31.10.2025, 21:41 ✶
Londyn płonął.
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.
Christopher Rosier nie był celem bezpośredniego ataku. Ktoś – ehem, ehem, do niedawna on – mógłby pomyśleć, że zupełnie ta wojna go nie dotyczyła. Rosierowie słynęli z umiarkowanego konserwatyzmu, objawiającego się unikaniem pewnych kontaktów, chociaż byliby pewnie bezbrzeżnie zdziwieni, gdyby ktoś oskarżał ich o zaangażowanie w działania śmierciożerców – w końcu ich mundurki były szczytem bezguścia. Chris trzymał się więc z dala, szczęśliwy pośród swoich projektów, regularnych wizyt na przyjęciach, okazyjnych wypraw do ciepłych krajów czy randek z modelkami. Aż nagle do jego mieszkania wdarła się sadza, za oknem zaroiło się od dymu, noc rozjaśniły łuny pożarów, a on… on znalazł się w jakimś koszmarnym śnie.
Z perspektywy czasu myślał, że powinien postąpić jak każdy rozsądny człowiek i po prostu się gdzieś teleportować. Zamiast tego kiedy przekonał się, że musi opuścić swoje mieszkanie, w panice zgarnął teczkę z projektami, sakiewkę, ulubiony płaszcz, i wybiegł na ulicę, by przemieścić się do pracowni Rosierów, gdzie spodziewał się znaleźć ojca. Gęsta chmura dymu jednak sprawiła, że stracił orientację. Dym wżerał się w oczy, w nos, w usta, uniemożliwiał skupienie niezbędne do teleportacji, a kiedy Christopher wreszcie dosłownie się wyczołgał, był na wpół żywy.
Tak oto, jakieś dwie godziny później, znalazł się w Mungu. Oczy, choć przemył je parę razy wodą, miał zaczerwienione jak… jak coś bardzo czerwonego, sadza osiadła na jasnych włosach i na płaszczu. Było mu słabo, wizja była zamglona, miał problemy z oddychaniem, kręciło się mu w głowie i nie był w stanie ustać na nogach. Mimo to na przyjęcie przez kogoś czekał kolejne dwie godziny: medyczka klasyfikująca pacjentów orzekła, że stan poważny, ale stabilny, a mają więcej niestabilnych pacjentów.
Siedząc w poczekali kliniki, co rusz zanosząc się kaszlem i z coraz większym trudem chwytając oddech, otoczony przez ludzi rannych, płaczących, szukających krewnych… Christopher był zły. Nie wściekły, bo na wściekłość brakowało mu siły. Zły na pracowników Munga, zbyt opieszałych, zły na śmierciożerców, którzy zgotowali to piekło też czystokrwistym, zły na mugolaków, za to, że istnieli, zły ogólnie na cały świat.
Gdy w końcu wezwano go do jednej z uzdrowicielek, przełknął jednak gniewne słowa, cisnące się na usta. W tej chwili chciał tylko znów oddychać normalnie.