnosić i czy nadal byli przyjaciółmi, stała obok w zasięgu ręki, a on nie wiedział, jak miałby się do niej zwrócić. Próbował zrozumieć, o czym mogła myśleć, ale nie potrafił. Każda chwila spędzona w jej towarzystwie przypominała mu o tym, co stracił, i o tym, jak bardzo się zmienili. Dawniej ich rozmowy były pełne swobody, teraz czuł, jak każde zdanie stawało się trudne i zawiłe.

Z trudnością stłumił frustrację, która narastała w nim z każdą chwilą. Poczuł złość. Nie tylko na nią, ale na cały świat. Na to, że tak łatwo przychodziło oddalać się od ludzi, którzy kiedyś byli bliscy. Pamiętał, jak spędzali razem chwile, śmiejąc się i dzieląc marzenia, a teraz zostali tylko cieniami swoich dawnych ja. „Nie jesteśmy przygotowani na coś takiego”, stwierdziła. Miał ochotę odpowiedzieć, że nikt nie jest i nie będzie, nigdy, ale nie chciał być złośliwy, nawet wbrew temu, że już parokrotnie taki był. Zamiast tego milczał, zastanawiając się, jak przekazać swoje uczucia.

„Nie analizuję cię.”
Ta, jasne.

Cornelius w duchu parsknął, nie rozumiejąc, dlaczego tak bardzo się starała, by go zrozumieć. Nie chciał być analizowany ani nie planował być łatwy do zrozumienia, bo nie był książką, którą można było czytać, gdy się tego chciało. Znali się na tyle dobrze, że mogła domyślać się tego, co nim targało, tak jak on domyślał się, że ona spędziła ostatnie tygodnie w swoim mieszkaniu, zamknięta w swojej jaskini, podczas gdy on zmagał się z rzeczywistością na własną rękę. Oboje nie korzystali z dobrodziejstw świata na zewnątrz. Dni stawały się coraz dłuższe, a lato zbliżało się wielkimi krokami, ale dla niego te zmiany były zupełnie obojętne. Czuł, jakby czas zatrzymał się w miejscu, utknął w martwym punkcie, z którego nie potrafił znaleźć drogi wyjścia, u Yaxley pewnie było podobnie, choć przeżywała inną tragedię. Straciła przyjaciółkę i chłopaka, dwoje z trojga, może także jego, mimo, że nie chciał zaprzepaszczać ich relacji. W konflikcie między Geraldine a Ambroisem nie miał zamiaru obierać stron, tym bardziej, że to ona do niego przyszła, jego „najlepszy przyjaciel” go dalej zlewał. Obecność kobiety otworzyła rany, które zdążyły już nieco się zagoić, ale nadal krwawiły. Chciał się od niej odwrócić, ale w głębi serca wiedział, że ona była jego jedynym łącznikiem z przeszłością, z czasami, które wydawały się teraz tak dalekie i nierealne. Przynajmniej próbowała, to miało więcej wartości niż cokolwiek, co zrobił, a raczej, czego nie zrobił Greengrass.

- W tej sytuacji trudno cokolwiek zrozumieć, bo jak mówisz, nikt nas na to nie przygotował. - Odpowiedział, choć jego głos brzmiał bardziej jak oskarżenie. Dokończyła jego myśl, mimo, że nie musiała tego robić, bo oboje wiedzieli, co miał na myśli. To była prawda, która bolała go najbardziej. Nie był w stanie zaakceptować, że ich życie, które kiedyś wydawało się pełne obietnic, zostało zniszczone, czuł się jak w pułapce, a każdy dzień był walką o przetrwanie. Chciał, żeby wszystko wróciło do normy, ale wiedział, że to niemożliwe. W głębi duszy i ona, i on borykali się z własnymi demonami, a ich spotkanie było próbą odnalezienia się w nowej, przerażającej rzeczywistości. Pragnął, by znów mogli być tymi osobami, które spędzały czas we czwórkę, śmiejąc się i dzieląc radościami, ale rzeczywistość była inna. Byli we dwoje. Amanda nie żyła, a Ambroise... chuj go wiedział. Mógł wypierdolić gdziekolwiek, nawet do Ghany, bo tam rósł pieprz, a jeśli chodziło o informacje, które Lestrange miał na jego temat i o stan poczytalności przyjaciela, gdy widzieli się po raz ostatni kilka tygodni temu.

- Ja też nie. - Przytaknął, miał na myśli całą sytuację, ich wszystkich i te wszystkie dramaty na raz i każdy z osobna. Zdecydowanie nie mieli tak skończyć.

Kiedy Geraldine zajęła miejsce na sofie, Cornelius ruszył się, aby sięgnąć po alkohol z barku. Ruszył w tamtym kierunku, zastanawiając się, co mogłoby złagodzić ich ból. Wiedział, że alkohol nie rozwiąże ich problemów, ale może na chwilę odciągnie ich myśli od rzeczywistości, a rzeczywistość była trudna. Wciągnął powietrze, czując zapach drewna i perfum, które wydawały się intensywniejsze niż kiedykolwiek. Kiedy wstał, by sięgnąć po alkohol, poczuł pustkę panującą w pomieszczeniu pełnym mebli, które nie zmieniły ułożenia od tamtego popołudnia, ale brak jakiegoś istotnego elementu był dla niego jak namacalny. Nie tak dawno temu to miejsce tętniło życiem, a teraz stało się pustą przestrzenią, w której wspomnienia przygniatały go jak ciężki kamień. Przypomniał sobie, jak często spotykali się tutaj, dyskutując o sprawach, które wydawały się ważne, ale w obliczu obecnej sytuacji wydawały się błahe. Rozlał dwie szklanki grzesznie drogiej whisky, która przez kilka lat czekała na dobrą okazję, ale skoro ta nie nadeszła, nie w pozytywnym sensie wartym, żeby ją świętowali, to ta okoliczność wydawała się mężczyźnie co najmniej odpowiednia, żeby ją odkorkować. A najlepiej to opróżnić całą butelkę, do ostatniej kropli. Nie powstrzymywał się podczas lania, mimo, że bursztynowa ciecz powinna liznąć dno szklanki, zajęła trzy czwarte pojemności, a resztę wypełniły schłodzone kamienie. Postawił kryształ przed Geraldine, po czym przysunął go do niej po wypielęgnowanym drewnianym blacie ławy, na którym żona nie pozwalała mu nic stawiać bez podkładek, co już nie miało znaczenia. Swój alkohol trzymał w ręku.

- Za jakieś jutro. - Zatoastował bez rozbawienia, nie wiedział, co przyniesie przyszłość, ale był pewien, że nie będzie to nic dobrego, a mimo to uniósł szklankę, nie uśmiechnął się, ale nie skrzywił twarzy. Nie zamierzał już dłużej oceniać Geraldine ani jej skreślać, ale czuł, że ich przyjaźń była teraz jedynie cieniem tego, czym była kiedyś, tylko w ich rękach spoczywał ciężar odbudowy namiastki tego, zaczęcia od nowa bez dwóch filarów dawnej relacji. Sięgnął po alkohol, czując, że to jedyny sposób, by złagodzić ból, który ich oboje dręczył.

- Belmondo to francuski aktorzyna. - Wrócił do przerwanego tematu, bardzo kpiącym tonem głosu, mimo tego, że nie komentował reakcji Geraldine na pojebanie jej byłego. - Czaruś, bożyszcze nastolatek i kur domowych, łachudra i, wybacz mi, ale babiarz, a przynajmniej pozer pozujący na babiarza. Nie zrozum mnie źle, kocham tego typa jak rodzinnego brata, dlatego  nie zamierzam wchodzić pomiędzy was. To nie jest moja sprawa, szczególnie, że wiem, że to dla ciebie trudne, więc to ostatni raz, gdy o tym wspominam. - Uprzedził, dolał alkoholu, bez słowa opróżnił szklaneczkę. - Wydawało nam się, że się ogarnął, tym bardziej mi przykro. - Nie powiedział, że jej współczuje, tylko dolał jej alkoholu. - Zatem jesteśmy kwita. Obecność wystarczy. Wiedz, że ja też nigdzie się nie wybieram ani nie biorę stron, ale nie gadajmy o naszych dramatach. To niezdrowe. - Zapewnił, bo starał się nie być egoistą w swojej tragedii, gdy dookoła niego działy się sprawy, które miały wpływ na nielicznych ludzi, na których mu zależało.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cornelius Lestrange (9967), Geraldine Greengrass-Yaxley (7584)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa