Pokiwał głową że zrozumieniem, patrząc na tę paczkę fajek, która czekała na zapalenie. I w końcu po nią sięgnął - kiedy już talerz był prawie pusty, a te papierosy patrzyły na niego w ten znajomy, nieprzyjemny sposób. Przedmioty potrafiły mieć duszę, mamić i nęcć. Błogosławieni ci, którzy nigdy tego nie poczuli. Zapalił tego papierosa różdżką, która wróciła do prawowitego właściciela. Hasło "popełniasz błąd" zwróciło jego uwagę. W pierwszej chwili sądził, że chodziło o tego wspólnego papierosa. O którym zapomniał w pierwszej chwili tego rozemocjonowanania, nawet kiedy Flynn mu go tak wyraźnie podetknął wręcz pod nos. Lecz nie. Tu chodziło o coś bardziej oczywistego...
No tak. Rzeczywiście. Przecież Flynn ciągle biegał. Ciągle się ruszał. To było tak oczywiste, że prawie złapał się za głowę. Dawać jarczukowi coś na uspokojenie - Laurent aż się skrzywił z obrzydzeniem. Ale jakże trafne porównanie. Spojrzał na Dumę, który przyglądał mu się jak zaczarowany. Wiedział? Jakoś to pierwsze skonfiskowanie u tego psa minęło. A kiedy zobaczył kontakt wzrokowy to podniósł się, machając ogonem i przyszedł... Położyć się pod jego nogami. Magiczne stworzenia były niesamowite. Chciał się odezwać i potwierdzić, że w porządku - rozumie. Ale zamiast tego zakaszlał i teraz machał przed swoim nosem ręką. Papierosy smakowały inaczej w tym ciele.
Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na Flynna, kiedy ten rzucił jakże niefortunne przejęzyczenie. Pasowało do tego robienia sobie dobrze pod prysznicem. Chociaż wtedy brzmiało prawie jak kara - ale co to miałaby być za kara dotykanie ciała, które się uwielbiało.
- A co jeśli... Przypadkiem uszkodzę twoje ciało? - A potknie się na przykład? Brzmiało strasznie. Przecież nawet mała kontuzja mogłaby strasznie zaszkodzić. Pewnie to nie brzmiało już aż tak irracjonalnie dla człowieka, który doświadczył, że nawet z podnoszeniem się mogły być problemy. Laurent miewał lepsze i gorsze dni, ale w ostatnich tygodniach chyba większość było tych gorszych. - Dobrze... Duma. Noga. W końcu, co? - Wyciągnął ręce do jarczuka powoli, by podrapać go za uszami, na co ucieszony pies szczeknął głośno. Spojrzał na Flynna, jak ten próbował ograniczonych możliwości jego własnego ciała... Podszedł do niego, żeby musnąć palcami jego twarz i złożyć delikatny pocałunek na wargach. Ostatnie zaciągnięcie się papierosem, dojedzenie tego, co na talerzu zostało i zgaszenie resztki fajki w popielniczce na dworze. Jarczuk wystartował przodem, szczęśliwy, a on za nim.
To było jedno z najlepszych doznań ostatniego czasu. Podobne do tego, które czuł lecąc na grzbiecie abraksana. Nic nie krępowało jego ruchów. Nic nie mówiło, że musiał przerwać, bo może się to kiepsko skończyć. Po prostu biegł. Z rozwianym włosem, czując uderzającą do głowy dopaminę. Miał siłę. Mógł wiele. Mógł... Wszystko. Flynn miał rację - to nie było to zdenerwowanie, któremu nie mógł zaradzić, które powinien usypiać używkami.
Wrócił spocony. Zmęczony. Ale z uśmiechem. Ze śmiechem łapiąc łapy Dumy, kiedy ten go obskakiwał, a jego ciężar nie był problemem. Jeszcze przez chwilę jego śmiech niósł się po ogrodzie, kiedy ganiał się z psem, dopóki nie zatrzymał się, opierając ręce o swoje kolana, dysząc ciężko.
- Już, Duma... Wystarczy... Hahaha... Wystarczy. - Wytarmosił wielkie psisko po pysku i w końcu się wyprostował, wchodząc na deski tarasu. Gotów się umyć i... Paradoksalnie - z nową energią zabrać Flynna... Wszędzie m dokądkolwiek. Chciał mi pokazać znowu ten ogród, zabrać do rezerwatu, pokazać te rzeczy, za jakie ludzie płacąc grube pieniądze, by ktoś ich oprowadził i je pokazał. Bajeczne widoki tego starego lasu z jego kwiatami i magvixnycmi stworzeniami. A potem... Poczekać na zachód słońca na plaży.