• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[01.10.1972] Zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie | Prudence

[01.10.1972] Zbieramy na zakupy w Miodowym Królestwie | Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
10.11.2025, 18:32  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.01.2026, 00:50 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

01.10.1972, popołudnie, Aleja Horyzontalna

Deszcz padał dzisiaj wyjątkowo intensywnie. Niebo było ciemne, słońce nawet na moment nie wyłoniło się zza chmur. Zachęciło to Prudence do wyjścia. Wędrowała samotnie przez okoliczne ulice, cieszyło ją, że padał deszcz. Może nie powinno, ale wszystko było ponure i mokre, nie czuła się więc specjalnie odosobniona w tych emocjach, które ostatnio ją wypełniały. Jej smutek odzwierciedlał się w kałużach, odbity w nich obraz dawał jej pewnego rodzaju pocieszenie. Czuła się dzięki temu mniej samotna. Na głowie miała naciągnięty kaptur, mimo wszystko nieco przemokła, ten chłód też był całkiem przyjemnym uczuciem, dzięki niemu zapominała o wszystkim innym.

Nie była sobą, po raz kolejny, dawno nie była taka rozczarowana, wszystko stało się na jej własne życzenie. Niby wiedziała, że powinna się tego spodziewać, jednak nadeszło to tak nagle, że nie zdążyła się na to przygotować. Czy w ogóle miała szansę się przygotować? Pewnie nie. Miała świadomość, że tak się to skończy, a mimo wszystko postanowiła pozwolić sobie na te kilka tygodni zatracenia, teraz musiała sobie radzić z konsekwencjami.

Nie żałowała tego czasu, który razem spędzili. Był naprawdę wyjątkowy, jednak wydawało jej się, że zasługiwała na nieco lepsze zakończenie. Może wcale tak nie było? Czy prościej byłoby jej zaakceptować jego odejście, gdyby spojrzał jej w oczy przed tym, nim wyjechał? Nie miała pojęcia, cóż i nigdy nie miała się tego dowiedzieć, bo wybrał inna metodę na to, by podzielić się z nią tym, że ją zostawił. Porzucił, bez praktycznie żadnego wytłumaczenia, niby wiedziała, że tak się to skończy, mimo to czuła smutek i żal. Łatwo było bowiem przyzwyczaić się do jego obecności, zapomnieć o niej zdecydowanie trudniej.

Wsunęła dłonie w kieszenie swojego płaszcza, po jej ciele przeszedł dreszcz, bo kropla deszczu spłynęła jej po karku pod sweter, miała przemoczone włosy, nie skupiała się jednak na tym jakoś specjalnie. Za chwilę miała wrócić do domu, do szczura i kota, jedynego towarzystwa jakie jej pozostało. Nie było to szczególnie pocieszające. Może wejdzie jeszcze gdzieś kupić sobie coś do czytania, bo nie sądziła, żeby miała dzisiaj szybko zasnąć. Zbyt wiele myślała.

Jej uwagę przykuł stragan, wydawało jej się, że już go kiedyś tutaj widziała. Podeszła więc, by zobaczyć, czy coś wpadnie jej w oko. Przynajmniej tym młodym mogła zrobić dzień zostawiając u nich kilka sykli. Prue lubiła rzeczy, które miały swoją historię, niekoniecznie interesowało ją skąd wzięli oni przedmioty, którymi handlowali. - Dzień dobry. - Rzuciła cicho, przyglądając się rzeczom rozłożonym na prowizorycznym stoisku.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#2
10.11.2025, 21:13  ✶  
Bez wątpienia był to jeden z bardziej ponurych i deszczowych dni, nawet jeśli po niedawnych pożarach trudno byłoby zliczyć, ile poranków, wieczorów i popołudni dałoby się nazwać ładnymi. Złota jesień w tym roku zdecydowanie postanowiła ominąć Wielką Brytanię, nawet jeśli tu również stosunkowo trudno byłoby wrócić pamięcią do roku, gdy tak naprawdę prawdziwie gościła na Wyspach. Na ogół było tu wilgotno i chłodno, naprawdę, ale to naprawdę nieprzyjemnie, szczególnie gdy tak naprawdę dopiero co stanęło się na tej ziemi.
A to był właśnie przypadek Alice, która (zupełnie niczym ta ciepła, pogodna jesień, tak podobna do niej z aury) nie gościła w tym miejscu już od dawna. Londyn zresztą nigdy nie był dla niej idealnym środowiskiem, nie rozważała go w kontekście swojego miejsca zamieszkania. Zdecydowanie dużo bardziej wolała swoje rodzinne strony, a za jedyną prawdziwą stolicę uważała Dublin. O stokroć przyjemniejszy, zdecydowanie mniej deszczowy i nie tak zniszczony.
I tam nie była jednak już od wielu lat. Praktycznie od chwili, gdy pokłóciła się ze starszymi braćmi, którzy niekoniecznie przychylnym okiem patrzyli na jej życiowe decyzje. A przecież miała bardzo konkretne plany, czyż nie? Nie zwykła zostawiać życia przypadkowi, zawsze miała kilka gotowych rozwiązań do wyboru, więc tym razem również była wyjątkowo pewna tego, że wszystko obróci się na jej korzyść.
Obróciło się, owszem. Tyle tylko, że pierwszy i jedyny raz w jej życiu zupełnie nie tak jak powinno. Cóż, najwyraźniej nawet ulubieńcy losu zostawali czasem wystawieni na test. Jej trwał...
...cholera, ile to już lat?
Nieprzerwanie od tak dawna, że gdyby tylko się zapomniała, bez wątpienia starłaby sobie zęby od zgrzytania nimi za każdym razem, gdy tylko wydawało jej się, że nadchodzą dobre zmiany...
...no, właśnie.
Wydawało jej się, że nadchodzą dobre zmiany.
Usiłowała jednak na tyle dobrze robić dobrą minę do złej gry, że mało kto uznałby, iż zadbana, elegancko ubrana, dobrze uczesana czarownica stykająca teraz obcasami ciemnobrązowych kozaczków o bruk londyńskiej ulicy w rzeczywistości była kurewsko niezadowolona położenia, w jakim się znalazła. Nie, nie chodziło o deszcz, który osiadł na jej sztywno wystylizowanych blond lokach, nie mocząc ich (chwała Potterom i hipermocnemu żelowi do włosów), ale wyglądając co najmniej niezadowalająco, przynajmniej w jej oczach, gdy mijała swoje odbicie w jasno rozświetlonych witrynach sklepowych. Nie była przemoczona jak zmokła kura. Ciemnobrązowy płaszcz nadal doskonale ją chronił, spódnica przed kolano była sucha, a beret dodatkowo osłoniła brązową parasolką w modne bezowe kropki.
Wyglądała lepiej niż większość mijanych osób, była po prostu niezadowolona z tego, co miało być jej rekompensatą za przyjazd do tej wilgotnej, śmierdzącej dymem, pożal się, Morgano, stolycy, a co zdecydowanie nie postanowiło zastać jej na miejscu. Była zła, bardzo zła, bardziej niż poirytowana, mimo to bezustannie unosząc kąciki wyszminkowanych na bordowo warg, bo przecież nie zamierzała tak łatwo okazać tegoż niezadowolenia. Nie daj, Matko, ktoś jeszcze by ją zobaczył i stwierdziłby, że jej się nie powiodło. O nie, ona była bogata i zadowolona. Bogata i...
...kurwa mać. Nawet nie zdążyła zareagować, gdy jakiś przeklęty, zapchlony futrzak skoczył na nią z pobliskiego balkonu, goniony przez zaryczane, zasmarkane dziecko. Obie istoty zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, ale co z tego, skoro jej parasolka została wytrącona z dłoni Alice, także odlatując w siną dal na skutek porywu wiatru?
Ten beret nie mógł wytrzymać zbyt długiego spotkania z londyńską nawałnicą. Potrzebowała parasola. Dostrzegając prowizorycznie zadaszony straganik, podreptała więc w jego kierunku, drobiąc kroki na obcasach, byleby jak najszybciej znaleźć się pod czymś na kształt słabej jakości plandeki.
Zupełnie zignorowała przy tym swoje otoczenie, niemalże taranując już tam stojącą kobietę, co było tym bardziej ironiczne, że gdyby blondynka nie miała kozaczków na nogach, mogłyby być podobnego wzrostu i zbliżonej budowy ciała.
- Przepraszam - zreflektowała się po sekundzie, ale fakt faktem, jej gigantyczna skórzana torba już zdążyła uderzyć Prudence w bok ciała.
To naprawdę nie był udany dzień.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
10.11.2025, 23:29  ✶  

Prudence przyglądała się przedmiotom, które były rozłożone na stole. Wpatrywała się w każdą rzecz, spoglądała na nią przez kilka sekund, po czym przesuwała wzrok na następną. Próbowała tutaj znaleźć coś dla siebie, coś co ją zaciekawi. Kto wie, może uda jej się odczytać z tego jakieś ciekawe wspomnienia. Nie miała aktualnie nic lepszego do roboty. Coś na nią chlusnęło, poczuła zimno na włosach i ramionach, policzki były mokre od wody. Uniosła na moment głowę w górę, dotarło do niej, że na jej twarz polała się woda z tego śmiesznego, prowizorycznego daszku. Przetarła dłonią oczy. Nie skomentowała tego, mimo, że zauważyła na ustach chłopców, którzy zajmowali się straganem złośliwe uśmiechy. Nie był to jej dzień, może nawet tydzień. Zacisnęła jedynie usta w wąską linię, jakby po prostu pogodziła się z tym, że tak miało być, że cały świat był przeciwko niej. Nie walczyła, chyba nie miała na to już siły. Była po prostu smutna, musiała to uczucie przetrawić.

Zignorowała chłopców, którzy zaczęli w końcu chichotać. Wyciągnęła jedną z dłoni z kieszeni, aby dotknąć różdżki, która się przed nią znalazła. Ciekawe do kogo należała, szkoda, że nie mogła wyjąć świeczek, aby poznać jej historię. Jej wzrok przesunął się na srebrną pozytywkę, ta przykuła jej uwagę na nieco dłużej, bo wyżłobiony w niej był kształt nietoperza, a te zwierzęta od zawsze wzbudzały w niej zainteresowanie, dotknęła palcami wyżłobienia, chyba mogłaby ją od nich kupić, pasowałaby do jej uroczego mieszkanka. Tak, już miała sięgnąć po monety, kiedy poczuła uderzenie. Nie przewidziała go.

Była zbyt wpatrzona w przedmiot, który wzbudził jej zainteresowanie. Nie była gotowa na to, co miało nadejść. Najwyraźniej los stwierdził, że nie będzie dla niej łaskawy, nie dzisiaj.

Kaptur spadł jej z głowy, kiedy przyjęła na siebie cios. Cios wielką, skórzaną torebką. Zachwiała się na nogach i przesunęła o kilka kroków, nie chciała tego, ale uderzenie spowodowało, że była bliska upadku, a naprawdę nie przeżyłaby w tej chwili bliskiego spotkania z kałużą, to nie tak, że ją to ominęło. Jej nogi, w tych delikatnych pantofelkach znalazły się bowiem w niej, poczuła wodę, która wpłynęła do ich wnętrza. Miała mokre stopy. Tylko tego jej brakowało do szczęścia. Westchnęła ciężko, brakowało jej słów. Zastanawiała się ile zajmie jej powrót do mieszkania i czy przypadkowo sama na siebie nie sprowadziła jeszcze przeziębienia, wolałaby uniknąć choroby, szczególnie, że jej stan psychiczny sugerował, iż nie do końca by sobie z nią poradziła. Z drugiej strony nie musiałaby chodzić do pracy, mogłaby zawinąć się w kołdrę i leżeć, to wcale nie było takie głupie. Przez lata pracy w kostnicy nigdy nie wzięła ani jednego dnia wolnego z powodu choroby, może to byłby ten moment?

