• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 11 Dalej »
[24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn

[24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
11.01.2025, 16:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2025, 16:46 przez Laurent Prewett.)  

Miał to do siebie, że czuł potrzebę doświadczania wszystkiego. Nie musiał z tego wynosić dobrych wspomnień, ale przynajmniej wtedy miał pewność - to mu nie odpowiadało. Po to więcej nie chciał sięgać. A przecież przez lata zmieniał się pryzmat, więc zmieniał się też na te doświadczenia pogląd. Wniosek? Czasem warto coś powtórzyć, kiedy przestajesz być pewien, że coś jest nieodpowiednie.

Flynn nie lubił być w centrum uwagi. Nie lubił tłumów. Paradoks - bo występował. I po występach był chory. Każdym występie? Nie wiedział. Czemu siebie samego więc krzywdził w tym cyrku - tego też nie wiedział. Teraz nagle największym problemem świata stał się wybór restauracji. Z jednej strony naprawdę chciał go zabrać do jednego ze swoich ulubionych miejsc, z drugiej nie chciał go narażać właśnie na to - dziwne spojrzenia, które mogłyby się napatoczyć gdzieś po drodze. Z drugiej strony - jeśli go tam nie zabierze to nigdy się nie dowie, czy aż tak bardzo to czarnowłosemu przeszkadzało. W końcu to nie było miejsce, gdzie każdy każdemu na głowie siedział... albo tylko szukał jakichś wymówek do tego, że tak bardzo miał ochotę na te owoce morza, a tylko tam mieli je naprawdę dobre? Przynajmniej jeśli chodzi o Londyn. Przynajmniej jeśli chodzi o świat czarodziejów, jaki znał. Nie podobało mu się to, jakim tonem wypowiedział to jedno zdanie i nie dlatego, że uderzało w niego. Brzmiało tak... ujmująco. Znam swoje miejsce. Jakby naprawdę był jakimś... psem, którego zostawiasz na zewnątrz przywiązanego smyczą, kiedy wchodzisz do drogiego przybytku. To zdanie było w zasadzie przeważające - bo bez niego naprawdę zabrałby go po prostu na rybę. Do restauracji, gdzie kiedyś był z Olivią.

Skoro miał podjąć decyzję to ją podjął.

- To dlatego nie masz za dużo ubrań? - Nie kupowali mu ich? Czy o co w ogóle chodziło. Rozumiał, na czym polega utrzymywanie kogoś - w końcu sam był utrzymywany przez swoją rodzinę. I walczył, żeby tak nie było, bo doprowadzało go to do szaleństwa. Zaczynając od jego miłości do błyskotek, a na upartości i udowodnianiu, że da radę kończąc. Uzależnienie od Prewettów było jego koszmarem. Jednym z wielu - bo miał kilka rzeczy, których się przerażająco bał. - Czy to jest moment, w którym mam zatrzymać swoją ciekawość twojej osoby dla siebie, bo zaraz się będziesz denerwował? - O to też zapytał, bo miał wrażenie, że nadepnął mu już na odcisk. Z jednej strony miał ciągle w głowie, że Flynn lubił, jak się za niego podejmowało decyzję, a z drugiej - wcale nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że nie chciał być koniecznie w nich pomijany. Ale może to była jedna z tych rzeczy, które sobie dopisywał.

Trzymanie się za dłonie to jedno. Elektryzowało już wrażeniem oddzielenia od otaczającej ich rzeczywistości. Ale wędrówka Horyzontalną będąc obejmowanym przez kogoś..? Laurent był właśnie pianką, marshmallowem, którego ktoś wystawił na działanie ciepła. Zawiesił nad płomieniami, żeby się na nich ogrzewał i stał rozpływająco miękki w środku. Pod tą opaloną skorupką. A skorupką były teraz nieco mrużone, przymykane oczy, uśmiech na wargach.

Restauracja Zorza wyglądała już okazale z samego progu. Piękna, zdobiona kamienica przywitała ich dwuskrzydłowymi drzwiami, które Laurent otworzył zresztą przed Flynnem. Biel pomieszania z zielenią i licznymi zdobieniami witała jako pierwsze. Rozchodziła się na kolejne piętra, ciesząc oko pięknymi obrazami i włoskim, śródziemnomorskim drygiem wystroju. Oczy cieszyła fontanna w głębi głównej sali, którą stąd było widać. Wcale daleko nie zaszli - bo od razu po wejściu zostali przywitani przez hosta. Mężczyzna w eleganckim, zdobionym garniturze w barwie butelkowej zieleni, wyprostowany dumnie. Ewidentnie miał dobrze pasować do tła swoim ubiorem i się z niego nie wyróżniać jednocześnie. Pierwsze zmarszczki już zdobiły jego twarz o zaczesanych w tył włosach potraktowanych ulizanną.

- Dzień dobry i witam w restauracji Zorza. - Lekko się pokłonił przed gośćmi. Zachowywał pełen profesjonalizm, ale mimo to nie potrafił ukryć spojrzenia na Flynnie na dłuższy moment. Jakby zwątpił. Te parę sekund zwątpienia. - Czy panicz życzy sobie ten stolik, co zwykle..?

- Nie, nie. Prosiłbym stolik w Sali Nocnej. - Odparł Laurent z uśmiechem.

- Oczywiście. Zapraszam. - Mężczyzna nawet nie mrugnął. Skłonił się znów i gestem zaprosił do podążenia za sobą - ruszył jednak przodem.

Pełna róż i świetlików Nocna Sala miała zaklęty sufit - imitował on nocne niebo z zorzą polarną. Pozbawione okien ściany, również zaklęte jak sufit, sprawiały wrażenie, że przestrzeń tutaj się nie kończy. Całość oświetlona była lampionami. Mimo to wcale nie brakowało tu prywatności. Mimo, że weszli na salę to dopiero przechodząc między stolikami widać było pojedynczych gości, a i tak tylko ich mignięcie. Każdy stolik, z wygodnymi kanapami, otoczony był magicznymi ściankami, które zapewniały prywatność. Laurent zerkał na Flynna - nie puścił jego dłoni.

- Państwa stolik. Zapraszam. - Mężczyzna zatrzymał się z boku, wskazując im wejście do loży, nim sam się do niej wsunął i położył dwa menu przed nimi. - Czy życzą sobie Państwo coś do picia? - Zapytał brunet.

- Dla mnie lampkę wina. Białego. Tego co zwykle.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#12
11.01.2025, 18:35  ✶  
Temat faktycznie został zmieniony. Zero kłótni, sprzeczki, starcia. Może niekoniecznie na taki budujący w nim poczucie komfortu, ale to przynajmniej nie zmuszało go do myślenia o sobie jak o kimś gorszym i bezwartościowym również w oczach ludzi, na których najbardziej mu zależało. Może nie budował wokół siebie wrażenia kogoś, kto bardzo przez to cierpiał - co najwyżej denerwował się kiedy musiał o tym mówić, ale w rzeczywistości takie zdarzenia i nawet nieświadome przytyki wchodziły mu w duszę jakby ktoś wciskał mu drzazgi pod paznokcie. Ciężko było później zasnąć przy kimś, kto się ciebie wstydził, o ile nie zerżnął cię wcześniej tak, żeby to straciło na jakimkolwiek znaczeniu.

Zmierzył go nieco nieobecnym spojrzeniem, dochodząc do siebie po strzepaniu z siebie perspektywy bycia natrętem i wciskania się gdzieś, gdzie nie był mile widziany. Jak czarni pchający się na przód jebanego tramwaju, chociaż żaden inny Amerykanin ich tam nie chciał. To w jaki sposób się ubierał, mówił, funkcjonował, zdobywał... Było rzecz jasna wyrazem buntu przeciwko społeczeństwu, ale ten bunt nie wziął się znikąd. To świat pierwszy zgniótł go, przeżuł, wypluł - udowodnił mu jaką pozycję zajmowały dzieciaki z jego biografią. Jeżeli chciał mieć cokolwiek więcej musiał to sobie wyszarpać. Nikt nie dawał drogich podręczników dziwakom z cyrku, a pieniądze się Bellów zdecydowanie nie trzymały.

- Już się zde-enerwowałem - zauważył, nie odrywając wzroku od tłumu przed nimi. I faktycznie ton jego głosu, mimika, sposób w jaki szedł do przodu - wskazywały na przynajmniej minimalną irytację przepływającą mu teraz przez łeb. Ale było w tym więcej niż gniew - była w tym też miękkość. Nie dało się nie łagodnieć, kiedy Laurent rozpływał się od twojego dotyku. Ta sprzeczność znów doprowadziła go do tego, że nie czuł się zbyt dobrze i miał dla blondyna niemą, ważną wiadomość, której w dodatku musiał się domyślić, bo nikt nie podał mu jej na tacy, a zamiast tego zakodował je w szeregu dziwacznych zachowań. Wiadomość będąca zapisem prawdy o tym, jak działał świat - że nie każda rozmowa musiała być miła, że Crow reagował z emocjami pod sufitem na niemal wszystko co się do niego mówiło, a on musiał się nad tym zastanowić chwilę dłużej. Bo był zwyczajnie wredny, zgorzkniały i zamknięty w sobie. Bo nie panował nad tym co kotłowało się wewnątrz. I jednocześnie to wszystko nie było końcem świata. Było bardzo łatwo doprowadzić go do stanu, w którym miał ochotę w coś uderzyć, albo ordynarnie pluł na chodnik, ale równie łatwo można było go ostudzić lub przekierować tę energię na coś przyjemniejszego niż zdzieranie tapety ze ściany. Można było grać na nim jak na fortepianie, ale nie każdy miał do tego talent. - Nie mam no-owych ubrań jak o nie nie proszę. - Bo nikt w cyrku nie wiedział, że przez piętnaście ostatnich lat ktoś prowadził go w takie miejsca za rękę. Nikt też nie miał odwagi szukać go kiedy znikał na całe dni. Nikt nie miał odwagi zadawać mu pytań. Nikt też jej pewnie nie nabierze po tym, jak usłyszenie odpowiedzi zrujnowało psychicznie Alexandra. - I tak lubię chodzić w tym. - Chyba celowo przeciągnął mówienie tego, żeby rozmowę przerwało im stanięcie przed szyldem, który sam ominąłby bez cienia zainteresowania.

Dopiero będąc w środku, chowając ręce w kieszeniach kiedy tylko Laurent nie chciał ich dotykać i gotując się pod oceniającym spojrzeniem dotarło do niego, że się pomylił. Niby miał rację - nie chodził do takich miejsc, ale miał jakieś głębsze wyobrażenie, zwyczajnie... To było wyobrażenie od dupy strony. Nie obchodziły go nigdy wystrój ani karta dań. Obchodziła go ona - chodząca na jakieś spotkania, podczas których on schowany mniej lub bardziej obserwował ją uważnie gotowy do zatrzymania jakiegokolwiek cienia agresji wymierzonego w jej kierunku. Mało przyjemne wspomnienia. Nie wracał dobrze do chwil, kiedy musiał oceniać czy ręka sunąca w jej kierunku stanowiła zagrożenie, czy zmierzała do jej wyeksponowanego uda. Czy sobie tego życzyła, czy nie. Nic dziwnego, że w pierwszym rzucie nie skojarzył tego z jedzeniem w takim miejscu obiadu. Dopiero atmosfera i zapach przywróciły go w objęcia przeszłości.

Uśmiechnął się do tego mężczyzny krzywo. Ta krzywizna już z jego ust nie schodziła. Oto był Crow, którego Laurent mógł pamiętać ze Ścieżek. Wiecznie wkurwiony, lekko przygarbiony, mówiący głosem, jakby chciał wrzucić ci na łeb śmietnik i kopnąć go z całej siły za każde zdanie, którego nie powinieneś mówić. Pojawiał się, robił swoje i znikał. Budujący wrażenie, że jeżeli nie byliście równi (a przecież na pewno uważał, że znajduje się wyżej w hierarchii niż ty!), nie miałeś po co zaczynać z tym czymś rozmowy.

Mijało kilka lat i okazywało się, że była to maska zasłaniająca stres.

Okropny zbir będący cieniem pani Podziemi, musiał zabierać się w sobie żeby coś powiedzieć. Przeglądał tę kartę jakby bardzo nie chciał tutaj być, jakby ten facet go niemożliwie irytował, jakby miał zaraz wstać stąd i wyjść denerwując innych gości. Pudło. Naprawdę nie wiedział co miałby wybrać w takim miejscu. W dodatku rozproszyło go to, że Laurent poprosił o alkohol. Nie mógł o to teraz zapytać, a zaraz wypadnie mu to z głowy. Więc siedział tak, rozwalony na tej kanapie nieco nieelegancko, cudem powstrzymawszy się od ściągnięcia buta, żeby położyć na niej nogę i testował cierpliwość... kelnera? Bo była taka część pomiędzy daniami i napojami. Bardzo ważna część, której mi tutaj brakowało. Menu dla dzieci. To zawsze pełne najbardziej zjadliwych rzeczy i słodyczy. Gdzie ono było? Nie było go wcale? No to zaczął wybierać coś innego, a jeżeli jakimś cudem nie rozpoznał żadnej nazwy i nie skojarzył jej z gorzkim smakiem, po kilku minutach walki poprosił o wodę gazowaną. Jak gdyby nigdy nic się tutaj nie wydarzyło.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
11.01.2025, 19:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2025, 19:35 przez Laurent Prewett.)  

Wizja przeszłości Flynna była straszna. Wyobrażenie, że ludzie mogli tak normalnie funkcjonować tym bardziej. Od wypłaty do wypłaty, żyjąc na marnych groszach. A przecież byli też ci, którym w ogóle nie szła praca. Świat obcy, dziwny, dziki - nawet pomimo tego, że miał te pojedyncze wspomnienia najmłodszego czasu dzieciństwa, kiedy burczało w brzuchu, a Zofia ze zmęczenia przysypiała na stole. Obrazy bardzo odległe. Powód nie dawania Flynnowi pieniędzy był dokładnie taki sam, o jakim mówiła Victoria - czy był pewien, że kiedy mu je powierzy to ich nie przećpa? Nie przepije? Nie mieli do niego zaufania w cyrku. To zaufanie... nie potrafił powiedzieć, że miał do czarnowłosego go bardzo wiele. Ale nie potrafiłby nie dać mu szansy. Nie wybaczyć. Przecież Laurent i tak funkcjonował w większości na zasadzie udowodnisz mi, że kolejny raz pożałuję swojej dobroci. Automat samodestrukcji został w jego głowie odpalony na przestrzeni ostatnich tygodni i zatrzymanie go było bardzo trudne. Flynnowi chwilowo szło jednak... zadziwiająco dobrze.

Spodziewał się bardzo bogatego przestrzału min i wcale się nie pomylił. Zdenerwowany wcześniejszą rozmową, próbujący się skupić na ubraniach - teraz wyrwany z butów i wsadzony do nowego świata. Albo i nie? Może ktoś już go zabierał w takie miejsca, może nawet w to konkretne. I wcale nie było dla niego nowe ani odkrywcze. Trzeba było tak od razu - z nazwą restauracji, a nie to wszystko... ach, ach. Jak zwykle - mogłeś to rozegrać lepiej, Laurent. Mogło być znacznie lepiej.

Ucieczka nie byłaby zbrodnią ni rzeczą zabronioną - na to też się przygotowywał. Flynn będzie chciał stąd wyjść nie czując się ani trochę komfortowo. Naprawdę to rozumiał. Uważał, że sam posiadał niezgorszą zdolność do dopasowywania się do otoczenia, ale miał aż nadto sytuacji i miejsc, gdzie pojęcie komfortu rozpływało się do formy marzeń. Jasne, że chciał, żeby mu się tu spodobało. Pytanie, czy jednak nie będzie żałował tego, że nie postawił na restaurację próg niżej. Miał szczerą nadzieję, że nie. Że ten wysoki próg wejścia, jaki zaliczyli, trochę opadnie i czarnowłosy poczuje się jakkolwiek swobodniej. I... nie będzie wyglądał jak ten człowiek, którego się bał, przez resztę tego obiadu. Który też nie będzie zbyt udany, jeśli tak będzie, bo Laurentowi bardzo niewiele było potrzeba, żeby z głodu i apetytu przejść na całkowitą niechęć do jedzenia, gdzie musiał je w siebie wmuszać tylko z rozsądku.

- Może sok jabłkowy. - Zaproponował, widząc spojrzenie Flynna i jego niepewność. - Macie już świeżo robiony sok, prawda? - Przysunął się do Flynna i sięgnął dłonią do jego menu. Nie zabrał mu. Położył dłoń na kartkach i na jego dłoni - tej, która je tak wertowała. Uspakajająco. Po czym obrócił kilka z nich i przesunął je na jedno konkretne miejsce - gdzie były napoje. Mała lista - kawa, herbata, sok, woda. Po drugiej stronie już był alkohol.

- Oczywiście, paniczu Prewett. - Zapewnił brunet, który bardzo się starał nie patrzeć na swojego dziwnego gościa, który w jego świecie był skłonny do powyrywania tych stron ślicznego menu. Poczekał jeszcze moment, czy Flynn na to przystanie, czy jednak padnie na wodę gazowaną, albo na coś jeszcze innego. - Kelner zaraz przyniesie zamówienie. - I mężczyzna oddalił się, zostawiając ich. Czekając dokładnie tyle, ile Flynn potrzebował. Laurent nie chciał na niego zerkać, żeby się upewnić, czy nie traci cierpliwości. To napięcie chyba można było kroić nożem.

- Flynn. - Laurent przesunął dłoń po jego kolanie. - Jeżeli będziesz chciał stąd wyjść to mi powiedz. - Ostatnie, czego chciał, to trzymanie go tutaj na siłę. Z drugiej strony miał w głowie wrażenie, że chociażby miał się tutaj zadusić to będzie tutaj siedzieć, żeby tylko go zadowolić. Miał nadzieję, że to tylko wrażenie. Płynność podejmowania rozmów i rzeczy trudnych polegała dla niego na balansie wyczucia, kiedy ta trudna rozmowa stawała się nie do zniesienia i kiedy naprawdę lepiej było przestać - bo przeniesienie jej w inny czas wcale wiele nie kosztowało. Pochylił się do niego, żeby oprzeć głowę na jego ramieniu, wtulić się prawie nosem w jego szyję. - Nie pamiętam, czy ci to mówiłem, ale nieustannie kojarzysz mi się z gwiazdami. - Przekręcił głowę, by spojrzeć na ten zaklęty sufit. - W moim sercu Syriusz wydaje się przy tobie blady. - Wskazał palcem na najjaśniejszą z gwiazd zawieszoną na tym pięknym niebie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#14
11.01.2025, 22:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.01.2025, 22:20 przez The Edge.)  
Pozwolił przewrócić kartkę w trzymanym przez siebie menu, nie robiąc mu już przy tym większego obciachu i skinął głową do kelnera na znak, że może sobie iść.

Niezręczność wcale nie opadła. Wciąż miał na sobie maskę, za którą chował się zawsze, kiedy przestawał być sam. Kiedy znów dostrzegał, że nie znajduje się już w bezpiecznych czterech ścianach z człowiekiem, którego kocha. Kiedy nie mógł ukryć się w tłumie. Pewnie nawet Laurent, skopany i zastraszony ledwie dwa miesiące temu, zdziwiłby się jak okrutny i głośny teatrzyk potrafił rozegrać żeby utrzymać opinię człowieka, do którego nie powinno się zbliżać. Wcale się pod tym względem nie zmienił i niekoczniecznie zamierzał cokolwiek z tym robić - sam fakt otwierania się na drugiego człowieka zajmował całą jego uwagę i chęć do dostrajania swojego zachowania - gdzie w tym miejsce na innych? Nigdzie. Na innych nie było przestrzeni. Gdzieś ich miał. Nikt inny poza tymi, co ich sobie wybrał i wpuścił do siebie, nie dowie się nigdy, że jego brzuszek też był mięciutki i miły jako poduszka. Obcy ludzie byli obdarowywani jedną z arsenału zniechęconych, paskudnych min.

- Nie musisz... obchodzić się ze mną jak z porcelaną, Laurent. - Zresztą już nie pierwszy raz działało to na niego jak płachta na byka. Reagowanie na niego jakby był wkurwiony jeszcze zanim się wkurwił. Próba ostudzenia tego, co w nim narastało stawała się coraz trudniejsza. - Nigdzie się nie wybieram. I nie, nie mówię tego tylko o tym miejscu. Mówię o twoim życiu. - Więc mów do mnie normalnie? To chciał mu powiedzieć? Sam już nie wiedział.

Ostatnim co miał w ustach były gin i woda. To stąd ten gorzki smak, czy znowu coś sobie uroił? Odrzucając od siebie tę zagadkę objął go ręką, kładąc łokieć na oparciu kanapy. Nie wiedział jak się miało obściskiwanie w miejscu publicznym z tym, że nie chciał denerwować swojego ojca, ale... W życiu by się od niego w takim momencie nie odsunął. Na dotyk zareagował jak zawsze - bliskością i ciepłem. Chciał mieć tę rączkę na kolanie. Od tej głowy na ramieniu robiło mu się przyjemnie ciepło. Pocałował go tam gdzie sięgnął, żeby przypieczętować to co powiedział.

- I bardzo kurwa dobrze. - Że mu się kojarzył z gwiazdami. Po tonie głosu, bardzo cichym, ale wciąż dowcipnym, dało się wyczuć jak planuje rzucić czymś, co miało przełamać jakoś to napięcie. - Nie po to opowiadałem ci o tym martwym, ruskim psie, żebyś w nie patrzył myśląc o jakimkolwiek innym fagasie. - Przesunął palcami trzymanymi na jego ramieniu z góry na dół. - Mogę mieć w dupie tę restaurację, ale nie mam w dupie ciebie - wywrócił oczyma - wiesz, moglibyśmy to zmienić, gdybyś chciał mnie stuknąć, ale - nie o tym mowa - rzecz jest taka - lubię jak ci się buzia nie zamyka, więc zamiast bać się tego, że przerośnie mnie wysiedzenie obok przez godzinę, zacznij coś opowiadać. Nie uwierzę, że tak lubisz to miejsce i nie wiąże cię z nim żadna ciekawa historia. - Jego oczy, błyszczące w świetle tej sztucznej zorzy, iskrzyły się jej kolorami dodając mu nieco więcej uroku. On sam w ogóle się na tym niebie nie skupiał. Okej, to było całkiem ładne falujące światło, ale co go ono obchodziło? Zachowywał czujność wobec otoczenia i tego, jaki Prewett był cieplutki, walcząc z tym żeby nie zamknąć oczu.

Zapomniał o tym jedzeniu. Za chwilę będą mieli powtórkę z rozrywki.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
11.01.2025, 22:43  ✶  

Porcelana. Nie musiał się z nim obchodzić jak z porcelaną. Nie bardzo wiedział, jak inaczej miałby się obchodzić. W swojej głowie nie widział tego w ten sposób - i miał problem, żeby to jakoś obrócić. Musiałby się przeciwstawiać samemu sobie. Żeby udawać, że nic się nie działo i nie mięknąć w tym momencie automatycznie, chcąc go podotykać, ucałować i zebrać jego skupienie na sobie.

- Chyba źle to odbierasz... - Chociaż w sumie nie istniało coś takiego jak zły odbiór? Tylko złe nadanie? Nie, istniało. Istniało, ponieważ człowiek potrafił w swojej głowie roić sobie różne rzeczy. Przeinaczać. Czasami nawet celowo - będąc negatywnie nastawionym od początku alfabetu. - Bardzo się przejmuję twoim samopoczuciem, ale nie uważam cię za porcelanę. - Złapał jego dłoń i zaczął się nią bawić - przesuwać palcami po skórze, badać opuszczkami paznokcie, obracać ją, rysować linie, z których wróżbici potrafili ponoć tyle wyczytać. Chciałby go kiedyś zabrać do Guinevere... ale na myśl o tym był jednocześnie zazdrosny. To była wyjątkowo piękna kobieta. Czułby się okropnie, gdyby Flynn na nią patrzył... tak. - Jakbym miał patrzeć na twoją kwaśną minę to sam bym się nie bawił dobrze. - Proszę bardzo - to też prawda. Wydawało mu się, że to go czyniło egoistą. Chociaż nie wiedział nigdy, jak na to patrzeć. Na pierwszym miejscu była ta myśl, że ważne dla niego było, jak ten człowiek się czuł, jak się bawił i co przeżywał. Rezonował z tym jednak. Wiedział doskonale, że jest gąbką na ludzi i otoczenie wokół. - Ale jak taki jesteś to robisz się słooodkiii..! - Spojrzał na niego z dołu i zamrugał oczami, zwijając wargi, żeby postarać się ukryć niewinny uśmiech. Miał wrażenie, że może być przez to zły. Uroczy, słodki Flynn z miną człowieka, którego się bał. Bo to nie był człowiek, którego się bał. Albo raczej - był, ale instynkt samozachowawczy Laurenta był fatalny. Przymrużył tylko oczy z zadowolonym uśmiechem na pocałunek w czółko.

- Ach tak, więc to była pułapka. - Przecież to niepoprawne, czego się cieszysz. Złapał ten humor. - Fakt, nie masz. Przynajmniej nie teraz. - Zsynchronizowali się ewidentnie w tym żarcie. Będzie musiał się bardziej nad tym zastanowić, dlaczego nie czuł strachu, lęku przed przyszłością, pomimo tego, że pewne rzeczy... niefajne rzeczy zostały powiedziane. Tak jakby nie chciał, ale się na to godził. Pogodził się z porażką. Tak, zdecydowanie będzie musiał to przemyśleć, bo przecież taka kapitulacja nie była w jego stylu. A może... może właśnie była. Skoro ostatnio gotów był... skapitulować z tego życia całkowicie. Może czas na zupełnie inny rozdział życia. - I tu się mylisz. Bo z tym miejscem nie wiąże się żadna ciekawa historia. - Och, chyba że mieli zacząć rozmawiać o swoich byłych, albo raczej - kochankach. Albo o przyjaciołach. Mógłby, rzecz jasna, ale wcale nie miał na to ochoty. Przynajmniej nie, kiedy nic pozytywnego nie przychodziło mu do głowy. Miał wrażenie, że jak zazwyczaj. - Z tym mieejscem... - przesunął teraz kciukiem po skórze wewnętrznej dłoni Flynna - związana jest najbardziej moja miłość do jedzenia. Tak, uwaga, to wcale nie tak, że nie lubię jeść. - Oderwał głowę od jego ramienia, ale tylko po to, żeby móc spojrzeć w jego twarz. I taka pozycja na dłuższą metę łamała mu kości. - Chociaż mam idealnie kompromitującą historię. - Powiedział po chwili i pokiwał na boki głową. O zgrozo, niby była kompromitująca, ale wspominał ją z uśmiechem. Sam to ledwo pamiętał - bardziej znał ją z opowieści. - Ale najpierw pomogę ci coś wybrać. - Postukał palcem w menu. - Albo wybiorę dla ciebie. - Tak, akurat zdawał sobie z tego sprawę, że kiedy się w takich miejscach nie bywało to łatwo było dać się przytłoczyć.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#16
11.01.2025, 23:11  ✶  
Uniósł w górę brew, bo jak niby miał to źle odbierać?

Przejmowanie się jego samopoczuciem... Ha, gdyby za każdym pierdolonym razem pytać go o to czego chciał, chodzić przy nim jak na paluszkach, gdyby go czasem nie wyszarpać ze strefy komfortu, w której się krył w przerażeniu przed światem i jego oczywistościami, Crow nigdy by nie istniał. The Edge nigdy by nie istniał. Nie istniałby nawet Flynn - bo mały Fleamont wcale nie chciał odchodzić z ulicy, na której porzuciła go matka, głęboko wierząc, że kobieta miała wrócić po niego po wypchnięciu go z samochodu nogą. Nie wiedział, jak poruszyć ten temat, bo to też nie było tak, że zamierzał ulegle godzić się na wszystko. Ale na ten obiad zgodził się już ile razy? I wciąż słyszał, że może jednak chce iść do domu, bo coś tam. No kurwa.

- To żeś sobie faceta dobrał jak nie lubisz kwaśnych min - podsumował go, chyba pierwszy raz wciskając mu się pomiędzy wiersze. Gdyby miał peta, to by go teraz zgasił w popielniczce. Niestety peta nie miał - stanęło więc na przesunięciu palcami po jego dłoni, przesuwając ją przy okazji na swoje udo. Tak to była pułapka. Jak to wtedy powiedział...? Że nie będzie mógł już nigdy spojrzeć w niebo, nie myśląc o psie. Sam się teraz zdziwił, że użył takiej gry słów, ale jeszcze bardziej zdziwiło go to, że pozostała przez Laurenta niezauważoną lub pominiętą.

Odwrócił głowę w jego kierunku, łapiąc kontakt wzrokowy. Nie wierzył w to, że nie istniało nic ciekawego, co mógłby o tym miejscu opowiedzieć. O wszystkim miało się jakieś historie. Jedne były ciekawe, inne całkowicie zwyczajne - ale to wcale nie znaczyło przecież, że nie były historiami wartymi opowiedzenia. Nie wytrącił go jednak z tego błędu, zamiast tego pocałował go w nosek, podsunął mu swoje menu do ręki z niemym proszę wypisanym na ustach, po czym wrócił do pozycji z rękoma wyłożonymi na oparciu kanapy. Takiej, w której jego łokieć znajdował się za plecami Laurenta, zamykając go wizualnie w ciasnej przestrzeni wokół siebie. Zupełnie jakby na moment ich role się odwróciły i miał przestać gadać o tym, że to Laurent go miał, a przecież zawsze używał tych właśnie słów. To on był posiadany. Zawsze on. Jednak dla widza to musiało być oczywiste - to Crow miał Laurenta, w swoich ciasnych, czarnych szponach.

- Zamieniam się w słuch.

I naprawdę zamierzał wysłuchać każdego trajkotania, mrucząc i wykonując gesty głową na znak, że nie odpłynął gdzieś myślami w bok. Zadając mu pytania, co z tego menu lubił (to faktycznie go obchodziło - bo jeżeli istniało coś, co Laurent lubił jeść, to mógłby mu to przynosić częściej), albo co poleca dla niego (to obchodziło go mniej - zresztą widać było, że był zwyczajnie głodny i bardziej zależało mu na najedzeniu się, a nie na smaku).


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
12.01.2025, 00:57  ✶  

Wszystko sprowadzało się do tego: wyczucia. Wyczucia, które musiał nabrać, a może nigdy nawet nie nabierze go w pełni? Stworzenie balansu pomiędzy chęcią wyprowadzenia go na drogę, gdzie chciałby decydować, a tym, że Flynn lubił, żeby decydować za niego - to wcale nie było proste. Albo właśnie było, tylko mózg Laurenta obracał to na milion sposobów i nagle wszystko się zaczynało komplikować. Bo to, że jednak wcale nie napiął się do końca, było dla niego zaskoczeniem. Ile razy będzie mógł nadużywać sztuczki z dotykiem? Czy to po prostu już Flynnowi tak zostanie i trochę dotyku i słodkie oczka będą plasterkiem na sporą ilość tego typu sytuacji? Ambicja blondyna sięgała trochę dalej - do doprowadzenia takich sytuacji w ich natężeniu do minimum. Żeby być w stanie reagować szybciej i lepiej. Być może to zostaną mrzonki jego głowy, ale jeszcze nie myślał o tym jako o czymś nierealnym.

- Idealnego, po którym przynajmniej widzę, że coś się dzieje. Tylko jeszcze muszę się nauczyć, która mina odpowiada za co. - Bo wcale nie było to do końca takie oczywiste. Ale powolutku... powolutku do celu. Poznanie drugiego człowieka przecież zazwyczaj wymagało lat. A i wtedy ciężko było o osiągnięcie perfekcji. Laurent się nie łudził, że do niej dojdzie, chociaż o niej marzył - a marzyć zawsze można. Nie łudził, ponieważ znał siebie, swoje skłonności do koloryzowania i do tego dodać, że nie miał nawet w połowie tak wspaniałej pamięci, jakby sobie życzył.

Oj nie, nie została niezauważona, nie była też pominięta - bo właśnie tym była ta pułapka. Psem z gwiazdami. Na szczęście nie martwym - całkiem żywym.

Otworzył z zadowoleniem to Menu, błyskając na niego błękitem oczu ostatni raz. Przypatrując się magii świetlików grających w jego oczach, migotaniem latarenki wiszącej w powietrzu. Nie było tu przesadnie ciemno - wręcz przeciwnie. Zaczarowana zorza malowała swoimi barwami drewno blatu. Ale przede wszystkim - malowała jego. I Laurent w tym wszystkim nie miał pojęcia, że Flynn nie potrafił tego docenić i spojrzeć na to tak, jak widział to on. Otworzył ich lekturę. Ułożył się trochę na nim - przylgnął do niego tak, żeby mieli menu przed sobą i żeby mógł mu pokazywać palcem, o czym dokładnie mówi. Przyszła kelnerka - elegancko i prosto ubrana czarownica różdżką przesunęła zastawę po stole i pokazała wino, jakie przyniosła, by dopytać, czy to jest odpowiednie. Przy nim je odkorkowała, nalała, dopiero kiedy Laurent ujął lampkę, zakręcił nią lekko, przyjrzał się konsystencji i powąchał i skinął jej głową, że jest w porządku to ta zabrała butelkę. Blondyn ją jednak zagaił - bo od razu zagaił, jakie są najsłodsze dania w ich karcie. Dopiero wtedy podziękował i odeszła. A on do tego wrócił. I do Flynna. Pozwalając się posiadać, bo przecież chciał być posiadany. Chciał dokładnie tego uczucia, które tutaj istniało. A niepoprawność między tym, co było widoczne dla otoczenia, a tym, co było mówione, w ogóle nie przychodziła mu do głowy. Być może dlatego, że nie dostrzegał żadnej posesywności od Fleamonta. Natarczywości. Nachalności. Był na to całkowicie ślepy - bo jak na razie wypełniało to wszystko, czego potrzebował. A był spragnioną atencji dziwką.

Takim sposobem też Flynn mógł odkryć ten mały wstyd Laurenta - zazwyczaj wstyd. Owoce morza. Nawet jak się ruszały i miały oczka - wszystkie były wspaniałe. Tak samo uwielbiał ryby - niektóre nawet wyfiletowane i przygotowane na surowo. Więc to, na co uwielbiał tu przychodzić, to nie było żadne wielkie danie - podawali tutaj taką tacę z różnymi owocami morza i się nimi objadał z wielką przyjemnością. Szczególnie małżami i krewetkami. Więc kiedy kelnerka wróciła to jedzenie było już wybrane. Takim sposobem Flynn będzie miał okazję skosztować krewetek na słodko z gnocchi i cukinią. Jak mu nie zasmakuje - trudno. Ale uważał, że krewetki były przystępne dla wszystkich w takim wydaniu, gdzie nie miały oczu i nie patrzyły na ciebie żałośnie z talerza. Laurentowi to w ogóle nie przeszkadzało.

- Dobrze. - Sięgnął po lampkę wina i umoczył w niej usta. Dosłownie - umoczył. Bo chciał mieć tylko ten posmak na końcu języka, chciał z niego móc oblizać wargi, poczuć jego zapach, a nie pić. - Więc uwaga, opowieść. - Potarł dłonie, co mu przypomniało, że musi iść je umyć. - Kiedy po raz pierwszy byłem tutaj z rodziną to zostałem małoletnim złodziejem. - Nie, ta historia wcale nie była porywająca, ale jego cieszyła. - Siostra opowiadała mi, że Edward i Aydaya byli za bardzo zajęci sobą, więc poszła mnie szukać. Znalazła mnie, jak siedziałem pod stołem gości, którzy właśnie zamówili owoce morza. I zobaczyła tylko moją rękę podkradającą je ze stolika i jak tajemniczo znikały pod obrusem. - Długie obrusy całkowicie sprzyjały bycie takim przyczajonym, małym człowieczkiem. - Żadna wielka afera się z tego nie urodziła... przynajmniej nie tutaj. - Bo w domu to co innego, ale to już nie było zabawne. - Raz popełniłem błąd, że zaprosiłem tu niewiastę na randkę i zamówiłem dokładnie to, co lubię... rany, prawie zwymiotowała na widok tych pełzających stworków na talerzu. - Żadne to były stworki, ale ona tak to wtedy ujęła. Uśmiechnął się pod nosem do tego wspomnienia.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#18
12.01.2025, 02:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.01.2025, 02:05 przez The Edge.)  
Nigdy tego nie zrozumie. Tak samo jak wąchania wina, albo brania go do ust tylko po to, żeby je wypluć do wiadra trzymanego przez kelnera. Niby nie pokręcił głową, ani nie wydał żadnego dźwięku sugerującego dezaprobatę, ale siedział bardzo drętwo, wpatrując się w prawdopodobnie najmniej ciekawy fragment ściany, na którym światło zorzy tworzyło delikatną, błyszczącą poświatę. Powinien mu powiedzieć, że nie musiał jeść w kółko słodkich rzeczy? Że nie trzeba było aż tak przebierać w potrawach, bo przyzwyczaił się już do połykania jedzenia w całości i wcześniej nie potrafił tego robić przy nim, żeby nie zniszczyć swojego występu? Mógłby i sam go piętnował za brak szczerości lub niezadawanie pierwszych lepszych pytań przychodzących do głowy, ale ha... im dłużej tutaj siedzieli, tym bardziej było widać, jak mu cholernie zależy. No to milczał wciąż. Milczał, bo Laurentowi zależało, więc smutno to pisać - pewnie byłoby mu przykro, gdyby to wiedział, ale Crow faktycznie uciekł teraz myślami do kogoś innego. Do kogoś, kto wiedział, jaka mina odpowiada za co... jeszcze zanim wiedział to sam Crow.

Ale dużo rzeczy sprowadzało go do tego momentu. Jego bliskość. Jego uśmiech. Kelnerka spisująca dania, którą zmierzył nieco mniej krzywym spojrzeniem, ale wciąż zniechęcającym do nawiązania dłuższej konwersacji. Nie narzekał na to, że wreszcie sobie poszła, chociaż nie powinien przecież fukać na nią - odpowiadała jedynie na zadane pytania i wykonywała dobrze swoją pracę - to Laurent był odpowiedzialny za to, że zatrzymała się tutaj na dłużej niż musiała. Tego również w żaden sposób nie skomentował - zamiast tego zaczął bawić się fragmentem jego koszuli. Nie przestał tego robić przy zapowiedzi opowieści, ale spojrzał na niego tak, że od razu było wiadomo - zebrał całą jego uwagę.

Z jakiegoś powodu małoletni złodziej od razu skojarzył mu się z zastawą stołową. Był w błędzie. Wysłuchał go, z lekkim uśmiechem wypełzającym w kąciki ust. Był tym rozbawiony i wcale nie uważał tego za wstydliwe, więc przyjął przy tym postawę otwartą. Drgnął dopiero przy wspomnieniu niewiasty, cudem powstrzymując się przed charakterystycznym dla siebie ściągnięciem warg w wąską linię. Opamiętał się w ostatniej chwili.

- Moja mała księżniczka podpierdzielała jedzenie ze stołu obcym ludziom, aww. - Zagrał swoim głosem tak, żeby wskazywał na głębokie rozczulenie. Chwycił go wolną dłonią za twarz, przysuwając go do siebie, żeby cmoknąć go w policzek. Taki z niego był wesołek. A jednak coś go ukuło. Mógłby zapytać: jesteś jednym z tych dziwaków, którzy jedzą żywe świerszcze? Był taki kandydat na szczura, mały Jim, który kiedyś na jego oczach wpierdolił karalucha i chociaż nie mógł nie docenić tego, że robal przestał po nim łazić i go wkurwiać, następnego dnia poprosił Fontaine o to, żeby Jim zniknął. To była jedna z rzeczy, co się ich nigdy nie zapomina. Ale co normalnego człowieka zdenerwowałoby bardziej? To, że jego wybranka serca je żywe, pełzające po talerzu stworki i zachwyca się tym tak, jakby to miało być dobre żarcie, czy zaproszenie kogoś jeszcze do tej samej restauracji, chociaż stało się to pewnie z rok temu, kiedy byłeś dla niej tylko mglistym wspomnieniem? No właśnie. Dlatego Crow działał na odwrót. Bo normalny nie był. - To ten moment, od którego swobodnie mówimy o swoich ex?


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
12.01.2025, 10:03  ✶  

Tak się właśnie żyło w słodkim kłamstwie. Dobierając każde kolejne niedopowiedzenie, które budowało fałszywy obraz człowieka w twojej głowie.

W negatywie też łatwo było osiąść, kiedy zamiast milczenia mówisz za dużo. Gdyby miał opowiadać historie to chyba większość związana byłaby z osobami, które znał, którym posyłał swoje uśmiechy i spojrzenia wabiące do siebie jakby to on był kwiatem zapraszającym motyle. Może po prostu było tego za dużo w jego życiu, a może to wszystko, o czym potrafił myśleć. Bo przecież nie wybrałby opowiadania o tym, jak pewnego razu nastąpiła zupełna tragedia, bo siedział na spotkaniu biznesowym, przechodził kelner, wylał się kieliszek wina, zalało dokumenty - czary je uratowały, ale i tak trzeba było je przypisywać, żeby czasem ich potem nie zaskoczyło, że zacznie się z papierem dziać coś dziwnego. To życie wydawało się nudne, kiedy zestawiałeś je z życiem człowieka jeżdżącym za cyrkiem i walczącym o życie na głębokich ścieżkach. Nudne - ale jego. Przecież on pływał jak ten pączek w masełku w porównaniu do Flynna, prawda?

- Mów tak dalej to jeszcze wrócę do tego nawyku. - Kradzież. Na całe szczęście nie musiał kraść, żeby zachwycać się czym tylko chciał. Ponoć pieniądze nie rozwiązywały problemów, ale zazwyczaj to jednak było tak, że nie miałeś ich po prostu wystarczająco wiele, żeby te problemy rozwiązać. Były jednak takie, z którymi sobie nie radziły. Nie kupisz prawdziwego domu z rodzinnym ciepłem. Miłości. Nie uda ci się zawsze kupić poprawy życia bliskich, bo czasem one nie były związane z problemami pieniężnymi. Laurent nie potrafił nawet kupić poprawy własne życia. - To zależy, co masz na myśli mówiąc o "ex". - Odparł całkiem spokojnie, ale w jego głowie pojawił się alarm. Znowu to małe ukłucie ganiące siebie za zbyt swobodne samopoczucie. - Żeby mieć "ex" to trzeba najpierw powiedzieć, że miało się jakąś partnerkę. Czy też partnera. - A Laurent nie mógł tego powiedzieć. A czemu ich nie było? Ano właśnie dlatego, że Laurent nie wierzył w żadne "na zawsze", kiedy nie mógł powiedzieć, że zna drugą stronę. Nie wierzył w żadne "chcę być z tobą", "kocham tylko ciebie". Och, może w to ostatnie nawet wierzył, bo widział wiele par oczu zapatrzonych w niego. I lubił to. Przecież to byłoby wierutnym kłamstwem, gdyby zaprzeczał. Stres złapał go znowu za serce, ale starał się tego nie okazywać. Tylko że w przypadku Laurenta to o ile potrafił to ukryć w gestach i mimice, tak nijak nie dało się ukryć tego, że nieco przygasał. To jak przekucie bańki mydlanej igłą przez jedno hasło. Sabotaż, własna niekompetencja. Flynn mówił o tym, że traktuje go jak porcelanę, ale źle to odbierał - bo Laurent wiedział, że sam jest porcelaną. Bo wystarczyło jedno potknięcie i musiał łapać domek z kart, co czasem tylko przyśpieszało jego rozpadanie. Bo nie miał wiary w to, że ten domek można odbudować bez wielkiego wysiłku i bez poczucia straty. W odruchu chciał przeprosić, ale się powstrzymał. - Wiesz, że na tym weselu Blacków upiłem się do tego stopnia, że obwieściłem mojemu ojcu, że jestem gejem? - Mówił to ciszej, chociaż i tak zaklęte ścianki zapewniały prywatność i nic prócz muzyki nie docierało tutaj z dźwięków restauracji ani nie wychodziło specjalnie na zewnątrz. - Myślałem, że mnie wypali z drzewa genealogicznego, a on zaczął podpytywać, czy w takim razie mam kogoś na oku. - Uśmiechnął się pod nosem. - A potem zaproponował, żebyśmy razem poszli do burdelu. - To była ta najdziwniejsza część i najbardziej niepokojąca, szczególnie, że odwiedzenie go od tego pomysłu nie ograniczyło się do krótkiego "nie, to zły pomysł". W końcu Edward Prewett nie miewał (w jego mniemaniu) "złych pomysłów". Tak jakoś apropo tych ex mu się przypomniało. I tego, że wspominał tutaj o Edwardzie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#20
12.01.2025, 15:53  ✶  
To było słodkie. Ale do Crowa nie pasowało bycie nadmiernie słodkim.

- Ojej, będziesz dzisiaj kradł ludziom ze stołu? - Na moment przestrzał bawić się jego koszulą, ale tylko po to, żeby nakręcić sobie na palec kosmyk blond włosów. Pobawił się nimi, oczywiście tylko trochę. Za dobrze wiedział, że jeżeli przesądzi, Laurent zacznie przeglądać się w łyżce (?) żeby tę fryzurę naprawić. Bo lubił kiedy wszystko było ułożone i takie jak chciał - w przeciwieństwie do Crowa, który znów myślał o rzeczach zupełnie niepoprawnych i nie przejmował się czymś takim jak plan dnia. - Jak będziesz głodny to mam lepszy pomysł na to, co mógłbyś zjeść. - Przesunął rękę w dół, tak żeby zahaczyć przy tym o umoczone w tym winie wargi. Śliczny. To delikatne światło tańczące na bladej skórze było ładniejsze niż wydawało mu się wcześniej. A może to kwestia tego, że znów byli blisko siebie i widział tę buźkę z bliska, czyli dokładnie tak jak lubił. W ciemności wzrok pozbawiony widzenia kolorów niedomagał, obraz wokół rozmywał się lekko. Tylko Laurent był idealnie wyraźny - wszystko inne rozpływało się lekko w delikatnym półmroku sali udekorowanej rozgwieżdżonym niebem. Nie był zazdrosny o to, że wpatrywał się w cudzy twór z taką radością gdyby nie wiedza o istnieniu Hogwartu. Bo to opowieści o Wielkiej Sali zainspirowały gondi stworzenia własnego.

Zagapił się na niego już zupełnie. Zauważył przez to, jak coś w środku Laurenta się kruszy i jasne - no nie lubił jak ten chłopak cierpiał, ale jednocześnie obrazoburstwo było wpisane w jego egzystencję. Przecież mógł pozbierać to co się ukruszy i przynieść mu to w zębach, tak?

Nie był nigdy z nikim w związku? Czy zwyczajnie sobie tego nigdy z nikim nie powiedział? Crow nie popełni więcej tego błędu. Trzy lata spania ze sobą, żeby to wszystko rozpadło się dokładnie w momencie, w którym zamarzył sobie być wreszcie nazywanym jak należy. Kiedy zażyczył sobie powiedzenia sobie wprost co ich łączy. Nie. Już nigdy więcej tak nie będzie. Ale to też nie znaczyło, że nigdy wcześniej tak nie było.

- Ale sypiałeś z różnymi osobami. - Powiedział wpierw, całkiem pewny siebie, ale ta pewność siebie szybko wyparowała. Bo no dobra, sypianie z kimś nie oznaczało ani trochę, że Laurent w ogóle tego chciał. Sam przyznał się dzisiaj do dawania dupy komu popadnie, a siedział obok... No właśnie. - I zakochiwałeś się. - Odetchnął. Nagle pożałował tego, że na blacie stał sok jabłkowy a nie cokolwiek, czym mógłby przepłukać tę gulę w gardle i rozwiać myśli zbierające się we łbie. Mógłby mu to wino podpić, ale wtedy na pewno będzie rzygał. - Zakochiwałeś się...? - Pokręcił głową. - Nie musisz na to odpowiadać.

Przysunął się do niego ciaśniej, pozwalając udom się zetknąć. Zdawał sobie sprawę ze znalezienia się w miejscu gdzie obściskiwanie drugiego kolesia nie było przewidziane (ani też pewnie mile widziane) przez kogokolwiek, ale mógł być blisko. Mógł stykać się z nim nogami. Mógł trzymać tę rękę za jego plecami i obserwować taniec świateł w smutnych oczach.

- Mhm... - Nawet on nie widział jak skomentować pójście do burdelu z własnym ojcem. Zdarzenie dla niego kompletnie abstrakcyjne - bo prawdziwej rodziny nigdy nie miał, a te znalezione funkcjonowały na niego innych zasadach. Ale może tak czasami było - że nie było sensu w komentowaniu tego w jakikolwiek sposób. Zamiast tego znów splótł ich dłonie. Był tu i go słuchał. Jeżeli cisza będzie zbyt długa, przerwie ją sam, chociaż (czego sam sobie przyznać nie potrafił), poczuł lekkie ukłucie w sercu. Bo jeżeli Edward Prewett wiedział o upodobaniach syna, powodem dlaczego wspomniał o nim wcześniej, mówiąc negatywnie o potencjalnych potyczkach z jego ojcem, chodziło o pochodzenie, zachowanie, wygląd, pieniądze, nieokrzesanie... Miał wymieniać dalej?


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (13875), The Edge (12150)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa