Krople spływały po szybie jak tancerki zsuwały się na szarfach ponad deskami cyrkowej sceny. Wszystko wokół było ciemne - i tylko światło najeżdżające na nie. Wiraż barw odbijających się w ich cekinowych stronach i ciała jak z waty. Szukały swojej własnej drogi, zaraz szybciej w dół! Lecz nie... teraz łagodnie w prawo... Czerwień przyświeciła na pierwszym centymetrze, ale tych pięć centymetrów niżej już złapało odbicie złota. Och, a cóż to? Błękit - nie, to niebieski - jak kolor smutku, który przypominał o tym, że nawet najbardziej gorąca czerwień mogła skończyć ofiarą największego z doznań.
Krople wody na smutnej szybie były ofiarą ciepła mieszkania, które tętniło ludźmi. Niepowtarzalne płatki śniegu uderzały do nas - Laurent słyszał każde ze stuknięć tych malutkich żyć - i nie mogły się tu dostać. Ale gdyby..? Otworzyć okno, zaprosić je do środka. Stać się częścią świata, który teraz nie był częścią nas. Gdyby..? Gdyby na niebie widać było gwiazdy, gdyby Noktur nie był taki parny. Parny... bo tu było chyba parno. Możliwe...
- Monsieur... na pewno się pan nie napije? - Słodki uśmiech na wargach damy, która mało po kobiecemu usiadła na stoliku, zasłaniając Laurentowi widok na okno. Ubrana w czerwoną kreację barwioną kwiatami jak kolorowy ptak, z czerwoną szminką na ustach. Z odsłoniętymi ramionami, wystawiając zgrabną nogę, kiedy wsuwała w zęby fajkę. Przeszkoda. Nie płatek śniegu, który się topił, chociaż Laurent widział to w niej oczach - ona chciała zostać roztopiona. Uśmiechnął się do niej - ulotnie tak samo, jak łatwo zefir podrywał do tańca każdą z zamarzniętych kropel wody. To właśnie z nich powstawały te dzieła sztuki. Takie samo dzieło potrafił stworzyć człowiek ze swojego uśmiechu. Pokręcił lekko głową. Kobiecie więcej nie było potrzeba. Mógł odprowadzić ją wzrokiem, jak kręciła biodrami odchodząc. Wiedział, co właśnie tliło się w jej głowie. Jego strata. A może nie..?
Blondyn obrócił głowę w kierunku mężczyzny, który trzymał dłoń na jego nodze - ale zajęty był rozmową z kimś innym. Jak się tutaj znalazł, z kim dokładnie przyszedł - nawet nie pamiętał. Pamiętał tylko żal za płatkami śniegu. Jakby siedział tu od zawsze - Kai ze szkiełkiem w oku, zgubiony przez Królową Lodu. Ale przecież to nie jego rola w jego bajce...
Czyżby?
Wśród tych kolorowych ptaków i ludzi ubranych w czerń siedział anioł na dużej kanapie. Biała plama rzeczywistości, boleśnie realna i odcięta od ludzi dookoła. Jak śnieg za oknem. Jak płatek - równie chłodny - który zapomniał, że kiedyś był kroplą wody. Inna liga. Biel jego ubrania, złota biżuteria prezentująca jego szyję, blada karnacja. Każdy gest, każdy nawet ruch, był jak delikatne muśnięcie pędzla malarza tworzącego swe Magnum Opus. Anioły musiały istnieć na tym świecie. Jak inaczej wytłumaczylibyśmy, że tyle Diabłów zapałętało się w tym zgniłym zakątku Londynu? Nie, Laurent tutaj nie pasował, a jednocześnie nikt nie wydawał się myśleć tym torem. Między oparami dymu palonych ziół, opium i papierosów.
Błękit oczu miał przed oczami posmak tego, jak bawili się ludzie poza złotymi salonami. Czy miało to lepszy smak? Autentyczność rozmywała się o podniebienie tym swędzącym, nagle przeszkadzającym dymem nikotyny. Przeprowadzał wiwisekcję ludzi za życia - ale tutaj żaden z tych ludzi nie zachwycił go swoją klasą. Odtrącił rękę ze swojego kolana z niechętnym westchnięciem i podniósł się nieco ociężale. Błędniku, czy jeszcze tu jesteś? Nie, ja wiem, to nie jest ten lot, który nam obiecywano. Kto widział anioła chodzącego o własnych nogach? Tancerki na szybie wabiły ciągle tak samo - nikt wokół nie był tak samo chłodny i gorący zarazem jak one. Jego wolny krok w stronę okna był krokami osoby, która chciała się dostroić do tego powolnego tańca, do którego się zbliżał. I w końcu mógł dotknąć palcami szyby. W końcu jego oddech rozbił się na niej, zostawiając niewyraźną smugę po ciele.
Nie, nie miał być w tej bajce Kaiem.
Miał być Gerdą, która wymyła szkiełko z oka zagubionego chłopca i ukradła miłość sprzed nosa Królowej Lodu.