Po dłuższej chwili przeniosła wzrok na kobietę, która ją tak urządziła. Wyglądała dużo lepiej od niej, niby nie było o to trudno, bo Prue zdecydowanie nie była w najlepszej formie. - Nic się nie stało. - Odpowiedziała chłodno, przez zaciśnięte zęby, wypadało bowiem się odezwać, prawda? Mogłaby na nią nawrzeszczeć, powiedzieć, aby uważała jak chodzi, tyle, że Prue, Prue nie zachowywała się w ten sposób, nie lubiła konfrontacji, raczej ich unikała, szczególnie, gdy chodziło o obcych ludzi. Raczej po prostu opuszczała głowę nisko i udawała, że nic takiego się nie stało, a że teraz była w rozsypce, to podchodziła do tego jeszcze bardziej wymijająco.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#4
10.11.2025, 23:59  ✶  
To nie tak, że celowo lubiła znajdować się w centrum każdej sytuacji. Owszem, lubiła zainteresowanie, ale nie musiała go na siebie ściągać. Ona po prostu miała coś takiego w sobie. Coś, co niemalże bezwiednie, często nawet zupełnie bezrefleksyjnie czyniło z niej kogoś więcej niż tylko smutnego statystę z mokrych londyńskich ulic. Takiego...
...o!
Nie trzeba było nawet uciekać się do przykładów, które byłyby jakoś wyjątkowo odległe lub całkowicie hipotetyczne. Wystarczył ten jeden, jaki sam znalazł się przed nosem Alice. Albo raczej pod ostrzałem jej torby. Bezwładnej, ciężkiej i całkiem rozpędzonej. Nic więc dziwnego, że zupełnie nie zapanowała nad torem lotu, czyż nie?
Jak wiele z tych dobrych przypadków (jak i tych złych, ale zostawmy je na później, dobrze?) to stało się zupełnie samo z siebie. Torebka, jednocześnie będąca całym jej dobytkiem, zwyczajnie trafiła w tę nieszczęsną, smutną, przemoczoną sierotkę, która w oczach królowej życia* niemal perfekcyjnie wpisywała się w grono tych ludzi, którzy istnieli nie po to, żeby błyszczeć, tylko po to, aby inni mogli przyciągać uwagę.
Nawet częściowo nie w formie, była bowiem pewna, że prezentowała się teraz znacznie, znacznie lepiej od nieszczęśnicy, która wpadła butami prosto w kałużę, wywołując kilka rozbawionych parsknięć ze strony młodzików wyglądających zbyt młodo, aby być straganiarzami. Alice uniosła starannie wyregulowaną brew, jednocześnie posyłając spojrzenie na stragan i bez słowa wyciągnęła rękę do kobiety obok, żeby w miarę chęci tamtej, pomóc jej opuścić zimną kałużę.
Jeśli nie, to nie. Nie zamierzała pomagać na siłę, ale mimo wszystko postanowiła zrobić dobry uczynek. Miała skórzane rękawiczki, idealne na jesień, ukrywające trochę znoszony manicure, ale przecież czego oczy nie widzą...
Najważniejsze, że była miła, czyż nie? Nawet jeśli w tej chwili patrzyła w zupełnie inną stronę, żywiąc coraz głębsze przekonanie, że...
- To kradzione - uderzyła językiem o podniebienie, wydymając swoje idealnie pomalowane wargi.
Jeden z palców jej wolnej dłoni został wycelowany w dokładnie tę samą srebrną, lekko zaśniedziałą pozytywkę, która wcześniej przyciągnęła wzrok Prudence. Paradoksalnie, blondynka wyglądała na bardziej zaciekawioną niż zgorszoną. Zdecydowanie badała reakcję młodzieży na tę informację. Oni natomiast, równie paradoksalnie, nie przeszli od razu w defensywę. Skwitowali to jedynie wzruszeniem ramion i burknięciem brzmiącym wyjątkowo mocno jak:
- I? A następnie równie bezczelnym. - Bierzesz czy nie? - Skierowanym jednocześnie w kierunku jednej i drugiej z kobiet.

*na przymusowym urlopie.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
11.11.2025, 00:44  ✶  

Istniały osoby, które były głównymi aktorami, inne jak Prue zawsze przyjmowały role statystów. Nie, żeby jakoś specjalnie jej to przeszkadzało. Wolała wtapiać się w tło, obserwować wszystko z odpowiedniego dystansu, udawać, że nie istnieje. Tym razem jednak ta rola wiązała się z nieco większym poświęceniem. Była mokra, od stóp do głów, jej skóra zrobiła się jeszcze bledsza niż zazwyczaj, przynajmniej czuła ten chłód, który wypełniał ją do szpiku kości. Na nim się skupiła, może nie był przyjemny, ale dzięki niemu nie myślała zbyt wiele. Wszystko co odsuwało od niej niezbyt przyjemne przemyślenia aktualnie należało do jej sprzymierzeńców, nawet jeśli nie było to specjalnie miłym uczuciem.

Wiedziała, że wygląda źle. Jak niby miałaby wyglądać dobrze, albo względnie dobrze, gdy jej nowy świat, nowa rzeczywistość zaczęła się rozsypywać? To nie było możliwe, mimo tych ubrań, wyprasowanych, idealnie dobranych jak zawsze, które aktualnie były całkowicie przemoczone. Stawała się swoim własnym cieniem, czy tego chciała, czy nie, nie umiała jeszcze nic z tym zrobić. Potrzebowała czasu, zdawała sobie z tego sprawę, chociaż nie wiedziała czy i on przyniesie ukojenie, bo było zbyt dobrze, przez ostatnie tygodnie było tak, jak nigdy wcześniej i trudno było jej się pogodzić z tym, że tak nagle to się skończyło. Odgarnęła dłonią kilka pasm mokrych włosów, które znajdowały się na jej twarzy, bo utrudniały jej widzenie, to mogło przynieść kolejne drobne katastrofy, których wolała uniknąć.

Widziała dłoń wyciągniętą w jej kierunku, udała jednak, że jest zupełnie inaczej. Musiała radzić sobie sama, tamta mogła być bardziej uważna, gdy się tutaj pojawiła. Zrobiła krok do przodu, by opuścić kałużę. Udało jej się to zrobić bez kolejnych rewelacji. Ponownie spojrzała na pozytywkę, naprawdę chciała ją kupić.

Kobieta jednak również wskazała na przedmiot, który interesował Prue. Miała okropne wrażenie, że nie uda jej się przez nią przebić, mimo, że to ona pierwsza wypatrzyła przedmiot. Ta obok niej wydawała się być bardzo pewna siebie, Bletchley pewnie musiała odpuścić, bo nie była gotowa na konfrontację, nie w takim stanie. Musiała się pogodzić z klęską. Brakowało tylko, żeby w tej chwili ktoś ją zdeptał, a chyba mogłaby stwierdzić, że przydarzyły jej się wszystkie nieszczęścia świata.

- Czy właśnie przyznałeś, że to jest kradzione? - Nie zaprzeczyli, nawet nie próbowali udawać, że jest inaczej. Musiała zadać to pytanie, w sumie po co? Nie była w najlepszej formie, mogłaby się tym zainteresować, w końcu pracowała w biurze przestrzegania prawa, ale czy miała siłę to zrobić?

- Wezmę ją. - Dodała w końcu licząc na to, że będzie pierwsza, naprawdę chciała postawić tę pozytywkę na jednej ze swoich szafek.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#6
11.11.2025, 02:06  ✶  
Grupka młodych chłopców nawet nie próbowała symulować braku zainteresowania całą sytuacją. Wręcz przeciwnie, byli nią całkiem rozbawieni. Najwyraźniej cudza krzywda nie była dla nich niczym innym, jak tylko powodem do stłumionego rechotu i paru zbyt cichych komentarzy, żeby którąkolwiek z kobiet mogła zrozumieć ich treść. Z pewnością nie były jednak przychylne ani miłe.
Dokładnie tak jak spojrzenie, które zostało posłane wpierw w kierunku jednej, później drugiej z kobiet, gdy tylko padło to obrzydliwe oskarżenie o kradzież. Teoretycznie nie spotkało się z żadną jawną reakcją. W teorii zostało zbyte wzruszeniem ramion. Ale wzrok najwyższego z uczniaków zdecydowanie stwardniał, gdy Prudence drugi raz nazwała rzeczy po imieniu. I nie, nie chodziło o samą srebrną pozytywkę.
- I? - Powtórzył dokładnie ten sam chłopak, co wcześniej (a może inny? w końcu zlewali się w jedną grupę), wzruszając ramionami i posyłając całkowicie obojętne spojrzenie w kierunku Prudence. - Jesteś z psiarni czy coś? - Tak, teoretycznie mógł po prostu spytać: a co cię to obchodzi? albo wybrać jakąś milszą opcję zorientowania się w sytuacji, jednakże bez wątpienia nie zamierzał bawić się w podchody.
W jego jasnoszarych oczach pojawiło się coś na kształt podejrzliwości, jednakże najwyraźniej nie na tyle głębokiej, żeby przestał wietrzyć możliwość dokonania naprawdę lukratywnej transakcji. Szczególnie, że bez wątpienia zdążył wyłapać zainteresowanie przedmiotem ze strony obu pań, wymieniając spojrzenie z kumplami, a następnie wychylając się trochę w kierunku klientek.
- Wiecie - zaczął porozumiewawczo, nawet jeśli w jego tonie głosu bez wątpienia pojawiła się przy tym zbyt duża śliskość, może nawet dosyć mocne samozadowolenie, no, bo w końcu niecodziennie można było ubić większy biznes niż przewidziany. - To naprawdę wyjątkowy przedmiot, jedyny w swoim rodzaju. Można nawet powiedzieć, że praktycznie bezcenny - uśmiechnął się do siebie, przygryzając wnętrza kącików ust, żeby nie okazać tego aż nazbyt dostrzegalnie.
Pauza, jaką zrobił młodzieniec, równie dobrze mogłaby być zastąpiona zabraniem przedmiotu z widoku i przesunięciem go dopiero po trzech, może czterech sekundach. Jeśli nie później.
- Na szczęście, żaden z nas nie jest materialistą - tak, tak, z pewnością. - Bardzo chętnie przyjmiemy oferty. Na pewno się dogadamy - kolejny raz uśmiechnął się pod nosem, wywierając ten rodzaj nieprzyjemnego wrażenia, który nakazywał sądzić, że zaraz mlaśnie i zatrze dłonie.
Na to trzeba było jednak jeszcze poczekać.
Widmo
Sztuka alchemii nie zna lęku przed trucizną — z jadu rodzi się życie.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi; znany XVI-wieczny lekarz i alchemik. Jest on uznawany za odkrywcę mowy węży.

Paracelsus
#7
11.11.2025, 02:07  ✶  
Czy była zła o odtrącenie jej pomocnej dłoni? No niekoniecznie. Trudno byłoby powiedzieć, że nie zauważyła odrzucenia oferty wsparcia, bowiem stojąca za nią kobieta kilka chwil później ponownie znalazła się na swoim dawnym miejscu, ale Alice zbyła to ledwie słyszalnym prychnięciem, które równie dobrze mogłoby być stłumionym kichnięciem.
Ach, ta pogoda. Już zdążyła zapomnieć, czemu tak bardzo nie lubiła Anglii. W przeciwieństwie do jej rodzinnych, bardziej wietrznych, ale też zdecydowanie bardziej słonecznych stron, Londyn zawsze wyglądał tak samo odpychająco. Było szaro, było ponuro, mżyło lub padało. Gdyby chciała policzyć te słoneczne dni, jakie zastały ją podczas zakupów na Pokątnej, z pewnością mogłaby użyć jednej dłoni. Może nawet tej, którą odtrąciła tamta panna.
No cóż, najwyraźniej niektórzy po prostu lubili być ofiarami. Z jakiegoś przedziwnego powodu, Aly nie miała ani cienia wątpliwości (może dlatego, że tu nie było słońca, więc i cień nie był zbyt wyraźny), że stojąca obok niej delikwentka miała w planach wkrótce wrócić do domu i pławić się we własnym nieszczęsnym losie dokładnie tak jak przed chwilą kąpała swoje butki w kałuży.
Może nawet byłoby jej trochę szkoda tej nieszczęsnej istoty. Mimo wszystko, była przecież bardzo empatycznym człowiekiem. Naprawdę starała się zmienić ten świat na lepszy. Tyle tylko, że kolejny raz przeszkodziły jej w tym wyjątkowo niefortunne okoliczności. Wystarczyła bowiem chwila, żeby nieznajoma spróbowała na pełnej bezczelności (zadziwiające) wepchać się z mokrymi pantofelkami w starannie przeprowadzane negocjacje.
Alice nie bez powodu zwróciła uwagę na kradzież. Nie bez powodu jej oczy napotkały oczy sprzedawcy. Ten zaś bez potrzeby skierował ku nim pytanie, które było stanowczo zbyt otwarte jak na standardy blondynki. Chciała tę pozytywkę, chciała ją, bo ją sobie wypatrzyła. Tymczasem teraz miała z kimś o nią walczyć?! Niedoczekanie. Słysząc odpowiedź sprzedawcy, prawie zazgrzytała zębami, tylko cudem nie rozmazując sobie bordowej szminki na całej twarzy, po czym bardzo dyskretnie spojrzała na swoją rywalkę. Kątem oka zlustrowała jej twarz, tym razem zyskując nań lepszy widok przez odsunięte mokre kosmyki i...
- Prudence? - Rzuciła nagle, głęboko zdziwiona, całkowicie obracając się do rywalki. - Prudence Bletchley? - Zaświergotała, z pozoru nagle całkowicie przekierowując swoje zainteresowanie z pozytywki na stojącą obok niej kobietę. - Zupełnie cię nie poznałam, wiesz? Kopę lat, no, naprawdę! - Kontynuowała, zupełnie nie dając po sobie poznać, że wewnątrz...
...wewnątrz wszystko w niej zalało uczucie, jakie ostatni raz odczuwała naprawdę dawno temu. Szczere i mocne. No naprawdę.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
11.11.2025, 19:16  ✶  

Nieszczególnie podobało jej się to, jak rozwinęła się ta sytuacja. Mogła tu nie podchodzić, mogła iść dalej, najwyraźniej sama na siebie ściągała te nie do końca przyjemne momenty. Na jej własne życzenie wydarzyło się to wszystko. Przymknęła na moment oczy, czy naprawdę tak bardzo potrzebowała tej pozytywki? Nie. Wpadła jej w oko, być może interesowała ją historia przedmiotu, czuła, że może pokazać jej coś ciekawego, ale czy tak bardzo jej pragnęła? Lubiła kolekcjonować rzeczy, jednak nie była, aż tak zdesperowana.

Otworzyła oczy i spojrzała na chłopaka, gdy zapytał o to, czy jest z psiarni. Niby nie była, ale trochę jednak była. Wzruszyła więc ramionami i rzuciła ciche. - Poniekąd.- Nie wydawało jej się, aby dzieciak domyślił się, co to mogło oznaczać. Wsunęła dłonie ponownie do kieszeni swojego płaszcza.

Młody najwyraźniej postanowił sięgnąć po swoje handlarskie zdolności. Zmrużyła oczy, kiedy zaczął mówić o przedmiocie, chyba faktycznie liczył na to, że któraś z nich uwierzy w jego słowa, jednak im więcej mówił, tym mniej Prue miała ochotę kupić tę pozytywkę. Nie lubiła być nagabywana, raczej sama decydowała o tym, co zamierza kupić do swojego domu. Teraz to już chyba tego nie chciała, zamiast tego utkwiła wzrok w niewielkiej portmonetce, może to był jakiś pomysł.

Wyłączyła się i przestała go słuchać, za dużo paplał, a ona w tej chwili nie miała ochoty na to, żeby ktokolwiek się do niej odzywał, no może półsłówkami, ale nie takimi długimi zdaniami. Nie była w swojej najlepszej, towarzyskiej formie.

Wtedy do jej uszu dotarły słowa kobiety, o której istnieniu właściwie zapomniała, za bardzo skupiła się na tym, aby obejrzeć resztę przedmiotów, które znajdowały się na straganie. Uniosła jednak głowę, kiedy ta rzuciła dość głośno jej imię i nazwisko. Przeniosła na nią swoje spojrzenie, jej źrenice się powiększyły, wpatrywała się w nią krótką chwilę. Dopiero teraz, gdy jej się przyjrzała dotarło do niej, że ją zna. Niestety nie była w stanie zapomnieć niczego, a wolałaby nie pamiętać tej twarzy, bo nie wzbudzała w niej pozytywnych emocji.

- Alice. - W przeciwieństwie do swojej kompanki nie miała w zwyczaju rzucać nazwiskami w głos, gdy nie było to konieczne.

- Mhm. Ty nie bardzo się zmieniłaś. - Skomentowała jeszcze. Nie dziwiło jej to jakoś specjalnie, takich jak ona się nie pamiętało, zdecydowanie było to Prue na rękę. Nie musiała dzięki temu wracać do chwil, które nie kojarzyły jej się dobrze.

- Wezmę to. - Wyciągnęła galeona, nie patrzyła nawet na chłopaka, któremu go wcisnęła, za to sięgnęła po portmonetkę, która znajdowała się tuż pod jej ręką.

- Żegnaj Alice. - Schowała zakup do kieszeni, naciągnęła kaptur ponownie na głowie i odwróciła się na pięcie. Nie chciała z nią rozmawiać, nie tego dnia, tak właściwie to żadnego innego też nie, więc po prostu ruszyła przed siebie. Musiała to rozchodzić.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Paracelsus (1766), Prudence Fenwick (1830)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa