24.01.2023, 08:33 ✶
Czy człowiek zdaje sobie sprawę, że umiera?
W przypadku Cody'ego ta myśl mimochodem przeszła mu przez głowę. Mógłby wnioskować to po ilości przyjętych zaklęć destrukcyjnych jednak one nie zabijały a jedynie wywoływały ból. Właśnie odkrył, że pęknięcie obojczyka boli na tyle aż mdli od najmniejszego drgnięcia tułowia. Bolało, bo oddychał szybko i płytko. Nie było to łatwe bo pluł krwią i jednocześnie zaciskał obie ręce na brzuchu. Nie był pewien co z niego chciało się wydostać - jelito, żołądek, zmiękczona alkoholem wątroba - ale uparcie nie chciało zostać tam, gdzie jego miejsce. Rozumiał, że liczy się wnętrze ale bez przesady! Przywiązał się do swoich wnętrzności, nie potrafiłby znieść rozłąki. Taki był z niego właśnie człowiek - w sytuacji beznadziejnej jego myśli okalał wisielczy humor. Wysyłał je w przestrzeń, łudząc się, że telepatia go ocali. Krzyczał w myślach o pomoc, może ktoś go usłyszy? Wołał:
-"...do cholery jasnej, pomocy kurwa, bo tu szczeznę! Ma ktoś chwilę? Zawoła ktoś uzdrowiciela? KURWA MOJE JELITO!! - acz nikt go nie słyszał. Była późna godzina. Kilka godzin temu wyszedł z Dziurawego Kotła z urodzin przyjaciela. Bawili się pół nocy, śmiali, śpiewali, tańczyli na stole, wyciągali sponiewieranych spod stołu, rywalizowali w karaoke… a dwie godziny potem leżał w brudnej uliczce i umierał. Został tu wciągnięty i od razu zaatakowany. Mógł być z siebie dumny bo "sprawiał problemy". Te dwa słowa definiowały jego imię. Nie był łatwym celem. Ktokolwiek chciał go sprzątnąć to musiał się trochę zmachać bo kto jak kto ale Brandon był zwinny i obronę miał ładnie wyuczoną. Jakże cieszył się, że szlifował defensywę dla szpanu. Szkoda tylko, że te umiejętności nie ocaliły mu życia.
O czym myśli czarodziej kiedy walczy na śmierć i życie?
Broń się i uciekaj. Alice go zamorduje jeśli nie ucieknie. Rhea przemówi wrzaskiem i go opierdzieli jeśli to zaklęcie tarczy mu nie wyjdzie. Co by pomyślała matka? "Po co była ci ta cała magia…"
Tyle lat nauki, wychowania, poznawania świata aby skończyć w ten sposób? Nie wiedział gdzie leży jego różdżka. Prawdopodobnie w tej kałuży krwi albo w tamtej. Już nie zliczy ile tego tu jest. W pewnym momencie nie miał sił trzymać otwartych oczu. Trząsł się z gorączki i zapewne z jakiegoś medycznego powodu, którego nigdy w życiu by teraz nie wymyślił. Nie było mu zimno. Z lewej strony płonął kontener na śmieci. Żałował, że nie paliła się noga tej szui, która go tak urządziła. Mimo wszystko mógł być z siebie dumny, że zaklęciem transmutacji usunął kość z jego ręki. Przemilczy fakt, że w odwecie szuja rozerwała mu brzuch. Nie musi wspominać, że żadne inne rzucone zaklęcie nie trafiło w napastnika. To jedno jedyne ale za to jakie bolesne. Napawałby się tym gdyby tak piekielnie nie bolało. Nie był męski, z jego oczu cisnęły łzy bo się cholernie bał. Był przerażony, że nikt go nie słyszy. Nie był w stanie się nawet doczołgać zza róg uliczki.
Wolał w myślach, próbował odezwać się i krzyknąć ale krew zalewała gardło. Męczył się długo zanim dopadła go przyjemna senność. Gdzieś w myślach przypomniał sobie scenę z mugolskiego filmu gdzie zrozpaczona dzierlatka wyła nad ciałem ukochanego i krzyczała "nie zasypiaj!". Przydałaby mu się taka niewiasta, co go przytrzyma przy świadomości. Gdzie są te dwie, które zawsze przy nim były? Ach, sam im mówił, że to męski wieczór. Wiedział, że bez nich zginie ale żeby dosłownie…
W pewnym momencie ból minął. Wszystko minęło. Leżał w dużej kałuży krwi, blady, nieruchomy. Ciszę przerywało trzaskanie ognia pochłaniającego kontener. Ktoś tu w końcu przyjdzie zwabiony małym pożarem i znajdzie ciało dwudziestodwulatka.
W przypadku Cody'ego ta myśl mimochodem przeszła mu przez głowę. Mógłby wnioskować to po ilości przyjętych zaklęć destrukcyjnych jednak one nie zabijały a jedynie wywoływały ból. Właśnie odkrył, że pęknięcie obojczyka boli na tyle aż mdli od najmniejszego drgnięcia tułowia. Bolało, bo oddychał szybko i płytko. Nie było to łatwe bo pluł krwią i jednocześnie zaciskał obie ręce na brzuchu. Nie był pewien co z niego chciało się wydostać - jelito, żołądek, zmiękczona alkoholem wątroba - ale uparcie nie chciało zostać tam, gdzie jego miejsce. Rozumiał, że liczy się wnętrze ale bez przesady! Przywiązał się do swoich wnętrzności, nie potrafiłby znieść rozłąki. Taki był z niego właśnie człowiek - w sytuacji beznadziejnej jego myśli okalał wisielczy humor. Wysyłał je w przestrzeń, łudząc się, że telepatia go ocali. Krzyczał w myślach o pomoc, może ktoś go usłyszy? Wołał:
-"...do cholery jasnej, pomocy kurwa, bo tu szczeznę! Ma ktoś chwilę? Zawoła ktoś uzdrowiciela? KURWA MOJE JELITO!! - acz nikt go nie słyszał. Była późna godzina. Kilka godzin temu wyszedł z Dziurawego Kotła z urodzin przyjaciela. Bawili się pół nocy, śmiali, śpiewali, tańczyli na stole, wyciągali sponiewieranych spod stołu, rywalizowali w karaoke… a dwie godziny potem leżał w brudnej uliczce i umierał. Został tu wciągnięty i od razu zaatakowany. Mógł być z siebie dumny bo "sprawiał problemy". Te dwa słowa definiowały jego imię. Nie był łatwym celem. Ktokolwiek chciał go sprzątnąć to musiał się trochę zmachać bo kto jak kto ale Brandon był zwinny i obronę miał ładnie wyuczoną. Jakże cieszył się, że szlifował defensywę dla szpanu. Szkoda tylko, że te umiejętności nie ocaliły mu życia.
O czym myśli czarodziej kiedy walczy na śmierć i życie?
Broń się i uciekaj. Alice go zamorduje jeśli nie ucieknie. Rhea przemówi wrzaskiem i go opierdzieli jeśli to zaklęcie tarczy mu nie wyjdzie. Co by pomyślała matka? "Po co była ci ta cała magia…"
Tyle lat nauki, wychowania, poznawania świata aby skończyć w ten sposób? Nie wiedział gdzie leży jego różdżka. Prawdopodobnie w tej kałuży krwi albo w tamtej. Już nie zliczy ile tego tu jest. W pewnym momencie nie miał sił trzymać otwartych oczu. Trząsł się z gorączki i zapewne z jakiegoś medycznego powodu, którego nigdy w życiu by teraz nie wymyślił. Nie było mu zimno. Z lewej strony płonął kontener na śmieci. Żałował, że nie paliła się noga tej szui, która go tak urządziła. Mimo wszystko mógł być z siebie dumny, że zaklęciem transmutacji usunął kość z jego ręki. Przemilczy fakt, że w odwecie szuja rozerwała mu brzuch. Nie musi wspominać, że żadne inne rzucone zaklęcie nie trafiło w napastnika. To jedno jedyne ale za to jakie bolesne. Napawałby się tym gdyby tak piekielnie nie bolało. Nie był męski, z jego oczu cisnęły łzy bo się cholernie bał. Był przerażony, że nikt go nie słyszy. Nie był w stanie się nawet doczołgać zza róg uliczki.
Wolał w myślach, próbował odezwać się i krzyknąć ale krew zalewała gardło. Męczył się długo zanim dopadła go przyjemna senność. Gdzieś w myślach przypomniał sobie scenę z mugolskiego filmu gdzie zrozpaczona dzierlatka wyła nad ciałem ukochanego i krzyczała "nie zasypiaj!". Przydałaby mu się taka niewiasta, co go przytrzyma przy świadomości. Gdzie są te dwie, które zawsze przy nim były? Ach, sam im mówił, że to męski wieczór. Wiedział, że bez nich zginie ale żeby dosłownie…
W pewnym momencie ból minął. Wszystko minęło. Leżał w dużej kałuży krwi, blady, nieruchomy. Ciszę przerywało trzaskanie ognia pochłaniającego kontener. Ktoś tu w końcu przyjdzie zwabiony małym pożarem i znajdzie ciało dwudziestodwulatka.