• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
jesień 1972, 8 września // popiół

jesień 1972, 8 września // popiół
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#1
23.03.2025, 21:36  ✶  
ósmego września 1972 roku
około godziny dwudziestej
rezerwat New Forest

...Ciemność, zgnilizna i Czerwony Mór
zawładnęły wszystkim.


(klik)

Wszystko, co dobre ma swój koniec. Zgodnie z tą myślą swój koniec miało ciepłe lato - niedługo całkowicie zaniechają leżenia w pełnym słońcu i wygrzewania się w jego blasku. Kończyło się również zaufanie, które próbowano pomiędzy nimi zbudować. Nie, nikt się po nim nie spodziewał lekkości w życiu i formułowaniu myśli, ale całkiem nieźle wychodziło mu budowanie narracji, że dało się oprzeć o niego ramię, a jednak... pojawiło się to - smutne słowo odchodzę wiszące gdzieś zawsze w każdej relacji. Nie myślałeś chyba, że masz mnie na zawsze? Nic nie było na zawsze. Nawet ten świat nie był na zawsze. Kiedyś umrą, zgniją, zeżrą ich robaki. Kiedyś zamienią się w proch, ileś tysiącleci może przeleżą blisko siebie, ale w perspektywie nieskończoności rozwieje ich wiatr, wsiąknie ich ziemia wraz z wodą. Może ta planeta przestanie kiedyś istnieć, a ich szczątki, przetworzone już nieskończoność nieskończoności razy, pognają w kompletnie inne rejony wszechświata, będąc budulcem zupełnie nowej materii, której przez moment też będzie się wydawało, że ma w tym ogromie wszystkiego jakiekolwiek znaczenie.

Jedyne co mieli, zdaniem Crowa, były złudzenia i możliwość podejmowania decyzji za samych siebie. On... ostatnio podjął kilka złych decyzji. Może dlatego cisza pomiędzy nimi była wygodna. Nie dosłowna cisza, bo Crow leżący na gałęzi rozłożystego dębu czytał Maskę Czerwonego Moru Edgara Allana Poe, częstując powieścią bujającego się na huśtawce blondyna.

Przepraszam, że próbowałem się zabić, ale zobacz, moje znikome zdolności rzemieślnicze obejmują robienie dziur w deskach i obwiązywanie ich sznurem. Gdyby nie to, że ostatnio naprawdę nie chciało mu się żyć i czuł się skrajnie bezużyteczny, parsknąłby śmiechem, słysząc to. Aktualnie... pewnie powstrzymałby ledwo gniew i łzy.

Znajdowali się oboje pod koroną tego dębu, od pokoleń rosnącego w samotności na skraju małej łąki. Chropowata kora, popękana i ciemna, nosiła w sobie pamięć wielu lat istnienia - mniejszych i większych szelestów wiatru, kropli deszczu spływających po szczelinach - ale to był pierwszy raz, kiedy takie drzewo doświadczało ludzkiej radości. Tak przynajmniej sądził on - bo on często wspinał się na drzewa i znał drzewa, które nawykły do uginania się pod ciężarem ludzkich nóg, które dostosowywały swój kształt do lin huśtawki, które ktoś połamał, torując sobie drogę do korony. Trochę więc szkoda, że wśród gęstwiny liści, pomiędzy którymi tańczyły złociste refleksy zachodzącego, wrześniowego słońca, wciąż pobrzmiewały echa minionych dni. Dzisiaj nikt na tej korze nie wyryje nożem cudzych inicjałów. Było świadkiem miłości, ale miłości aktualnie... trudnej.

Po zakończeniu opowieści zamknął książkę i położył ją na swoim brzuchu. Obserwował, jak jasnowłosy chłopak wprawia nową zabawkę w ruch. Plecy opierał o pień, nogi mu luźno zwisały po bokach, utrudniając mu zsunięcie się. Niebo widziane przez Flynna było jak zwykle szare. Jedynie wiedza o otaczającym go świecie przypominała mu, że nie było już letnie, nawet jeżeli zachowało swoją przejrzystość. Niedługo będzie tęsknił za upałami.

- Ale suną do nas ciemne chmury - zauważył nagle, zerkając przez prześwit w koronie. Nadchodziła jesień - jeszcze nie była tu całkiem, miała o sobie tak głośno nie przypominać, ale jej obecność stała się na moment namacalna. - Jak się nie pospieszymy, to przemokniesz - dorzucił, zupełnie tak, jakby dla Laurenta bycie przemoczonym miało być jakimś koszmarem. Wciąż był jak dziecko. To on nie chciał być mokry.

Cóż, pozostawało mu zsunąć się po tym pniu, zeskoczyć na równe nogi i podać Laurentowi rękę, jeżeli nie zamierzali tutaj zmoknąć. Jeszcze tego nie wiedział, był zbyt skupiony na treści książki i próbował wyłapać czy blondyn zrozumiał, dlaczego ta akurat była jego ulubioną (tak, bo bardzo wyraźnie opisywała kolory i wzbudzała naturalną ciekawość kogoś, kto tych kolorów był pozbawiony od dzieciństwa), więc nie spostrzegł, że te chmury ciemne nie niosły ze sobą ani jesieni, ani letniej burzy. Popiół, powoli sypiący się z nieba dla Crowa wyglądał tylko i aż jak płatki ciemnej rośliny kołyszące się na delikatnym wietrze.


// rzemiosło ◉○○○○, aktywność fizyczna ◉◉◉◉○, daltonizm I, porywczy I, lęk przed byciem bezużytecznym 0


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#2
24.03.2025, 15:04  ✶  

Lubił latać. Uwielbiał jeździć na grzbiecie abraksanów, bo wolność stawała się wtedy prawdziwa. Miała kształt i kolory. Barwy nieba i chmur. Wiatr smagał w twarz i burzył fryzurę. Nikt się tym tam nie przejmował. Nikt nie próbował cię poprawiać, nie oceniał. Wolał abraksany od ludzi, bo abraksany i konie nie kłamały. Ufały bezgranicznie temu, kto się do nich zbliżył i nie ufały tym, którzy przychodzili z zewnątrz. Jakby rodzina znaczyła tam o wiele więcej.

Lubił opowieści lasu. Drzewa zawsze miały wiele do powiedzenia. Wystarczyło wsłuchać się w szmer listowania. Dać szansę migotaniu świateł w koronach drzew. Poczuć skrzypiące gałęzie i korę pod palcami. Niektóre z tych opowieści były całkowicie młode, inne sięgały czasów, które ledwo pamiętali magowie.

Lubił książki, które wychodziły spod ręki czarodziei jak i mugoli. Te powieści, które tchnęły filozofią czasów swoich i dawnych. Przekazy skomplikowane i te najbardziej proste. Naukę, jaką można było z nich wyciągnąć, garściami opiewała na tym, co najwyższe i tym, co całkowicie niskie, okrutne, przyziemne. Od agape aż po morte. Od teog, co przyjemne, aż po okropieństwa ludzkich jaźni.

Lubił też rzeczy nowe. Wszystko, co niepoznane i co tchnęło małą kapką tajemnicy czekającej na odsłonięcie. Zaspokojenie ciekawości nie zawsze ją zabijała. Zabił wiele ciekawostek dotyczących Flynna. Nie stracił przy tym nim zainteresowania. Lubił też, kiedy Flynn mu czytał, tak samo jak lubił czytać jemu. Wolał to niż samotne spędzanie czasu przy książkach.

Ta chwila składała się na mnóstwo rzeczy, które lubił. Mimo to uśmiech nie zdobił jego twarzy. Melancholia obejmowała jego umysł jak jesienny wiatr obejmował swoimi ramionami Anglię i przeczesywał platynę jego włosów. Huśtał się delikatnie. Bardziej niż latanie przywodziło to na myśl lewitację. Patrzył na drzewa i rysujące się morze, które zapomniało, czy było oddzielnym bytem, czy jednością z niebem. Widok piękny - powinien napełniać go zachwytem i radością. Tylko że drzemała w nim pustka, którą nic nie chciało wypełnić. Nie mogło wypełnić. Ledwo chwilowe radości i odczucia go nawiedzały, by zaraz przepadać w tej czarnej dziurze, pochłaniane przez nią jak ku złośliwości. Bo przecież na widok sprezentowanej huśtawki naprawdę się ucieszył.

Umiłowanie Flynna do rzeczy upiornych kłóciło się zupełnie z tym, że siedział w New Forest i lubił trzymać na sobie nogi chyba jednej z najbardziej łagodnych ludzi tego świata. Albo i nie? Może jego umiłowanie polegało na niszczeniu tego, co najśliczniejsze i najbardziej łagodne? Laurentowi to było już chyba obojętne. Niech niszczy. Niech dewastuje ten kawałek raju - przecież i tak dawno został zgwałcony i zalany błotem. Mógł łamać dalej skrzydła, żeby nie dało się latać, bo i tak nie miały piór do rozdawania. Co za różnica, czy łamiesz dalej już i tak połamane serce. Żadna.

I powinno robić to na nim większe wrażenie. Niektóre upiorne fragmenty sprawiały, że unosił głowę w górę. Czy wiedział, jak przyjemny miał głos? Jak ta membrana sprawiała, że chciał go słuchać? Nawet jego odchrząkiwania, to, że wcale nie miał głosu klarownego, jak potrafił czasem się jąkać, albo potrzebował czasu, żeby w ogóle się zastanowić, co powiedzieć. Musiał o tym wiedzieć - przecież Laurent mu to ciągle powtarzał. Powinno robić na nim większe wrażenie to, że śmierć była realnym bytem. Prawdziwą damą o własnych zasadach, ponad bogami, ponad wszystkim, co obejmowalne głową. Dziwne - wystarczy ją pomalować wyraźną farbą, żeby z niewiadomej stała się twoją przyjaciółką.

Podniósł wzrok na niebo i przymrużył lekko oczy. Paskudna, czarna chmura zwiastująca burzę. Dziwne. Tak, w istocie dziwne - bo Laurent wcale nie czuł burzy w powietrzu. Mimo to przeszedł go dreszcz i złapał głębszy oddech, jakby powietrze stawało się nieco gęstsze. Zsunął się niezgrabnie z huśtawki i wyciągnął dłoń do czarnowłosego w odpowiedzi na jego gest.

- Jakbyś nie zauważył - lubię być mokry. - Nie ważne, czy chodziło o leżenie w wannie, siedzenie tyłkiem w morzu przez pół dnia, czy letni deszcz w ogrodzie. Czego nie lubił to tego, kiedy deszcz rujnował mu fryzurę i sprawiał, że potem musiał zadbać o swoją garderobę, a wszystko lało się na panele w domu. I już robił pierwszy krok, od którego zaczynać miała się każda podróż, ale przy tym drugim już się zatrzymał. - Och... - Uniósł drugą dłoń, wyciągając ją na spotkanie popiołu. Przesunął po nim kciukiem, patrząc z niezrozumieniem na szary ślad pozostawiony na swojej skórze. Przymrużył oczy, kiedy jedna z drobin opadła na jego nos i znów podniósł oczy ku niebu. - Flynn... zobacz, co się dzieje w New Forest. TERAZ. - Jego głos stał się nagle napięty, bo przecież pierwsza myśl brzmiała tak: rezerwat płonie. Mimo to żadna łuna ognia nie unosiła się nad lasem. - To popiół. - Dodał, gdyby zobaczył jakąkolwiek wątpliwość czy niezrozumienie na twarzy czarnowłosego.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#3
01.04.2025, 20:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2025, 14:29 przez The Edge.)  
Ale ja nie lubię być mokry.

Nie potrafił tego zakomunikować. Nie potrafił wydusić z siebie tych słów. Był... sztuczny. Tak, to była sztuczność, a płynęła od kogoś, kto by się zarzekał, że nie obchodzi go, kim jest i jakie łatki nakłada na niego świat. Uśmiechnął się w całej niezręczności tego, wciąż głęboko przeżywając to wszystko, co doprowadziło ich tutaj, do dnia dzisiejszego. Nie myślał o tym w ten sposób, bo tego w sobie nie rozumiał - dziecięcego egocentryzmu wszytego grubą nicią we w dorosłe życie. Dużo bawił się z dziećmi, wydawało mi się, że rozumiał dzieci - młodych Bellów, którzy potrafili zamknąć oczy i wydawało im się, że dzięki temu nikt ich nie widzi, ale nie rozumiał ich w pełni - nie wiedział o tym jak egocentryzm działał na ich psychikę i jak ściągały na siebie odpowiedzialność za całe zło wokół nich. Gdyby to wiedział, być może zauważyłby w tym siebie - tego małego chłopaka pewnego swojej winy w porzuceniu przez matkę. A gdyby był minimalnie bardziej spostrzegawczy, miałby szansę dostrzec, że dzisiaj też obwiniał się za wszystko. Bo Laurent nie był wesoły. Bo nie mówił z pasją, radością i zaangażowaniem o rzeczach, które kochał. Bo Cain gryzł piach i żarły go robaki, a miał przed sobą jeszcze tyle życia. Bo Alexander był zniszczony. Bo dusza Fontaine skrajnie się zepsuła, a całowanie jej smakowało jak jedzenie łyżkami popiołu z wczorajszego ogniska. On to wszystko zrobił. Albo nie zrobił czegoś, co miało temu zapobiec.

Tak, to było durne. Bo zawsze sobie mówił, że tym, co lubił w ludziach, były wady. Niedociągnięcia. Nie spostrzegł jednak, że wybieranie mankamentów urody, na których zawieszał spojrzenie, nijak miało się do widzenia wad prawdziwych. Jego psychika nie psuła się, kiedy tylko miał krytykować kogoś, kogo zdążył już wynieść do rangi boga. Mówił, że w bogów nie wierzy, ale tworzył ich tak jak wszyscy inni ludzie na tej planecie. I tworzył tych bogów dobrymi. Mugolscy bogowie topili wszystkich grzeszników i wypowiadali wojny niewiernym. Czarodziejscy bogowie bawili się kołem roku i pozostawali obojętni na krzywdę i zło. I wszyscy oni wciąż pozostawali w spojrzeniu wyznawców... dobrzy. I wszyscy ludzie, których kochał, Flynn też byli dobrzy. Bo nikt nie chciał słyszeć o tym, że jego bóg jest zły, że go trzymał po to, żeby się bawić jego cierpieniem... I tak jak mugole wierzyli w dźwiganie na barkach grzechów tego świata, w to, że im ten bóg władzę nad światem przyrody i oni go zawodzili, tak i Flynn wierzył w ciężary, które miał nosić za takie szczęście, a im bardziej bezużyteczny się czuł, tym bardziej się to nasilało.

Nie lubił być mokry, ale jeżeli Laurent chciał być mokry, to niech będzie. Może jak będą mokrzy, to wszystko się naprawi i przestanie kłamać, że biega dłużej z potrzeby ruchu, a nie z powodu padania na kolana za wysokimi skałami na wybrzeżu i płakaniu tak głośno jak pozwalały mu na to płuca, ale poza zasięgiem widzenia i słyszenia innych ludzi.

Spróbował się uśmiechnąć.

To nie był koniec świata, tak?

Rozmawiali ze sobą, była ta huśtawa, była książka, było spędzanie razem czasu, było choćby minimalne zaangażowanie w jej treść. Każdy detal był dla niego ważny, on to wyliczał, dodawał, kalkulował, poszukiwał w tym bezpieczeństwa. No bo dzieciom zawsze mówiło się, że to nie twoja wina, ale wiernym nigdy. To zawsze była twoja wina. Wina, którą należało odpokutować.

I to wszystko pod membraną oddzielającą jego wewnętrzne przeżycia od figury chaotycznego anarchisty, za jakiego go miał każdy wokół.

Jeżeli coś go miało z tego wyciągnąć, w istocie była to komenda - miał coś zrobić, tu i teraz. Więc pojawił się oddech, większy. Taki, co zbroił ciało, zmuszał do nastroszenia czarnych piór i wyglądania na groźniejszego. Pojawiła się książka w palcach blondyna, zastępująca ciepłą dłoń, jaka otulała go wcześniej. A później świst teleportacji rozdzielił ich na kilka minut, bo pojawiło się: zobacz, a nie pokaż mi. Więc znów biegł przez ten las sam. I kiedy wrócił, nie miał dobrych wiadomości.

Skrzypnięcie czasoprzestrzeni, z której wypadł przez Laurentem wraz z głośnym świstem powietrza, sugerowało teleportowanie się w mniejszym skupieniu niż zwykle, nawet jeżeli zdawał się być wirtuozem tego typu zaklęć.

- Nic nie płonie, ale to - wyciągnął do niego rękę, pokazując kilka kolejnych kawałków popiołu leżących na jego suchej, popękanej dłoni - sypie się z tych chmur. - W jego niezbyt wnikliwej ocenie cokolwiek to było wyglądało jak postrzępione, wypalone kawałki pergaminu. Takie resztki pozostałe po paleniu listów nad świecą. - Lecą znad Londynu. Znaczy od strony Londynu. Nie ma żadnych od morza. Klątwa? - I nagle w oczach pojawiło się lekkie zwątpienie. To smutne pytanie: jest coś, o czym mi nie powiedziałeś? Znowu? Czy był jakiś list, o którym nie usłyszał, chociaż powinien? Ale to zwątpienie nie pozwoliłoby mu nie zareagować poprawnie. Otoczył go ramieniem i znów pojawił się świst, zabrakło skrzypnięcia. Przenieśli się oboje na ten drewniany taras, na którym tak lubił leżeć. Jeszcze nie wiedział, jaki czeka go koniec, jeżeli nie uda im się powstrzymać tego dziadostwa. - Jeżeli te chmury niosą coś, co doprowadzi do zapłonu, to nie zasłonimy całego lasu. Musimy coś wybrać. Ale to... - Nie potrafił tego dokładnie opisać. - To nie wygląda, jakby chciało przykryć cały rezerwat. To wygląda, jakby to gówno leciało konkretnie nad twój dom. Jakby cię wybrało. - Odrobinę się w tym zgubił. Znowu na moment zamiast być człowiekiem trzymającym Laurenta mocno, stał się maszyną analityczną rozważającą w głowie wszystkie dostępne rozwiązania problemu. Zapomniał powiedzieć nasz dom. Nawet tego nie zauważył.

// porywczy I, lęk przed byciem bezużytecznym 0


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#4
03.04.2025, 11:56  ✶  

Mówili, że jest wielu łaskawych bogów na tym świecie. Tych niesłychanie mądrych, tych pragnących podzielić się z tobą całą posiadaną wiedzą. Tych wspaniałomyślnych i wybaczających. Laurent chciał być Bogiem. Czyim? Po co? I jako które bożyszcze miałby być oglądany? Zły, podły, bezczelny? Nie. Jako złoty miód, co łączy się z mleczną rzeką w Krainie Dostatku i Spokoju? Twoja własna Atlantyda, którą odnalazłeś wraz z pierwszym dotykiem bladych dłoni? Tak. Chciał być zbawieniem. Odkupieniem. Rozgrzeszeniem, którego nie mógł dać żaden inny szalony bożek. Tymczasem nie potrafił rozgrzeszyć osoby, której widok czynił mu radość każdego poranka. Teraz spoglądał na nieo i zastanawiał się, czy nie jest mu obcy. Po tych wszystkich słowach, po tych wszystkich obietnicach, okazał się wart dokładnie tyle samo, co każdy inny. By wybaczyć komukolwiek, najpierw trzeba wybaczyć sobie. Szukasz odpowiedzi na pytanie, czy popełniłeś jakiś błąd. Och tak, popełniłeś - wpuszczając The Edga do swojego życia. Tak? Nie. To nie był błąd. W każdej chwili można było go wyprosić. Nie byłeś od niego uzależniony, tym bardziej nie byłeś od niego zależny. Może odrzucenie go sprawiłoby, że znów podjąłby próbę zabicia samego siebie, ale nie potrafiłeś poczuć szarpania serca na myśl o tym, kiedy mu się przypatrywałeś. Starałeś się być dobry, kochany, łagodny - jak zawsze, a może nawet bardziej. To jedno pytanie jednak nigdy nie opuszczało myśli, nawet jeśli Laurent maskował je w swoich spojrzeniach. Nie o to, czemu chciał go zostawić, nie. Naprawdę to rozumiał. Pytanie: dlaczego poszedłeś do niego, a nie do mnie. Wydarzyło się coś tak ważnego, ale on nie przyszedł do ciebie. Pewnie z tego samego powodu, z którego Edward wolał patrzeć, jak dusisz się na podłodze, niż pomóc. Za słaby. Niewystarczająco dobry. Skoro tak, trzeba stać się silniejszym. Wymagało ogromu siły, by pozostać łagodnym podczas zbrojenia się. Zbroje były ciężkie, a jeszcze cięższe bywały bronie, które się do nich zakładało.

Żeby być łaskawym bożkiem musiał się jeszcze wiele nauczyć.

Złapał książkę i zacisnął na niej palce, stojąc w tym samym miejscu napięty. Wypatrywał barw na niebie pochłanianym przez ciężkie chmury. Wsłuchiwał się w plotki słane między listowiem i szmer fal nie zaniepokojonych żadnymi wydarzeniami. Nie dla nich były ziemskie tragedie, póki tragedia nie spotykała jednego z ich stworzeń. Przyłapał się na tym, że wystukuje nerwowy rytm na okładce. Przestał. I w tej samej chwili podskoczył, kiedy świst teleportacji wypuścił potykającego się niemal o własne nogi Flynna. Zmarszczył brwi, gotów jeszcze go zrugać za taką nieprecyzyjność, ale nie dostał na to czasu. Wyciągnął dłoń do dłoni Flynna i przejechał palcem po pyle. To samo, co spadło na jego rękę. Jak resztki z ogniska - w istocie niemal jak skrawki papieru porwane przez wiatr.

- Znad Londynu... - Powtórzył w zamyśleniu, przyglądając się szarości rozmazanej na jego palcach. - Zabierz mnie do New Forest... pod dom Vincenta - Kiedy tylko nie pojawiło się hasło, że wszystko znowu płonie, ten żar paniki, który czekał na swoją oliwę, przygasł. Dopiero wtedy uniósł wzrok na Flynna i zobaczył to... zwątpienie? Smutek? Wiele smutku było ostatnio w tych oczach. Pięknych oczach. - Nie wiem. - Rzeczowość odpowiedzi nie była miękka - miała ten sam stanowczy wyraz co wydawane żądania. Nie prośby - żądania. - Wybrało? - Tak, to rzeczywiście zaczynało brzmieć jak jakaś klątwa. Albo przynajmniej celowe działanie. - Zostawisz mnie pod domem Vincenta i pójdziesz do Alexandra. Wszyscy goście mają zostać ewakuowani z terenu stajni i rezerwatu. Niech pracownicy pozasłaniają czymś usta. Ty też.- Dodał to ostatnie, bo Flynn potrafił zadziwiająco łatwo o sobie zapominać. Nawet jak na szczura. - Zaczekam na ciebie u Vincenta. - Nie zamierzał samemu, pseudo brawurowo, zbliżać się do swojego domu.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#5
05.04.2025, 17:42  ✶  
Jedynym co pozostawił ten dotyk na jego skórze, był niedosyt. Kurwa, jak on ostatnio nienawidził absolutnie wszystkiego. Leciała w ich stronę wielka chmura kryjąca w sobie potencjalnie wielką i wyniszczającą klątwę, a on właśnie dał wyciągnąć się z namysłu nad jakąś taktyką, żeby przypomnieć sobie o swoich planach na wieczór. Chciał przeleżeć na parapecie przy otwartym oknie ostatnie godziny dnia, które blondyn zwykle poświęcał na pracę, a później poćwiczyć razem. Chciał zasnąć z nim w jednym łóżku, czysty, wtulony w to ciało, z nosem zatopionym w jasnych włosach, próbując przypomnieć sobie mgliste, nierealne wspomnienie błękitnych oczu. To był prawdopodobnie najwyraźniejszy kolor jaki zapamiętał, ale i tak zacierał go czas.

Frustracja narastała.

Był bezużytecznym śmieciem, ale żadne to przecież było odkrycie. Zawsze wiedział, że coś z nim było nie tak, zawsze wiedział w kogo winien był ukierunkować największą porcję żyjącej w nim niechęci. Tamte fantazje o byciu kimś, kto wyciągnie Laurenta z dna były całkiem słodkie, ale pozostawały fantazjami, prawda? Jego umysł znów przedstawił wajchę - on nikogo z dna nie wyciągał, ale potrafił pokazać, że na tym dnie wciąż można było dobrze się bawić. Musiał kiedyś wziąć się w garść, albo oboje utopią się w nicości. Ta nijakość wydawała mu się gorsza niż martwe powietrze na dnach jaskiń. Zabijała powoli, obierała nieuczciwe taktyki.

Crow napiął się i zabrał rękę, ale nie po to, żeby stąd zniknąć, żeby uciekać spojrzeniem. Wręcz przeciwnie, stał wyprostowany, jakoś nadmiernie pewny siebie i objął go tą zabraną ręką w pasie, żeby w ten sposób przenieść ich w miejsce, w którym Laurent zażyczył sobie się znaleźć. Całkiem szybko, sprawnie, nawet jak na to jak momentami potrafił być przygłupi - nieco drgnął słysząc imię Alexander, bo dopiero po chwili dotarło do niego, że mówi o swoim pracowniku, a nie o jego bracie. Pomyłka oderwała go jednak na moment od New Forest. No bo... Te chmury szły z Londynu i...

Wyprostował się jeszcze bardziej.

Flynn lubiący wylegiwać się w słońcu, wygrzewający się jak kot na blaszanym dachu, powolny, wiecznie w pozycji horyzontalnej, często się garbił. Ale teraz tego nie robił. Swoją postawą przypominał siebie ze Ścieżek i wraz z postawą, napięciem w mięśniach, wróciła jego zadziorność. To był ten wyraz twarzy człowieka lubiącego się kłócić. Zawodzącego na manowce. Potrafiącego przyczepić się do czegokolwiek bo tak. Nie skomentował jednak w żaden sposób tych rozkazów, przemyśleń. Nie wtrącił swoich trzech groszy, chociaż na pewno wymyślił co zrobiłby na jego miejscu. Zwyczajnie go pocałował. Z całą tą mocą człowieka pełnego gniewu, irytacji, głodnego drugiego mężczyzny i w gotowości wejścia mu na moment w paradę. Mocno, ujmując jedną z dłoni jego podbródek, pierwszy raz od dawna mając w sobie tyle dominującej energii przy jednoczesnym braku podważania czyichkolwiek rozkazów. Komuś, kto go nie zdążył poznać wydawać by się mogło pewnie, że się w jakimś stopniu wyleczył z tego co go męczyło od końca sierpnia. Nic bardziej mylnego. Cofnął się kilka kroków w tył i zrobił fikołka. Może nawet pięć.

- Yes, Sir - powiedział swobodnie, zupełnie jakby przed momentem nie oblizał mu wargi stojąc przy bocznej ścianie docelowego budynku. Nie odsunął się od niego, bo musiał zrobić coś jeszcze. W czasie, w którym wymusił połączenie ich ust, wyciągnął z kieszeni czarno-szarą arafatkę i tak - wcisnął mu ją do rąk. - Kazano mi przekazać, że wszyscy pracownicy New Forest mają zasłonić nos i usta. - Pocałował go jeszcze raz, tym razem w czubek nosa. To było ledwie muśnięcie, dobitnie przypominające o tym, jak łatwo mu było popadać w skrajności. Z uczucia wyobcowania płynnie przechodził do narzucania się. Z agresji i dominacji do delikatności. Z umiłowania życia do absolutnego braku jego poszanowania. Tylko jedna rzecz była w nim stała, wyjątkowo dostrzegalna kiedy znów zniknął wraz ze światem powietrza i zakrzywieniem światła - był gorący. Był wulkanem pełnym emocji i ciepła. Mógł przed chwilą wpatrywać się w nicość i gubić myśli, ale dalej mu było do chłodnego, analitycznego umysłu, niż do gwiazd, w które wpatrywał się z takim zaciekawieniem. Był z całą pewnością postrachem Ścieżek, tym samym człowiekiem, któremu nie bez powodu schodziło się z drogi, a teraz, kiedy się go miało przy sobie dłużej... Widziało się to. Jak przed zniknięciem odwraca spojrzenie żeby jeszcze raz spojrzeć na twarz kogoś, dla kogo w ogóle te rzeczy robił. Był tak pewny siebie w tym jak manipulował innymi, ale prawda była przecież taka, że te wszystkie uczucia tryskające z niego jak lawa formowały się w smycz. Wiele osób próbowało rozpracowywać go przez lata, a oto była podana jak na tacy największa o nim prawda, poszukiwana przez nią słabość Crowa - toksyczna, silna miłość, dla której był w stanie zrobić naprawdę wiele, byle mieć pewność o byciu najważniejszym kwiatuszkiem na łące czyjegoś życia. Pewnie ciężko było to zrozumieć, kiedy jego była dziewczyna zasłynęła z obcinania palców obcęgami.

Nie było żadnego kocham cię, zamiast tego zostawił go z bardzo głośną, fizyczną wiadomością. I uprawnieniem się, że dom tego całego Vincenta był w ogóle bezpieczny - otworzył drzwi naciskając na klamkę, bez pukania. Dopiero po tym pozostawił Prewetta z zimnym bokiem i szumem wiatru znoszącego mu tutaj widmo śmierci.

// porywczy I, translokacja ◉◉◉◉○, wyuzdany I, kokieteria I


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#6
10.04.2025, 11:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2025, 10:43 przez Eutierria.)  

Zabawa na dnie była tym rodzajem zabaw, po których budziłeś się z obrzyganym kołnierzykiem i wstawałeś na miękkich nogach. Orientowałeś się, że znów jesteś jeden schodek w dół, ale to nic. Skoro zabawa mogła być dobra to mogła trwać dalej. I tak schodzisz coraz niżej, a im niżej jesteś tym ciężej było wrócić. Obrać inny azymut trwania niż ta równia pochyła. Wrócić? To możliwe. Odwrócić się plecami do zepsucia? Tak się da. Czy tak się dało z Flynnem? Laurent chciał wierzyć, że tak. Gdyby w to nie wierzył, nie spróbowałby wskoczyć do nieznajomej sadzawki z tylko na wpół rozwartymi powiekami.

Mógł przestać wierzyć, ale nie przestał wątpić w to, że to, co powie, stanie się ciałem. Może to był jakiś egocentryzm, ale ten przecież nieźle wpasowałby się w Laurenta - najbardziej empatyczny egocentryk, jakiego Matka Woda zrodziła. Tkwiło jakieś przyzwyczajenie do tego nagle skupionego spojrzenia, kiedy kończyły się delikatne gesty, prośby, podchody. Rzeczywistość była klarowna, kiedy każdy wiedział, co miał robić. Laurent wcale nie był przekonany, że to właśnie on najlepiej wiedział, co w takich sytuacjach powinno się czynić, ale jakieś przyzwyczajenie do kryzysu i pewne mundus operandi wpisało się do jego kalendarza codzienności. Tam już zostało. Przyzwyczajenie do tragedii, kiedy już nie myślałeś: och nie, co się dzieje? Myślałeś: ech... znowu. Mógł być niepewny, mógł się wahać, ale tego wahania i niepewności nie mógł okazywać. Flynn miał rację - ludzie nie mogli go takim oglądać. Zdawał sobie z tego sprawę. Ludzie. A... Flynn? Mógł go widzieć w sytuacjach przeróżnych, ta pierwsza porcja strachu i niepewności była jego do oglądania. Teraz Laurent uciekał od emocji myślami. Tkwiła impulsywność w tym działaniu. Przecież wcale nie był specjalistą od zarządzania kryzysami. Żadnym wielkim dowódcą zrzeszającym pod swoim sztandarem ludzi.

Może to nie było nawet takie istotne, skoro był człowiekiem, który był uliczką lampą dla wszystkich ciem.

Zarzucił ręce za ramiona Flynna. Sekunda, w której chciał iść i pukać do drzwi Vincenta została zastąpiona zaskoczeniem, a zaskoczenie szybko przeszło w obezwładniające spełnienie. Przechylający się świat ułożył się z powrotem w równą linię. Ciepło, bezpiecznie, myśl była nieważka - piórko więcej ważyło. A on stał się teraz piórkiem opartym o czyjeś ramiona. Z rękoma skrzyżowanymi za karkiem na tę drobną chwilę. Ta mieszanina energii stworzyła w zbliżającym się chaosie malutką iskrę harmonii. Nawet nie sięgnął dłonią do swoich włosów w wyuczonym odruchu. Uśmiechnął się delikatnie i leniwie rozchylił powieki, spoglądając na lśniącego czarnowłosego. Musiał tego nie dostrzegać w swoim czarno-białym świecie, ale naprawdę bywały te momenty, w których błyszczał, a smutek? Smutek ulatywał. Nawet za cenę braku widzenia kolorów dałby wiele, żeby móc się jeszcze kiedyś zamienić z nim ciałem.

Spojrzał na materiał w swojej dłoni i uśmiechnął mu się pogłębił. Pierwsza myśl była aż nadmiernie banalna - pewnie śmierdzi fajkami. To ostatnie spojrzenie i ostatni uśmiech posłany Flynnowi przed rozstaniem był jednym z najbardziej naturalnych w jego wachlarzu, bo niewykalkulowany. Był pełen emocji, pełen pragnień i marzeń, sięgający łapczywie po płomienne wstęgi boskiej łaski, żeby potem równie łapczywie sięgać ludzi gorących. Bywał impulsywny, poddający się emocjom, pełen trosk. A jednak daleko mu było do osoby wybuchającej jak wulkan. Dalej, niż do gwiazd. Musiał kalkulować. Nawet jeśli te kalkulacje wydawały się potem innym absurdalne, albo był oskarżony, że są podyktowane emocjami. Ten uśmiech jednak wykalkulowany nie był. Niemal nonszalancki, wnoszący iskrę spokoju do niespokojnego świata. Jego własną iskrę. Już dobrze. Na tę chwilę było dobrze, bo został ogrzany.

Vincent prawie zderzył się z Flynnem, kiedy ten wtargnął do jego domu i już trzymał wymierzoną w niego różdżkę. Brat Edwarda za to impulsywny bywał. Znajoma twarz, brak zagrożenia - wszystko było tutaj na swoim miejscu. Laurent nawet nie postawił nóżki nad progiem, dopóki Flynn nie wyszedł. Nie było żadnej przygany ani pytania, że co on robi! Za to była myśl, że to całkiem naturalne. To urocze. Tak powinno być.

- Flynn powiedział, że ta chmura nadciąga znad Londynu. I wygląda, jakby nas... mnie... jakby ten pył był wycelowany we mnie. - Laurent darował sobie "dzień dobry", "spierdalaj" czy "dziękuję". Od razu skierował swoje kroki do salonu i kominka. Myśli Edga powiodły go do Lonydnu. Laurenta też. Powiodły go również do Keswick. - Zasłoń usta. Ten proch może być szkodliwy. - Nawet na pewno był - to śmierdziało czarną magią na kilometr.

Niedługa wymiana zdań pozostawiła Laurenta samego w tym niewielkim domu, obok którego stała hodowla smoczogników. Samotność nigdy nie sprzyjała. Tak się składało, że w życiu bardzo rzadko miewaliśmy warunki szklarniowe. Srebrzysty patronus węża zamigotał w powietrzu, naprężył się, zwinął, przyjął wiadomość i zniknął w rozprysku srebrzysto-błękitnego pyłu. Został skierowany do Atreusa. Laurent odczekał chwilę, wziął głęboki oddech. Powinien myśleć o szczęśliwych wspomnieniach z Flynnem. Ale chyba każde zabarwione było jakąś tragedią. Zamiast tego cofnął się do wspomnienia na plaży - delikatności, zachodu słońca, słodkości pierwszego pocałunku złożonego niemal z obawą, ale z taką chęcią... Kolejny patronus zajaśniał wmiał zajaśnieć w w pomieszczeniu, to charakterystyczne, przyjemne ciepło ostatnich promieni słonecznych łudząco zlewało się z uczuciem pocałunku, który miał miejsce chwilę temu.

- Leć do Victorii. "Co dzieje się w Londynie? Niedługo tam będę u Florence. Jestem bezpieczny." - Była to doza słodkiego kłamstwa, bo wcale nie był pewien, czy był bezpieczny. Miał tu jednak osoby, które o to bezpieczeństwo zadbają. Vincent, oddelegowany chwilowo do Keswick, sprowadzi tu w razie konieczności pomoc. Flynn był na miejscu, Alexander również. Jak na razie nie działo się nic wielkiego.

Usiadł na kanapie i w końcu sięgnął po chustkę Flynna. Tak, oczywiście, że śmierdziała papierosami. Dotknął jej różdżką, by usunąć ten zapach i dopiero wtedy owinął ją wokół twarzy. Poczekał, aż Flynn wróci, chociaż to oczekiwanie było naprawdę trudne. Czasami największym wyzwaniem było... nicnierobienie. Trwanie w bezruchu. Rozdysponowani ludzie robili to, co do nich należy, a ty czekasz. I nic. Nic się nie dzieje. Napięcie teraz już rosło z poczucia zagrożenia, które powinno uderzyć, ale tego nie robiło. Podskoczył wręcz, kiedy usłyszał Flynna wkraczającego z powrotem do domu.

- Powinienem się niepokoić sytuacją? - Która dzieje się tam, na zewnątrz, na który wgląd miał tylko przez okno z salonu Vincenta. A to prowadziło na morze. Pył wpadał do fal. A morze milczało. Poczekał na odpowiedź i dopiero wtedy kontynuował. - Oddelegowałem Vincenta, żeby zajął się New Forest... pod naszą nieobecność. Udamy się do Londynu. - I to też nie była żadna prośba czy propozycja. - Najpierw zabierz mnie do domu. - Przecież musiał się zająć jeszcze Dumą, sowami, Fuego i Migotkiem.


Rzut Z 1d100 - 37
Slaby sukces...

Rzut Z 1d100 - 35
Akcja nieudana


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#7
28.04.2025, 21:45  ✶  
Wkurwiało go niemożliwie jak daleko potrafił odpłynąć myślami w takich sytuacjach. Jak bardzo oddawał się temu rozsadzającemu gorącu. Kiedy pojawił się w wyznaczonym miejscu, jego serce wciąż waliło jak młot, czuł w nosie zapach jego włosów i błądził gdzieś pomiędzy jego szczęściem i tym wszystkim, co musiało dziać się poza New Forest. I kiedy tak patrzył na to niebo pokrywające się coraz gęściej chmurami, na ten spadający z nich „popiół” na to wszystko co się tu tworzyło na jego oczach, obejmowane szaroburym spojrzeniem, powoli docierało do niego, że miał dosyć.

Chciał spędzać w życiu jakieś dobre chwile, ale to życie ciągle dawało mu w kość. Wydobrzał w Fantasmagorii. Przytył, mniej palił, częściej odzywał się do ludzi, faktycznie o kogoś dbał i ten ktoś był mu wdzięczny. A teraz? Znowu ćpał, chudł, zaniedbywał się, więdł w oczach. Postawił wszystko co miał na jedną kartę i Cain teraz nie żył. Uporczywie trzymał się tego chłopaka i właśnie jak omen nad rezerwatem, który stworzył, rozchodziła się bezkresna ciemność zwiastująca jakieś nieopisane zło. Nie byli razem na satysfakcjonującej randce, chociaż naprawdę się starał. Bardziej go chyba dobijał niż wspierał, a sam… sam się tak potwornie męczył. Nie zdołał przetrawić tej śmierci, straty kogoś bliskiego, o kim nie mógł nikomu opowiadać z szacunku do decyzji, jakie podejmował za życia. Potrzebował tego czasu, a nie kolejnego koszmaru przypominającego mu o tym, kim był.

Wykonawcą.

Znowu to zrobił — nie zaprzeczył nawet na sekundę, nie podważył słów płynących spomiędzy bladych warg. Poszedł dokładnie tam, gdzie miał pójść i powiedział to bez zająknięcia, bo reprezentował kogoś innego i reprezentował jego myśl, traktując to jak kolejny występ posłańca, który znowu zmienił właściciela, ale nie zmienił podejścia do funkcjonowania. Czy istniał jakikolwiek sposób na to, żeby to zmienić? To wszystko co w sobie nosił czyniło go tak ciężkim, tak zmęczonym, a jednocześnie miał wrażenie, że gdyby zechciał z tego zrezygnować, rozsypały się. Bo zawsze tak żył, tylko tak potrafił to robić. Podobno w pewnym wieku przestawałeś się uczyć, a jeżeli nie przestawałeś, jeżeli mogłeś to zmienić, to co jeżeli nowa wersja ciebie będzie gorsza, ale ty zapomnisz jak wyglądała droga powrotna? Niezależnie od tego jak bardzo na to narzekał, świadomość posiadania kogoś, kto ciągle o tobie myślał, kto na tobie polegał, do kogo mogłeś wrócić jak przemoczony pies po ucieczce z domu niezależnie od tego jak bardzo nabroiłeś, rozluźniał nawet najbardziej spięte mięśnie. Waughy mu kiedyś powiedział, że jest jak rekin. Nie może się zatrzymywać. Musi być w ciągłym ruchu, ciągle wykonywać to, co utrzymuje go przy życiu, albo się udusi.

A co jak te ruchy też go uduszą?

Zostawił tego pieprzonego Alexandra, który musiał mieć to swoje pieprzone imię przypominające mu o wszystkim i na moment zniknął pomiędzy drzewami. Musiał odetchnąć. Raz. Dwa. Popiołu było coraz więcej. Ściągnął koszulkę i zasłonił nią usta i nos, zarzucił kurtkę na gołe ciało. Jeszcze raz. I jeszcze dwa.

Wejdź w rolę.

Przełknął ślinę, próbując zdusić narastające przerażenie. Kiedyś nie musiał robić takich rzeczy, ale kiedyś nie był słaby. Kiedyś nie widział jak wygląda Doppelganger i nie udawał jak bardzo go to nie rusza, kiedy w rzeczywistości czuł się tak… cholernie… bezużyteczny…

Wejdź w rolę.

Crowa by to w gruncie rzeczy nie obchodziło. Jak zdechł to zdechł. Ludzie zawsze umierali. On całkiem często mówił o śmierci.

Wejdź w rolę.

Thomas mu powiedział bros before hoes, ale na tym etapie miał wrażenie, że gdyby to miało uczynić Laurenta minimalnie bezpieczniejszym, nieironicznie rozważyłby zepchnięcie Figga nogą ze skały, tak bardzo był już zdesperowany. Stawał na głowie i robił fikołki, ale i tak zawsze kurwa coś…

Zacisnął oczy i zęby, uderzył pięścią w pień drzewa. I jeszcze raz, dwa, trzy i ciszę tego miejsca przeszył kolejny świst teleportacji, a mężczyzna, który wszedł do domu Vincenta bez pukania zrobił to krokiem wyjątkowo nonszalanckim, dominującym i pozbawionym stresu, że prawdopodobnie nikt kto go widział nie uwierzyłby w głębokie rozterki, jakie krył przez absolutnie każdym.

– Tak – przyznał bez ogródek. – Z nieba sypie się popiół, Laurent. Nie jestem pewny, czy teleportacja to dobry pomysł, spróbuję połączyć się z jakąś stacją radiową, bo to jest niemożliwe, żeby nie mówili o tak wielkiej chmurze w żadnym radiu. – A później wystawił do niego rękę. Bo tak, to był dobry pomysł, żeby zabrać go do domu. Konkretnie to po to, żeby się spakował, co od razu zasugerował.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#8
05.05.2025, 09:13  ✶  

Było wiele żałości w tej mizernej próbie, jaką podjął. Wiele wstydu w tym, jak spoglądał na rozpływające się patronusy. Jeden, drugi - ile można ich wyczarować, zanim powiesz sobie "dość"? Wystarczająco niewiele, żeby jakakolwiek mądrość strzeliła do głowy. Taka samoświadomość: "ach, no tak." Dodaj gdzieś do tego "zjebałem" i byłaby suma obrazów tego, że z kim się zadajesz, takim się stajesz. Czy może wulgaryzmy łatwiej i szybciej przychodziły do ludzi złamanych?

Ta żałosność rozkładała się po kościach i wplątywała we włosy, kiedy siedział i tępo wpatrywał się w kominek przed sobą. Pozornie nie istniejąc, w rzeczywistości goniąc myślą za myślą. Co się działo? Gdzie się działo? Czy ktoś był zagrożony? Dlaczego ktoś sprowadził popiół na to miejsce? Czy to jakiś żart? Okrutny wygłup, po prostu kolejna z prób pogrzebania New Forest? Nie były potrzebne płomienie, sprytny podszedłby do tego od innej strony - ekonomicznej. Tragedia za tragedią nie musiały być faktycznie druzgocące, wystarczy infama, która zahuczy w gazetach. A może to Śmierciożercy? Czy już poszło w świat, że sypia tu, w jednym domu, z mugolem z cyrku? Przecież Flynn był rozpoznawalny. On sam był rozpoznawalny. Łatwo rzucali się w oczy, byli jak dwa chodzące przy sobie przeciwieństwa pod każdym kątem.

Brak odpowiedzi wcale nie wpędzał w myśli pozytywne, ale tama emocji trzymała się dobrze. Odkrawała duszę i umysł od siebie, by wzajem sobie nie przeszkadzały. Ten organ pompujący krew uderzał mocniej, wiedziony instynktem przetrwania. Przez żyły mogła przepływać adrenalina, żeby słabo zbudowane ciało utrzymać na nogach, ale nie mogły przez nie płynąć emocje w nadmiarze. Inaczej groziłoby nam poduszenie się. Nędzna śmierć pod gruzami własnego człowieczeństwa.

Nie widział wahania we Flynnie na początku. Nie dostrzegł go i teraz. Powiedzenie "przecież go znam" zupełnie umierało, kiedy miałeś przy sobie aktora na 102. Albo to tylko wymówka? Ściągnięcie tego na karby aktorstwa, podczas gdy tak naprawdę mózg był zajęty ciągłym potokiem myśli, a serce podtrzymywaniem tamy, by ta dusza była ciągle po drugiej stronie? Nie widział strachu, więc go nie chłonął. Nie widział zwątpienia, więc sam nie wątpił. Laurent za szybko przyjmował emocje innych - szczególnie tych, na których mu zależało. A przecież Flynn był z porcelany. Teraz był tworem z porcelany.


Złapał czarnowłosego za dłoń i skinął głową.

- Dobry pomysł. - Ponieważ dobrze będzie wiedzieć, co się dzieje w Londynie, zanim się tam udadzą. - Spakował? Być może to nie jest najgorszy pomysł... - Spojrzał na dom, któremu nie ufał. Pozornie zupełnie nic się nie zmieniło. Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Nieufnością było też otwierania kluczem zamka i otworzenie drzwi, przez które wcale nie przeszedł pierwszy. Nie chciał nawet przechodzić. I chociaż zupełnie nie chciał, żeby czarnowłosemu stało się coś złego, to Flynn promieniował taką pewnością siebie, że w oczach blondyna góry mógłby przenosić, a powalenie na ziemię jakiegoś czarnoksiężnika nie było opcją - było pewnikiem.

Błękit oczu przesuwał się po znajomych meblach zalanych szarością dnia. Ta szaruga czarnych chmur stała się upiorna. Diva siedziała przy drzwiach tarasowych i próbowała łapami złapać przez szybę spadające drobiny popiołu, które pozostawiały po sobie suchy ślad. Oprócz tego... cisza.

- Panie. - Migotek wyłonił się zza zasłony obok Divy, spoglądając na Laurenta, to potem na Flynna jednym okiem. Zmartwionym. Zaniepokojonym. Laurent od razu do niego podszedł i klęknął przy nim na jedno kolano, łapiąc jego dłoń.

- Migotku, posłuchaj mnie uważnie. Musisz zadbać o bezpieczeństwo swoje, Divy i Dumy. To tylko dom. Dom można odbudować. Nie próbuj go bronić za wszelką cenę, gdyby coś się stało. Rozumiesz mnie? - Skrzat chciał zaprotestować. Otworzył nawet usta, ale zamknął je pod wpływem spojrzenia swojego Pana - bardzo intensywnego. Skinął w końcu głową. - Dziękuję. - Laurent sięgnął do jego głowy, by czule go pogłaskać, zanim wstał i szybkim krokiem udał się do garderoby. Wyciągnął torbę i trochę w nie swoim stylu zaczął wrzucać tam rzeczy, zamiast równo je układać. Parę rzeczy - więcej nie potrzebował. Tak sobie wmawiał, że więcej nie potrzebował. Aż w końcu zwrócił się do Flynna.

- Chciałem ci to wręczyć w milszych okolicznościach. - Wyciągnął do niego jedno z lusterek dwukierunkowych. - Powiedziałeś, że chciałbyś być zawsze razem. To słaba alternatywa, ale zawsze jakaś. - Zdobył się na łagodny uśmiech do Flynna. - Kiedy będę miał czas załatwię je lepszej jakości. Przepraszam, tylko tyle mogę na razie zrobić... - Złapał za pelerynę i czarodziejski kapelusz, który chciał wsadzić na głowę Flynna, ale pewnie wywołałoby to protesty i... ach. Po prostu wsadził go na swoją głowę.

- Chcę, żebyś mnie zabrał na Horyzontalną. Tam mieszka moja kuzynka i dwóch kuzynów, którzy są aurorami. Będę bezpieczny w ich domu. To moja kuzynka jest twórczynią tej zakładki. - Aktualnie, w jego mniemaniu, było to miejsce bezpieczniejsze niż Keswick, w którym... nie wiedział nadal, co się działo. - Jeśli mówisz, że teleportacja nie jest najlepszym rozwiązaniem, weźmiemy Michaela.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#9
05.05.2025, 15:44  ✶  
Wchodzenie w rolę odczuwał momentami tak, jak odczuwa się otulenie ciała ciepłym kocem. To była świetna maska. Idealna ochrona przed złem tego świata i wszystkimi złymi myślami. Bo rzeczy nie robił już On. Nie podejmował decyzji On. Decyzje były podejmowane przez Crowa, a Crow zachowywał się w określony sposób i spijał konsekwencje tak, jakby były czymś kompletnie nieistniejącym. Musiałeś mieć to w sobie, jeżeli zamierzałeś mieszkać w Podziemiach jako partner ich samozwańczej królowej. I musiałeś mieć to w sobie, kiedy zaklęte chmury owijały się jak pętla wokół domu delikatnego człowieka, który z każdym kolejnym ciosem tracił kolejną iskrę nadziei, a tych iskier zaczynało już brakować.

Ich palce splotły się momentalnie, a Crow zmierzył Laurenta spojrzeniem, łapiąc się przy okazji na tym, że analizował, jak bardzo było źle. Żyło w nim przecież wspomnienie paniki na widok ognia trawiącego stajnię, ale tym razem Laurent zdawał się nie wątpić w siebie tak mocno, a przynajmniej nie teraz, kiedy komunikował się z zezującym skrzatem, chcącym spojrzeć na zbyt wiele rzeczy jednocześnie. Może trochę to wrażenie zniszczył później - pakując niedbale swoje ulubione ubrania, ale pośpiech nie był tu przecież czymś niewskazanym. Nie w czasach, kiedy spakowana torba gotowa do wyjścia powinna leżeć przy drzwiach wejściowych codziennie, tak na wszelki wypadek...

A potem zamarł.

Sięgnął ręką po wręczane mu lusterko i uniósł w górę krzaczaste brwi. Rzecz jasna, nie chodziło tu wcale o jakiś problem z przekazywanym mu przedmiotem. Chodziło o słowa.

- Dałeś mi prezent - zaczął całkiem grzecznie jak na ten kocyk, którym postanowił się owinąć, ale szorstkość w jego głosie nosiła na sobie znamiona ich przeszłości - i trzy sekundy później za niego przeprosiłeś. - Przetarł dłonią po spoconej twarzy i pokręcił głową. To nie było już nawet głupiutkie, to było absurdalne. - Chodź tu - przyciągnął go do siebie, łapiąc w pasie i pocałował go w policzek, na moment przerywając ten jakże istotny proces pozornie bezmyślnego wrzucania fatałaszków do torby. - Michael to koń? Gdzie się parkuje konia w Londynie? - Mieszkał tu już miesiąc, ale słowo abraksan nadal nie przelazło mu przez gardło. - Cóż... - Nie istniał sposób na to, aby skrytykować twórczynię tego zabezpieczenia. Prawdę mówiąc, chętnie by z nią o tym porozmawiał, ale znając życie, przez relację wiążącą ją z Laurentem spanikowałby i chlapnął coś wulgarnego, a potem... wiadomo. Bo kim innym mogła być krewna Laurenta jeżeli nie panienką, dla której brak zaoferowania gościowi herbaty stanowił najwyższy wymiary kary lub najlepszy sposób na okazanie niechęci? - Sprawdzę to radio, co?

Odsunął się, nieco zmieszany tym jak bardzo wyczuwalny stał się na moment jego północy akcent. Nie powiedział też dziękuję, ale lusterko umieścił w przedniej kieszeni kurtki, w zupełnie innym miejscu, niż wszystkie inne klamoty.

A później wyszedł na taras, wiatr rozwiał jego włosy i zobaczył, jak spomiędzy drzew przedostaje się kłąb dymu. W tym momencie nie mógł być tego pewnym, ale jego czarnowidztwo tym razem zdało swoją rolę - za kilka godzin ciemność, zgnilizna i czerwony mór zawładną wszystkim.

Koniec sesji


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (3219), The Edge (3630)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa