25.05.2025, 18:49 ✶
Scylla nie wierzyła w przypadek, choć równie mocno nie ufała przeznaczeniu. Przeszłość nauczyła ją, że jedno i drugie często kłamie, przebrane w maskę znaczeń, które łatwo nadinterpretować, jeśli ma się wystarczająco silne pragnienie, by odnaleźć sens tam, gdzie nie powinno go być. A jednak wizja, która nawiedziła ją pewnej nocy - sen, omen, niepokojąca scena, w której nie było żadnych świadków, a mimo to pozostała w niej ciężarem - nie dawała spokoju. Zakrwawione dłonie, gęste, duszne powietrze, które nie wypełniało już płuc, i to jedyne, niemożliwe do pomylenia uczucie: jakby coś z jej ciała się wyślizgiwało, bezgłośnie, bez oporu, tak naturalnie, jak oddycha się przez całe życie - do momentu, w którym nie można już zaczerpnąć oddechu.
Nie znała szczegółów. Nie widziała własnej twarzy, nie wiedziała, gdzie była ani z czyjej ręki - jeśli w ogóle z czyjejkolwiek - przyszła jej śmierć. Ale czuła, że nie była to wizja symboliczna. Nie nosiła w sobie moralnego przesłania, nie mówiła o winie ani karze. Była czystą, organiczną rzeczywistością zakończenia. I to przerażało ją bardziej niż jakiekolwiek pytanie o życie po śmierci.
A mimo to tamta wizja, tamta niemoc, nie wywołała w niej tak głębokiego niepokoju, jak to, co zobaczyła teraz.
Widziała, jak Alexander się prostuje, jak nagle zastyga, jakby coś gwałtownie i nienaturalnie szarpnęło jego ciałem od wewnątrz. Nie było to zwykłe zakłócenie równowagi, ani nawet fizyczny ból, który można by zrzucić na barki osłabienia czy urazu. To było coś, co przenikało, a nie uderzało. Jakby przez moment nie należał już do siebie.
Niczym spłoszone zwierzę zwróciła głowę w tym samym kierunku, gdzie utknęło spojrzenie mężczyzny - ruch był na tyle nienaturalny i automatyczny, że równie dobrze to niewidzialne ręce mogły próbować skręcić Scylli kark. Napotkała wzrokiem kobietę, która szybko czmychnęła, ale w umyśle Greybackówny wręcz wypalił się obraz jej czerwonych oczu. Same w sobie były niecodzienne, a jeszcze wybijały się na tle kruczoczarnych włosów.
Zanim zdołała cokolwiek zrobić, nim rozważyła sensowną reakcję, jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach - nie w geście agresji, lecz konieczności, jakby tylko w ten sposób mógł utrzymać się przy czymś realnym. Tym samym gwałtownym ruchem głowy znów zwróciła ku niemu swą uwagę; jego wzrok przeszedł przez nią, nie zatrzymując się na oczach ani twarzy, ale padając gdzieś głębiej, jakby znał ją poza kształtem i ciałem, jakby mówił do tego, co ukryte pod skórą.
To nie ta, która się urodziła, tkwi w ciele, lecz ta nigdy nienarodzona, powiedział, a jego głos, chociaż wciąż był jego głosem, brzmiał jak coś wypowiadanego przez kogoś innego. Nie mogła się powstrzymać i znowu zerknęła tam, gdzie niegdyś stała tajemnicza kobieta, choć doskonale wiedziała, że nie uświadczy już tam jej widoku.
Nie wyrwała się, chociaż mogła. Nie próbowała przerwać tej dziwnej tyrady, choć każda sylaba zdawała się rozcinać ją od środka. Poczuła znajome napięcie w karku, to samo, które towarzyszyło jej tamtej nocy, gdy śniła o śmierci. Tylko tym razem nie chodziło o nią.
W dzień pamięci dziedziców miał zapłonąć herb na cmentarzu. Uśmiechnęła się blado, bo ucieszyła ją prozaiczna prostota przepowiedni, choć jeden pewnik w całej wiązance sekretów. Nie zdążyła zmienić wyrazu twarzy, gdy Alexander wyrwał się ze stuporu.
- Właśnie wieszczyłeś - objawiła mu, gdy tylko zauważyła na powrót znaki życia w jego oczach. Nie miała zamiaru wmawiać mu, że miał zwyczajną zapaść, bo gdy sama miewała takie epizody, nie znosiła być po fakcie okłamywana. Nawet z grzeczności. - Na widok czerwonookiej kobiety. Znasz kogoś takiego? - Przechyliła głowę z ciekawością, licząc, że może da się połączyć kropki zawczasu. - I wspominałeś o pewnym miejscu... Gdzieś, gdzie ma dojść do kulminacji przepowiedni. Chętnie powiem ci więcej, ale musisz obiecać, że mnie ze sobą zabierzesz - oznajmiła, z zacięciem początkującego szantażysty. Już wcześniej pokazał swoje prawdziwe kolory, okazał się kłamcą i obłudnikiem, więc nie czuła obowiązku bycia szczerą wobec niego. Poza tym wypowiedział jej tę wizję w twarz - skoro była jedynym odbiorcą, to jej się też trochę tej intrygi od życia należało.
Nie znała szczegółów. Nie widziała własnej twarzy, nie wiedziała, gdzie była ani z czyjej ręki - jeśli w ogóle z czyjejkolwiek - przyszła jej śmierć. Ale czuła, że nie była to wizja symboliczna. Nie nosiła w sobie moralnego przesłania, nie mówiła o winie ani karze. Była czystą, organiczną rzeczywistością zakończenia. I to przerażało ją bardziej niż jakiekolwiek pytanie o życie po śmierci.
A mimo to tamta wizja, tamta niemoc, nie wywołała w niej tak głębokiego niepokoju, jak to, co zobaczyła teraz.
Widziała, jak Alexander się prostuje, jak nagle zastyga, jakby coś gwałtownie i nienaturalnie szarpnęło jego ciałem od wewnątrz. Nie było to zwykłe zakłócenie równowagi, ani nawet fizyczny ból, który można by zrzucić na barki osłabienia czy urazu. To było coś, co przenikało, a nie uderzało. Jakby przez moment nie należał już do siebie.
Niczym spłoszone zwierzę zwróciła głowę w tym samym kierunku, gdzie utknęło spojrzenie mężczyzny - ruch był na tyle nienaturalny i automatyczny, że równie dobrze to niewidzialne ręce mogły próbować skręcić Scylli kark. Napotkała wzrokiem kobietę, która szybko czmychnęła, ale w umyśle Greybackówny wręcz wypalił się obraz jej czerwonych oczu. Same w sobie były niecodzienne, a jeszcze wybijały się na tle kruczoczarnych włosów.
Zanim zdołała cokolwiek zrobić, nim rozważyła sensowną reakcję, jego dłonie zacisnęły się na jej ramionach - nie w geście agresji, lecz konieczności, jakby tylko w ten sposób mógł utrzymać się przy czymś realnym. Tym samym gwałtownym ruchem głowy znów zwróciła ku niemu swą uwagę; jego wzrok przeszedł przez nią, nie zatrzymując się na oczach ani twarzy, ale padając gdzieś głębiej, jakby znał ją poza kształtem i ciałem, jakby mówił do tego, co ukryte pod skórą.
To nie ta, która się urodziła, tkwi w ciele, lecz ta nigdy nienarodzona, powiedział, a jego głos, chociaż wciąż był jego głosem, brzmiał jak coś wypowiadanego przez kogoś innego. Nie mogła się powstrzymać i znowu zerknęła tam, gdzie niegdyś stała tajemnicza kobieta, choć doskonale wiedziała, że nie uświadczy już tam jej widoku.
Nie wyrwała się, chociaż mogła. Nie próbowała przerwać tej dziwnej tyrady, choć każda sylaba zdawała się rozcinać ją od środka. Poczuła znajome napięcie w karku, to samo, które towarzyszyło jej tamtej nocy, gdy śniła o śmierci. Tylko tym razem nie chodziło o nią.
W dzień pamięci dziedziców miał zapłonąć herb na cmentarzu. Uśmiechnęła się blado, bo ucieszyła ją prozaiczna prostota przepowiedni, choć jeden pewnik w całej wiązance sekretów. Nie zdążyła zmienić wyrazu twarzy, gdy Alexander wyrwał się ze stuporu.
- Właśnie wieszczyłeś - objawiła mu, gdy tylko zauważyła na powrót znaki życia w jego oczach. Nie miała zamiaru wmawiać mu, że miał zwyczajną zapaść, bo gdy sama miewała takie epizody, nie znosiła być po fakcie okłamywana. Nawet z grzeczności. - Na widok czerwonookiej kobiety. Znasz kogoś takiego? - Przechyliła głowę z ciekawością, licząc, że może da się połączyć kropki zawczasu. - I wspominałeś o pewnym miejscu... Gdzieś, gdzie ma dojść do kulminacji przepowiedni. Chętnie powiem ci więcej, ale musisz obiecać, że mnie ze sobą zabierzesz - oznajmiła, z zacięciem początkującego szantażysty. Już wcześniej pokazał swoje prawdziwe kolory, okazał się kłamcą i obłudnikiem, więc nie czuła obowiązku bycia szczerą wobec niego. Poza tym wypowiedział jej tę wizję w twarz - skoro była jedynym odbiorcą, to jej się też trochę tej intrygi od życia należało.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
Hrabia Monte Christo, rozdział 70. Chleb i sól.