• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról | The Edge & Laurent

[28.08.1972] Zbyt dosłowna zamiana ról | The Edge & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
25.01.2025, 19:31  ✶  

Zastanawiał się nad tym i pytał tyle razy - kim byłby Flynn Bell, gdyby to wszystko, co go spotkało, potoczyło się inaczej. Miał w miarę normalny dom - nawet jeśli niezbyt bogaty. Matkę, która zapewniłaby mu opiekę z ojcem będącym dla niego przykładem. Pytał też siebie - kim byłby on sam, gdyby Zofii nic się nie stało. Gdyby żył z tej ulicy i nigdy nie dotknął szczytu tego świata, nie mogąc spojrzeć realnie na to, jak żyje większość ludzi i z jakimi problemami się boryka. Zamiast wiosennej niespodzianki był zapowiedzią jesieni. I nie potrafił powiedzieć, żeby mu się to podobało, bo przecież angielska jesień wcale nie była śliczna. Była brudna, deszczowa i szara. Wszystko gniło. Zasypiało na zimę. Taki miał być? A może właśnie taki był. Przynoszący tylko pozór kolorów, żeby zamiast tego pozostawić po sobie szarugę i zgniliznę.

- Inny... nie, to złe słowo. Spokojniejszy. - Ta chmurka. Ta myśl, że może coś się stało i zaraz nastąpi zdziwienie. Zostanie mu przekazane coś złego, ale żeby coś złego przekazać to trzeba najpierw stworzyć do tego odpowiednią podkładkę. Tak, jak najbardziej podejrzewał Flynna o takie manipulacje. Przynajmniej na razie - bo jak dotąd Flynn nie przyszedł do niego przynosząc jakieś wybitnie złe wieści. Z drugiej strony - czy nie oskarżyłby go prędzej o to, że powiedziałby wprost? Musząc wyznać jakże okrutną prawdę - Flynn nie wybrałby na początku żadnej z tych opcji. Wybór byłby oczywisty - milczenie. Kalkulacje, jak najlepiej przekazać coś istotnego. Stres związany z reakcjami. Aż w końcu wybuch emocji, które poprowadziłyby do czegoś zupełnie nieprzewidywalnego... ale nadal kontrolowane na tyle, by pokazać się w tym wszystkim jako ta osoba, która przecież chciała dobrze. Tymczasem Laurent nadal nie potrafił powiedzieć, który zakładów z samym sobą by postawił.

Naprawdę na to zasługiwał? W końcu był głupi i do niewielu rzeczy się nadawał, ale... to przecież nie miał być ten dzień. Sio, chmuro! Nie powiększaj się. Oddaj mi to słońce - gorące, parne, niech dostaje się do każdego zakamarka ciała. Właśnie tak - słońce. Najpiękniejsza ze wszystkich gwiazd.

- Chcę. - Właściwie to... to... tooo... czy to właśnie nie było... zaraz. Randka. Czy robią tutaj randki, a oni sobie teraz siedzą tak przy stoliku, te nogi pod nim były lekko niepoprawne - Laurent ciągle siedział wyprostowany, a Flynn chyba zamierzał sprawdzić, czy na krześle dało się leżeć. I te słodkie słówka, te kwiaty rano... Laurent nagle się zarumienił. Jakby bez powodu, jakby zapowiedź najsłodszego komplementy i zasługiwania na nie było ku temu reakcją. A to jego serce mocniej zabiło i sam nabrał ochoty na to, żeby powtórzyć ruch Flynna, bo nagle zrobiło mu się cieplej. I podskoczył prawie, kiedy nagle poczuł dotyk na łydce, napiął się nieco, zdziwiony, automatycznie spoglądając na swoje nogi, a potem znowu na Flynna... jakże z siebie zadowolonego. - Na Merlina, Flynn.. nie rób mi... tak... w miejscach publicznych. - Ku swojemu własnemu niezadowoleniu niewiele mu było potrzeba, żeby mrowienie podniecenia zaczynało odprowadzać krew tam, gdzie nie potrzeba. Trochę się dziwnie wygiął i nagle okazało się, że nawet Laurent był zdolny do szybszych ruchów, kiedy położył rękę na swoim udzie, jakby chciał zatrzymać ten widmowy dotyk. Próżno było jednak szukać złości w jego wypowiedzi, tak i sam się uśmiechał mówiąc to. Chociaż tak - rzeczywiście. Wystarczyła chwila, by zrobiło się niezręcznie.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#12
27.01.2025, 22:04  ✶  
Jego uśmiech się nie poszerzył, ale coś się w nim zmieniło - znów przekręcił łeb, a płomień rozpalonej świecy zatańczył w jego oczach. Wydawał się... weselszy. Ale to była maska przykrywająca smutek i fakt, że wcale nie był spokojny. Ostatni raz prawdziwie spokojnie czuł się w czerwcu, zanim to wszystko się zjebało. Namiastkę tego odzyskał słysząc śpiew Laurenta. Podobał mu się. I śpiew i sam Laurent - delikatność, która z niego płynęła czyniła właśnie te ręce idealnymi do tego, żeby schować się w nich, wtopić twarz w obojczyk i nie mówić nic. Nie był spokojny, emocje wciąż szalały, kiedyś wydostaną się na zewnątrz, a jego twarz znów zamgli się, oczy zajdą płomiennym wstydem.

- Tak to znaczy jak? - Udawał głupka. Mówił błagalnym, teatralnym tonem i aż mu się te oczyska zeszkliły. I chociaż dotyk ustał na udzie, wcale nie zniknął całkowicie. Zamiast sięgnąć jego uda, przeniósł się za ucho. Tam, gdzie Crow zawsze lubił go gładzić i sunął w dół. To był tylko nacisk - przejeżdżanie palcami po skórze, ale w jak charakterystycznych miejscach. Dokładnie tam, gdzie siedzący przy tym samym stoliku mężczyzna ciągle go lizał, przygryzał i ostatnio zostawił siną niespodziankę. Zawsze spełniał cudze zachcianki, ale wyraźnie miał swoje własne preferencje.

Uwidocznione to było najbardziej w tym, jak grał. Łatwo było z niego czytać, szczególnie kiedy znało się go dłużej. Kobieta szła w ich kierunku z tacką, a on podniósł do góry filiżankę, żeby powąchać nalaną mu herbatę. Normalnie nigdy by tego nie zrobił, ale kiedy odstawiał ją na spodek, wszystko stało się jasne. Stuknięcie porcelany o porcelanę zagłuszyło dźwięk strzelającej gumki od majtek. Dokładnie w momencie, w którym mijała blondyna.

- Najsłodsze słowo, jakie aktualnie znam, to Laurent. Ale trzeba je odpowiednio powiedzieć, wiesz? - Zaczepiał go mocno, i przez moment naprawdę wyglądał - jakby miał to zrobić - otworzyć szerzej usta i jęknąć jego imię jakby dochodził, ale zamiast tego uśmiechnął się do właścicielki lokalu i podziękował jej za fatygę. Ta uśmiechała się serdecznie, słysząc tak bezpośredni i uroczy flirt.

- 'astanowiliscie się iuż co jecie?

- Ja tak - cudem powstrzymał się przed posłaniem mu głupkowatego spojrzenia - chcę to, o czym mówiłaś wczoraj.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
27.01.2025, 22:54  ✶  

Magia bezróżdżkowa była niesamowitą sztuką. Nie spotkał wielu czarodziei, którzy by ją opanowali. Wielka księga pod dłonią Najwyższej Sędziny Wizengamotu nie był tak imponujący, jak naturalna zdolność do plecenia magii. Ponoć każdy z nas ją miał, tak? Historia ograbiła świat z różdżek, w imię... czegoś. Myśl się wykruszyła, bo dotyk może i się zatrzymał, ale wcale jego uczucie nie zniknęło. Za to pojawiło się w innym miejscu. Zareagował instynktownie - poruszając się na tym krześle i przechylając głowę, bo przecież tego dotyku zawsze było za mało. Rozchylił wargi, bo zawsze chciało się prosić o więcej. Tylko nie tu. Nie w takim miejscu. Nie w restauracji, kiedy nieznajome osoby siedziały kawałek dalej, a rozmowa została przerwana tylko dlatego, że Laurent poprosił kelnerkę o miód.

- Tak... - To potwierdzenie wcale nie zabrzmiał jak zachęta do zaprzestania, chociaż zniknęło z jego twarzy rozbawienie. Nienawidził swojego ciała za to, że potrafiło go tak zdradzać i tworzyć taką sprzeczność. Jak zdradzał go własny mózg. Ale ten dotyk był przyjemny. Lubił go. Tak blisko, chociaż mężczyzna, którego palce powinny się zaciskać na jego nodze siedział całkiem daleko.

Położył dłoń na swojej szyi i podkulił ramiona, przymykając na chwilę oczy, żeby się skupić. Próbując się skupić i nie chcąc teraz patrzeć na te wcale-winne minki, jakie czarnowłosy strzelał. Chciał powtórzyć to jedno słowo: przestań. Zatrzymała go obecność osoby trzeciej. Wyprostował się więc na tym krześle, ale dłoni od szyi nie odsunął. Ten dotyk był irytujący, ta sytuacja była... frustrująca. Nie, to nie było frustrujące. To sprawiało, że to jego szybciej bijące serce z rozkochania teraz zmieniło rytmikę i uderzało boleśnie.

- Ta kuchnia jest mi... nieznana... - Bardzo wiele wysiłku kosztowało go utrzymanie w tym fasonu, jakby nic się nie działo. - Ponieważ chętnie spróbuję czegoś nowego... proszę o specjał szefa kuchni. - Może jakby rzucił tym Menu w głowę Flynna to ten by się uspokoił..? - Dziękuję. - Nawet wysilił się na uśmiech, chociaż był on bardzo ulotny. Odprowadził ją parę kroków spojrzeniem, nim zwrócił głowę w kierunku Flynna.

- Przestań. - Teraz już mówił całkiem poważnie i to nie w trybie proszącym. Krótkie, wyraźne słowo, które żądało, stając w całkowitej sprzeczności do łagodności i miękkości. Coś, co pewnie nigdy by się w nim nie pojawiło, gdyby nie Edward Prewett i jego wielkie ambicje, którym Laurent próbował sprostać. Jak we Flynnie nigdy nie pojawiłby się ten pożar, który niszczył jego samego w całości.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#14
28.01.2025, 00:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2025, 00:06 przez The Edge.)  
Podniósł z tacki srebrną łyżeczkę i nałożył sobie do filiżanki absurdalną ilość miodu jak na to, że tej herbaty wcale nie spróbował. A później bawił się Laurentem dalej, jak kot torturujący biedną mysz, zanim wreszcie postanowi rozszarpać ją na strzępy. Nikt normalny by tej łyżeczki w restauracji nie oblizał. W obecności kelnerki? Zawahaliby się nawet nienormalni. On to zrobił i to tak nieumiejętnie, żeby w chwili kiedy kobieta opowiadała mu o tajskiej kuchni, część tego miodu została w kąciku ust. Karykaturalne, zabawne wręcz przedstawienie kogoś, kto z każdym dniem coraz mocniej udowadniał, że wcale nie trzeba było udawać kogoś innego ani kłamać, aby zrobić piękną pokazówkę. I oh kurwa, przed chwilą tak sobie myślał o tym wszystkim, jak to wcale nie potrzebowałby go dzisiaj stuknąć, żeby nie oszaleć, ale przecież samego siebie też nakręcał. Nie widzieli się dwa irytująco długie dni. Chciał poczuć tę ulgę. Przypomnieć sobie o tym, że ich miłość nie była fikcją. Miłość bez dotyku w jego języku nie istniała.

Nigdy nie miał prawdziwego domu, ale jego dusza jak taki dom była - tylko opuszczony i cichutki. Tylko ciepło drugiego człowieka potrafiłoby tenże dom ożywić - Laurent otworzył go na swój głos, wymył zmatowiałe okna, odkurzył ściany, sufit, podłogę. Zaczął już trzepać dywan, nie zważając na drzwi skrzypiące z całych sił, jakby dom ten chciał dać mu do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany. Bo Laurent doceniał, że może i ten dom był zapuszczony i zepsuty, ale wciąż posiadał te ściany, sufit i okna. Można było urządzić w nim sobie jakieś dobre życie, a nie tylko doglądać go od czasu do czasu i zachwycać się z daleka pięknem niszczejącej konstrukcji.

Pragnął bliskości, jak sucha ziemia pragnęła deszczu - łapczywie i do granic bólu. To ta potrzeba nauczyła go być aż tak ordynarnym i kusić ludzi jeszcze bardziej niż kusił los. Rdzeniem jego istnienia na pewnym etapie życia stał się seks. Mogli go kochać jak swojego, mogli go gryźć i okładać prętem, mogli go traktować różnie, tak jak chcieli, bo to nie było ważne, póki mu przypominali, że jeszcze istnieje - nikt go nie zmyślił, jego istnienie stawało się faktem, a ich pożądanie potrzebą posiadania go blisko. Te śliczne dłonie wzbraniające się przed fantomowym dotykiem to były już w głowie Crowa jego rączki. Chciał czuć je na swoich ramionach, chciał czuć te palce sunące po rysach jego twarzy, jakby chciały je w ten sposób zapamiętać. Może w tej wannie. Może na plaży, którą Laurent tak bardzo lubił. Zrobiłby dla niego naprawdę wiele w zamian za to, z jaką łatwością przychodziło mu czasami układanie jego chwiejnych nastrojów w śliczną mozaikę.

Kobieta po dosyć wyczerpującej historii o tej kuchni, o tym jak bardzo by chciały z córką usłyszeć jego opinię, zniknęła wraz z tą córką właśnie za drzwiami kuchni, a Crow spoglądał na niego uroczo.

- No przestałem.

Faktycznie przestał, nawet jeżeli dźwięk jego głosu wciąż sugerował, że się droczy.

- Stęskniłem się za tobą - przyznał. - Co dzisiaj robisz? Czy to jest dzień dla mnie? - Przestał bawić się swoimi włosami, ale jeszcze raz oblizał wargi z miodu. - Pusto mi bez ciebie w łóżku. Wracam z tych występów do pustego pokoju. Nikt się do mnie nie przytula. - A bycie obejmowanym znaczyło bycie kochanym. Przechylił głowę jeszcze raz, odchylając się przy tym na krześle. - Załatwiłeś jakieś rzeczy dla swojego rezerwatu... - palił do jego monologu sprzed chwili - ale czemu musiałeś kogoś przekupić?


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
28.01.2025, 00:55  ✶  

Mógł od razu zapytać, czy nalać mu herbaty do miseczki z miodem - ale chyba wtedy nie miałby tej przyjemności z oblizywania jej...

Biorąc pod uwagę, jak Flynn to lubił, może należy rozważyć znaczenie mu drogi miodem przez własne ciało.

Wiercił się nieco. Jak nie on - bo przecież Laurent starał się zachowywać bezruch, albo przecinać go wyważonymi, wolnymi gestami. Teraz zaciskał palce, przesuwał nimi po skórze, to założył nogę na nogę, to ją ściągnął. To siedział nieco podparty, słuchając kobiety, to zaraz się naprostował z powrotem. To odłożył rękę na stół, to znowu powędrował nią do karku, czy podrapał się za uchem. Rumieniec nie zjeżdżał z jego twarzy, chociaż na tym etapie to miał wrażenie, że chyba zaczął się już robić czerwony. I ta myśl, co mogła sobie pomyśleć ta kobieta, zwijała mu ze stresu żołądek. Podeszła tutaj, a on taki zaczerwieniony, flirt się toczył... a może niczego sobie nie pomyślała. Może podobało jej się, że mężczyzna może mężczyźnie prawić komplementy i wszystko jest w porządku?

Taki piękny komplement, a on został odsunięty i nie trafił do niego tak, jak powinien. Zmieszał się z tą frustracją, stresem, niezadowoleniem i pragnieniem, żeby wziąć Flynna do łazienki i dać ulgę temu napięciu na tutejszym kiblu. Och, jakież to było romantyczne, doprawdy...

Jedyną ulgą w tym wszystkim było to, że Flynn nie zareagował chmurnością - a wyglądał, jakby się świetnie bawił. Laurent odetchnął ciężko i zwiesił głowę w dół, podpierając czoło na dłoni. Co za dzieciak. Próżno było szukać odpowiedzi na pytanie, czy wszyscy mężczyźni byli dziećmi. Byli. Nie potrafił znaleźć chociaż jednego przypadku, które byłoby tego zaprzeczeniem. Niektórzy tylko lepiej to wewnętrzne dziecko chowali przed światem od innych. Podniósł jednak tę głowę, chociaż miał ochotę na chwilę się odciąć, bo Flynn mówił dalej. Nie zapadła cisza. Stęsknił się? Przez dwa dni? Powiedziałbyś, że to niemożliwe, ale jaki nagle pusty znów stawał się dom, kiedy go nie było...

- Muszę jeszcze sprawdzić paszporty abraksanów i licencje konwojenta... - co pewnie mówiło Flynnowi tyle co nic - ... muszę jeszcze coś zrobić, ale mogę to zrobić o dowolnej godzinie, jeśli chciałbyś gdzieś jeszcze pójść. - Ty chciałeś pójść - w końcu do tego pięknego oceanarium... przynajmniej tak słyszał, że jest przepiękne. Ale to ciągle gdzieś umykało. - Więc czemu nie wracasz do New Forest? - Może głupie pytanie, a może nie? W końcu Laurent miał kominek, a i publiczna sieć fiuu była podpięta do rezerwatu. Przynajmniej Laurent na chwilę znowu uniósł kąciki ust ku górze. - Nie... nikogo nie przekupowałem, to tylko... ciąg myśli. - Poprawił się na tym krześle do bardziej ludzkiej pozycji i zaczął się - jak to on - poprawiać. Nawet to, czego poprawiać nie trzeba było. Zupełnie zgubił myśl - tamtą myśl, tamte słowa. Zresztą chyba aktualnie pogubił wszystkie myśli, bo nawet jakoś miał problem z ciągłością wypowiedzi bez pauz. - Opłaty za wpisy do rejestrów, zakłady, opłaty za licencje, pozwolenia, zapisy, spadki, darowizny, projekty... lista jest długa. Wolę, żeby pieniądze moje i mojej rodziny pozostawały w kieszeni mojej i uśmiechniętego Ministra. Który potem też znajdzie fundusz wspomagający stadninę jakże ważnego dla anglików sportu... - Kiedyś się kradło małże z talerza, a teraz nie pozwalano, żeby państwo okradało ciebie. Chociaż można to było zinterpretować dwojako. - Nie przywykłem do publicznego okazywania uczuć. - Wypalił nagle, przestając się poprawiać i spojrzał na Flynna. - Nie pokazywałem się nawet z kobietami chodząc z nimi za rękę. Powiedziałem to. - Prawie jak nastolatka, która pierwszy raz mówi słowo na "k" do swojej miłości. - Mam nadzieję, że czujesz się wyjątkowy. - Więc takie sytuacje, jak ta sprzed chwili... rozumiesz? Laurent ostatnie teraz, o czym myślał, to seksie na plaży. Myślał o tym, że chciał zmyć z siebie ten dotyk i owinąć się kocem, żeby nikt go nie mógł dotknąć.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#16
28.01.2025, 01:27  ✶  
Nie dało się wywołać pożaru w drugim człowieku bez odpowiednich kroków. Najpierw trzeba było wzbudzić w nim ciepło, później delikatnie to ciepło kierować w stronę namiętności. Trzeba było skubać, podszczypywać... Miał na to różne sposoby. Można było robić to delikatnie, z finezją - dziewczyny to lubiły. Jestem twój, a ty jesteś moja - trzeba było im dać tę cichą pewność bezpieczeństwa i dwustronnego pożądania. Można też było iść w coś niegrzecznego. To lubili faceci. Tę świadomość, że dało się zrobić z nim, co się tylko chciało, bo każde muśnięcie rozedrganego ciała nastrajało go, czyniło go doskonale szczęśliwym, nawet jeżeli gdzieś pomiędzy wkradało się splunięcie albo uderzenie bata, a on wcale tego nie lubił, zwyczajnie bez czegoś w sobie lub na sobie czuł się tak cholernie pusty, lekki, jak śmieć, jak papierowa torba porzucona gdzieś i moknąca na deszczu, nim żywioł wzbierze tu więcej wody i wciągnie go ze sobą do rynsztoka.

- A ze mną co musisz? - Znów poruszył nogą, podkreślając w ten sposób, że ten dotyk co ich łączył, wcale się nie skończył. Wrócił do swojego nudnego tonu, ale nadal trwał. - Jak przestanę tam spać, to stanę się obcy... - Nie rozwinął tego, bo nie chciał. Życie w Fantasmagorii nie było wcale łatwe. Nie dla kogoś takiego jak on - bo on uparcie chciał chodzić swoimi ścieżkami, kiedy oni cenili sobie tych będących częścią zbiorowiska. I niespodzianka - nie było tam już nikogo oprócz Jima, kto by się za nim prawdziwie wstawił. Oczywiście zasłużył sobie na ten obrót spraw, no ale...

Mhm, czyli go nie przekupił tak jak Cain się go nie wstydził?

Crow przygryzł wargę, a później... puścił ją tymi zębami i uśmiech wrócił na jego twarz - tym razem był rozczulony. Dzisiaj wszystko skończy się dobrze, nawet jeżeli Laurent musiał zajmować się jakimiś pierdołami, zamiast założyć na siebie tę bieliznę, co ją miał na sobie ostatnio i dać sobie wymasować nóżki. Pewnie bardzo męczyło to całe bieganie po Ministerstwie.

- A mówiłeś mi, że twoim marzeniem jest trzymać się z chłopakiem za rękę w kawiarni przy Pokątnej - wyszczerzył się w odpowiedzi na to wyznanie, a później przełożył rękę przez stół, położył ją na blacie tak, żeby blondyn mógł ją wygodnie złapać. Albo coś w tym stylu? Coś podobnego, może. Nie pamiętał. - Czuję się kochany - skwitował. A przecież miłość była jedynym powodem, by dalej trwać. - Kochasz mnie, tak? Ty tak ładnie to mówisz... - Coś tam mówił o byciu mężczyzną, ale momentami Crow w to powątpiewał. Aktualnie klasyfikował go podobnie do siebie - gdzieś pomiędzy. Tylko jeszcze nie wiedział gdzie.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
28.01.2025, 02:41  ✶  

Stary, rozpadający się dom. Rozmoknięta torba w nim. Pewnie przetoczyła się tutaj niejedna powódź. Pełno śmieci zostawionych przez przechodniów, brzydkie grafiti... o, a to akurat ładne. Jedno, drugie... artyści też tu bywali. Nie szkodzi - fundament jeszcze się trzymał. Laurent miał co do tego pewność. Ściany należało teraz osuszyć, okna wymyć, żeby dostało się tutaj więcej światła - wtedy nawet sprzątanie będzie prostsze. Wszystko w drodze do prostego celu, by spełnić marzenie o czystej pościeli. Ludzie marzyli o różnych rzeczach. Pisali różne poematy na temat swoich muz i miłości. Lecz czysta pościel? Jeśli ktoś wątpił w to, jak smutnym, zużytym i zniszczonym człowiekiem był Flynn to to jedno zdanie było najsmutniejszym ze wszystkich, które wypowiedział. Najsmutniejszym i najpiękniejszym zarazem. Czy w ogóle odczuwał jakąś różnicę budząc się teraz w tej świeżej pościeli i zasypiając w niej? Chodząc po czystym domu, zapewne tak skrajnie różnym od wszystkiego, czego doświadczył do tej pory? Wszystko to, o czym nie mówił, cały ten świat widziany jego oczami... jak wyglądał?

Powstrzymał się przed cofnięciem nogi.

- Z tobą niewiele muszę, drogi Flynnie. Z tobą chcę. - Różnica między tymi dwoma słowami była naprawdę kolosalna. Skinął głową na znak, że rozumie. Nie zamierzał teraz dopytywać. - Prawdę mówiąc zastanawiałem się nad wsparciem waszego cyrku... - Z jakiegoś powodu jego mózg połączył obraz Alexandra z wizją tego mężczyzny, który gonił za nim z nożem. O tak, blizny po nożu są brzydkie. Bardzo brzydkie. Dlatego ta blizna na plecach Laurenta byłą taka brzydka. - Niekoniecznie od razu patronat, bo nie wiem, czy ojciec by mi głowy nie urwał... ale, ach... Zastanawiałem się nad tym kiedyś. Dopóki Alexander nie postawił jasno swojego stanowiska. - Można było mówić o anonimowości, ale potem, gdyby to jednak gdzieś wyszło, to pewnie byłyby tylko problemy.

Jak on miał się skupić i zacząć zastanawiać nad tym, co mówi, kiedy Flynn co chwilę go zaskakiwał i wytrącał z równowagi? Aktualnie częściej na tor tej pozytywnej nierównowagi niż negatywnej.

Patrzył na tę dłoń tak, jak patrzy się na coś długo wyczekiwanego. Coś, co jest na tyle nierealne, że nawet nie musisz się zastanawiać nad istnieniem tego. A jednak. Bardzo powoli wyciągnął swoją rękę, drugą dłoń opierając automatycznie na swojej klatce piersiowej. To marzenie, o którym mówił, już spełnione przecież... czy może naprawdę mówił o kawiarni? Nie pamiętał. Ale czy teraz to było dobre? Zatrzymał rękę na moment, zwinął palce. On się tylko wygłupiał. Tylko że człowiek musiał rysować swoje granice. Bez wyrysowania ich... jak można mówić o jakichkolwiek wizjach na zmiany?

Bardzo delikatnie ułożył dłoń na jego dłoni i przesunął palcami po tej zniszczonej fakturze.

- Kocham cię. - Teraz ta drobina nieśmiałości nawet nie była wyreżyserowana. Bardzo ładnie wybrzmiewała dzięki niepewności, która się w nim zaplątała. Uniósł wzrok z ich dłoni, które delikatnie splótł ze sobą wsuwając swoje palce między jego palce, na jego twarz. - Zadbasz o mnie? - Spełniane marzeń, przynoszenie księżyca zerwanego z nieba... gwiazdę już się udało skraść - czemu więc nie księżyc? Czar nieco się rozprysł, bo jakoś teraz w to nie potrafił do końca uwierzyć. Czując się brudnym.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#18
28.01.2025, 03:07  ✶  
Gdyby posiadał ogon, pewnie by nim teraz zamerdał. Przynajmniej tak się poruszył. Jak taki piesek, któremu powiedziało się jego imię i wydawało mu się, że zaraz zostanie zabrany na spacer. I był słodki, ale w tej słodyczy było coś jeszcze - ten sam człowiek, który ordynarnie podrywał go na tarasie jeszcze zanim byli ze sobą na poważnie. Obudziła się w nim z drzemki jakaś taka... figlarność, psota, pragnienie zabawy. Coraz wyraźniej rysowały się w aparycji Crowa i nie chciały nigdzie uciekać. To nie była ostatnia zaczepka ani ostatnie strzelenie gumką od majtek - on miał w sobie aż za dużo energii. Przez to nakręcenie nie stracił jej nawet w momencie zejścia na nieco gorszy temat niż bycie chcianym.

- Wiesz... - cmoknął ustami z jakąś taką... dezaprobatą dla tego pomysłu. - Nie wiem, jak to ująć twoim językiem Laurent, ale w naszych kręgach się mówi, że pieniądze przynoszą kłopoty. - Jak ktoś tak miałby to zrozumieć? Ktoś dla kogo kasa była remedium na wszystkie możliwe problemy, jakie go dotykały oprócz miłości... chociaż i miłość można było sobie kupić, jeżeli podobały ci się chciwe kobiety. W dodatku nie chciał go oceniać, może powinien ugryźć się w język, ale jednak zrobił to - ale to dalej będzie dobry dzień, prawda? - Póki oni nich nie mają - wyraźnie nie mówił o sobie, jakby był odrębną od nich częścią - to całe ich życie ma jakiś rytm. I ten rytm jest spokojny. - Miał w głowie wspomnienie tego, jak trzy lata temu Alexander pokazywał mu to cholerne niebo ręką i gadał o tym, jak to ich partnerstwo miało wznieść Fantasmagorię ponad wszystko. Niby się udało, niby coraz więcej osób przychodziło na występy, ale... to wcale niczego nie naprawiało. Bo tu nigdy nie chodziło o cyrk. Na jesień wozy powinny wrócić do Doliny, baby będą robiły te swoje dżemy, a faceci pójdą rąbać drewno na ogrzewanie wozów zimą. Oni to wiedzieli, tylko nie lubili sobie tego przyznawać. Że jeżeli kupią ten worek węgla, to nie będą mieli co robić. Zgubią ten rytm, zgubią siebie... tak jak on się kiedyś zgubił.

Złapanie go za rękę nie było żadnym żartem ani tanią zagrywką, nawet jeżeli mrugnął do niego oczkiem.

- Ja ciebie też - mruknął, opierając głowę na knykciach wolnej dłoni i wspierając łokieć o blat stołu. Tym samym przestał bujać się na krześle i wiercić, chociaż zaraz zacznie robić o znowu. - O żonę miałbym nie zadbać? - Wyszczerzył się i chciał flirtować dalej, ale ten jego uśmiech pobladł i wraz z trzaskiem dobiegającym z drugiego pomieszczenia zniknął błyskawicznie, kompletnie, ustępując wpierw szokowi, następnie skupieniu kiedy odwrócił twarz w kierunku zamkniętych drzwi. I kolejny trzask. Zacisnął swoje palce na jego, żeby go uspokoić, bo wrzask jednej z kobiet był zirytowany, a nie pełen bólu, ale wciąż był wrzaskiem. Momentalnie wstał, pogładził jeszcze wierzch jego dłoni i ruszył w tym kierunku, tak dla pewności, że im tylko jakiś garnek spadł na podłogę i coś tam głupiego się wydarzyło, ale tępe, głośne uderzanie chochlą o dno patelni poniosło się aż tutaj. I było tak paskudnie irytujące, że mu się włos na karku zjerzył - no nie cierpiał takich dźwięków.

Już miał złapać za klamkę, kiedy zawiasy skrzypnęły, a drzwi z impetem uderzyły go w nos. Nie złamał się, ale po wkurwionym warknięciu wiadomo było, że poltergeistowi udało się wywołać u niego olbrzymi ból. Crow ściągnął ku sobie brwi, klasnął i chciał go jakoś za to upokorzyć, ale starsza Tajka wyszła ze zdemolowanej (a może raczej zrujnowanej!) kuchni i już celowała w niego różdżką. Odbiła go o podłogę jak piłką pięć razy. Nic mu się oczywiście nie stało - bo był duchem - pokazał jej język, ściągnął spodnie i pokazał jej swój tyłek, śmiejąc się wesoło.

To był dobry dzień. Przynajmniej dla tego upierdliwca.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#19
28.01.2025, 03:37  ✶  

Owszem, to nie było dla niego proste do pojęcia. Ale pamiętał, co powiedziała mu Olivia. Że nie chciałaby tak żyć i że mu współczuje. Powiedziała też kilka bardziej bolesnych słów, ale teraz one nie miały znaczenia. Te od strony Flynna nie docierały - te od jego strony miały prosty i zrozumiały wymiar. Jego kręgi i pieniądze. A co by powiedzieli w TWOICH kręgach? Gdyby nagle zabrakło waluty, gdyby bank się opróżnił, z jakiegokolwiek powodu. Byłyby te osoby, które przyszłyby z pomocą, ale jedno byłoby oczywiste - że jesteś zwyczajnym przegranym na drodze życia. Żałosny, godny politowania. Brak pieniędzy? Nie, Laurent widział Flynna przed sobą i myśl o braku świeżej pościeli tylko skłaniała go do cofania się pamięcią do tego małego strychu... ale on prawie niczego nie pamiętał stamtąd. Więc jak to jest? Nie chciał się przekonać. Ale chciał zrozumieć Flynna.

- Rozumiem. - Na jego twarzy było zrozumienie. - Staram się zrozumieć świat twoimi oczami. Nie wiem, jak to jest żyć w takiej przyczepie, a złotym zamku. Rozumiem jednak bardzo dobrze, że mój rytm życia od tych pieniędzy zależy. I gdyby ich zabrakło to zaczęłyby się dziać złe rzeczy. Rozumiem więc, że w drugą stronę to zaburzenie również działa. - Temat pieniędzy był tematem dość wstydliwym dla samego Laurenta z bardzo prostej przyczyny - nie chciał pokazywać ludziom, jaki był... chciwy. Jak bardzo kochał wszystko, co się świeci - niczym nawiedzona sroka, która chce znosić błyskotki do swojego gniazda, nie ważne, czy je użyje, czy też nie. Kiedy miał się rozstawać z biżuterią - bolało go serce. Więc się nie rozstawał. Temat jakże dobry - trafny, ale Laurent chciał poruszyć coś innego. Tą naprawdę delikatną i ważną kwestię, by Flynn więcej tego nie robił. Uśmiechnął się, rozczulony widząc tą pozycję, ten wzrok Flynna. Nawet cicho zaśmiał na to stwierdzenie. Najsłodsze słowo, jakie znał powróciło do niego i narzuciło ciepły koc na jego ramiona. Chcieli sporo rzeczy. Ale pech ponoć chodzi parami.

Pierwszy trzask tylko Laurenta zdziwił. Obrócił automatycznie głowę w kierunku źródła hałasu. Nawet chciał to zignorować - przecież wypadki w kuchni się zdarzają. Tylko że pojawił się drugi trzask i Laurent lekko podskoczył na jego intensywność. A kiedy nastąpił krzyk to już mina mu zmarniała. Napiął się i sam zacisnął mocniej palce na dłoni Flynna. Zimny dreszcz przeszył jego ciało i strach bardzo szybko wkradł się do jego głowy. Nie, nie, nie... Cokolwiek się działo - cały on był już nastawiony na kryzys. Na dramat, w którym komuś zaraz może zadziać się coś złego. Puszczanie Flynna zdawało mu się najgłupszą rzeczą ze wszystkich... a jednak puścił. Puścił i jak zaklęty wpatrywał się w źródło tego hałasu, trzymając już w dłoni różdżkę. Po kolejnym uderzeniu chochli w garnek - wstał.

Krzyknął automatycznie, kiedy nagle drzwi huknęły i zasłonił dłonią usta, patrząc na Flynna. Stał, krwi nie było - znaczy dobrze? Nie, niekoniecznie! Ale teraz nie było na to czasu, bo ewidentnie - był tu napastnik. Laurent nie miał instynktu samozachowawczego, ale miał zaufanie do tego, że kiedy powierzał komuś jakieś zadanie, to ta osoba potrafił się z niego wywiązać. A Flynn potrafił sobie poradzić stojąc między nim a zagrożeniem. I nie zamierzał w to wątpić... no - co najwyżej przegrywał z drzwiami. Drzwi:Crow - 1:0. Zamiast tego przysunął się plecami do ściany, żeby czasem nie wejść w pole rażenia... poltergeista?

- O nie... - Jęknął, aż za dobrze poznając żartownisia. - Znowu ty... - Ostatnim razem w zasadzie bardzo się ucieszył, kiedy się pojawił. Kiedy zamienił go w kobietę. Och, aż promieniował szczęściem! To było wtedy. A teraz ten sam polteigest... pokazywał tyłek?! Laurent żałował, że nie miał czasu na opanowanie egzorcyzmów w swoim życiu dokładnie w tym momencie. A obiecał sobie, że już żadnego kontaktu z duchami...



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#20
28.01.2025, 08:52  ✶  
Nie poruszyło go to, że ten karzeł stroił sobie jakieś żarty, ale zniszczenie garnków i mebli kuchennych to była już przesada - bardzo świadomie chciał go dopaść i wymierzyć mu za to jakąś karę, ale kiedy wysunął rękę do przodu i uniósł ją w kierunku poltergeista... Nie stało się nic. Jak to nic? Coś... Coś było inne i nagle poczuł się jak kot, którego ktoś łapał za ten nadmiar skóry i unosił gdzieś. Bezwładny. Nie mógł się nawet miotać na boki, walczyć... Zwyczajnie szarpnęło nim i leciał i... Wszystko zawirowało. Od tego jak strasznie zakręciło mu to w głowie aż wypuścił cokolwiek co trzymał w dłoni i... Otworzył oczy, zbadał nieprzytomnym wzrokiem ten przedmiot, żeby wbrew wszelkiej logice okazał się różdżką. Ale to wcale nie różdżka była teraz problemem tylko wszystko co widział wokół to... Tak dużo trzykropków, nie dało się inaczej ująć tego, jak zaczął dyszeć i zawieszać się przy rozglądaniu wokół - bo co to kurwa było? Co się nagle stało ze światem i dlaczego nie mógł nic z tym zrobić? Ciało miał jak klatkę. Sztywne, nierozmasowane. Ze wszystkich przedmiotów nieożywionych, do których mógłby ten stan przyrównać, były takie stare, rdzewiejące, nienaoliwione drzwi wejściowe. Drewno z którego było wykonane lubiło się wyginać, ale zmusiło sie do tego kształtu i tak już zastygło. To aż bolało. Od tej sztywności bolało go wszystko - nogi, drżące ręce, najbardziej barki i szczęka, a klatka piersiowa, Jezu Chryste, serce jakby nie było mu wcale, tylko ten bezlitosny ucisk prowadzący powoli do tej myśli wciśniętej gdzieś pomiędzy szok na widok tych wszystkich... Kolorów... Dusił się... Nie mógł złapać tchu.

Te kobiety walczyły ramię w ramię wypędzając ducha, co im zrujnował obiad w tej pięknej restauracji, a on nie mógł nic z tym zrobić. Zamiast tego był... Tak słaby jakby zachorował i robiło mu się jeszcze słabiej.

- L-Laurent... - Stęknął cudem, walcząc z rozdzierającym klatkę piersiową szarpaniem, wlepiając spojrzenie błękitnych tęczówek w swoje własne ciało. Skoro obie kobiety wciąż darły się po Tajsku, a jego ciało znajdowało się naprzeciw, wcale nie trzeba było wielkiej dedukcji aby dojść do tego, co się stało. To pewnie dało się odwrócić, albo jakoś mijało, ale i tak był tak cholernie przerażony. Wszystko wyglądało tak inaczej, nie potrafił tego w ogóle opisać, potrafił go jedynie przeżywać, ale te przeżycia ciągnęły go w dół, na tę twardą jak diabli, drewnianą podłogę.

Chciał powiedzieć jego imię jeszcze raz, ale nie przyszło już nic. Te wszystkie barwy zaczęły się rozmywać, a później była już tylko czerń.

Kiedy się ocknął, desperacko nabrał powietrza, jakby ktoś go przed chwilą podduszał, ale to nie była przecież prawda - nikt nie śmiał zacisnąć palców na jego szyi, zwyczajne to ciało oddychało płytko, a jemu się wydawało, że to duchota. Gdyby wstrzymał oddech, to ilu sekund by się doliczył? Dziesięciu? Niemożliwe, to było jak duchota, nie dało się tak funkcjonować, brakowało mu tlenu.

Z trudem otworzył oczy i znowu to widział. Sufit miał swój kolor. Jego własna twarz też miała kolor, nie była blada jak ściana, straszna i upiorna. Nic nie mówił. Drapał się po rękach od tego irytującego materiału i wpierw wpatrywał się tępo w jedną z palm, zanim jego oczy zaszły łzami.

Nie miał pojęcia co się stało z tym poltergeistem. Czy tak wyglądała zieleń?


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (7384), The Edge (7587)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa