Powinna była go puścić. Tak jak sobie tego życzył, było to chyba pierwsze, co jej powiedział, kiedy znaleźli się na zewnątrz. Tyle, że nie wykonała tego polecenia, zamiast tego właśnie wbijała swoje pazury, w jego rękę, zupełnie nieświadomie, chwytając go coraz mocniej. Słowa, które padały z jej ust też były coraz mocniejsze, coraz mniej przemyślane, chociaż starała się brzmieć jakby w ogóle nie ruszało ją to wszystko. Nie była to prawda, sam ton wypowiedzi, po który sięgała mówił wszystko o tym, w jakim miejscu się znajdowała i nie chodziło wcale o Nokturn. Próbowała kontrolować chociaż ten ton głosu, bo nic innego jej już nie pozostało.
- Jak możesz mieć do mnie pretensje o to, że nie przeczytałam listu, którego nie dostałam, skąd niby mogę wiedzieć, jak się wyraziłeś? Wszystko wcześniej raczej było całkiem jasne. Zrozumiałam aluzję. - Nie była przecież głupia, ten pierwszy list, który jej wysłał mówił wiele, był oschły, oficjalny, brzmiał tak jakby napisał go na odpierdo, żeby nie było, po co? Z jakiegoś poczucia obowiązku, niby lepsze to niż odejście całkiem bez słowa, ale z drugiej strony, czy faktycznie? Treść tego pożegnania była pozbawiona jakichkolwiek emocji, chyba naprawdę wolałaby, żeby kazał się jej pierdolić.
Nie było to najlepsze miejsce na podobne konwersacje, mimo tego, że starała się mówić cicho, nie zwracać na nich uwagi, to nie do końca pasowali do otoczenia, tutaj ludzie napierdalali w siebie zaklęciami, kiedy zaczynali podobne rozmowy. Oni stali przed drzwiami Wierna, trzymali się za rękę, a przy tym strzelali w siebie piorunami z oczu, napięcie było wyczuwalne, powietrze gęste, mimo chłodnego, jesiennego wiatru, miała wrażenie, że można by było między nimi powiesić siekierę w tej chwili.
Dotarło do niego chyba to, że nie otrzymała części korespondencji, chociaż nie wyglądało na to, by to coś zmieniało. Niby przyjął to do wiadomości, a jednak dalej mówił tak, jakby specjalnie ignorowała brakujące dane, jak niby miała je brać pod uwagę, skoro ich nie posiadała? Skoro dla niej nie istniały, sugerowała się tylko i wyłącznie tym, co miała szansę widzieć, czy przeczytać.
- To nie znaczy, że co mam prawo? Że mam prawo się złościć, że mam prawo się wkurzać? Że ma prawo mnie boleć? Co mam prawo? - Zacisnęła zęby, nie była gotowa na to, co nadeszło. Pozwalała, aby targające ją emocje mówiły przez nią, a to nigdy nie było dobre, nie robiła tak, nie postępowała w ten sposób, wiedziała, że to mogło przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak nie tym razem, Benjy obudził w niej coś, co było ukryte bardzo głęboko.
- Nie przyszłam do Wiwerny przypadkiem. - Postanowiła to jeszcze sprostować, bo czemu by nie. Nie miała pojęcia, czy spodziewał się tego, że może ją tu znaleźć, pewnie nie. Prudence przecież nie wyglądała na kogoś kto szlajał się po Nokturnie, kto miał tu sprawy do załatwienia, a jednak bywała w tym miejscu, jak przystało na prawdziwą czarnoksiężnice.
- Przypadkiem to akurat Ty tutaj byłeś, bo miałeś być gdzie indziej. - To już też chyba ustalili, że zdaniem Prudence nadal był gdzieś w pizdu daleko, za granicami kraju. Nie spodziewała się go tutaj spotkać. - Nie wiem, co planowałeś, bo nie masz w zwyczaju się dzielić swoimi planami. - Musiała dodać coś jeszcze, mieć ostatnie zdanie, dochodzili do momentu, w którym już kiedyś się znajdowali, tyle, że wtedy kiedy się ze sobą kłócili nie trzymali się za ręce, a to sporo zmieniało, a przynajmniej tak się Bletchley wydawało. To powodowało dodatkowy ciężar, bo niby miała ochotę wydrapać mu oczy, ale nie tylko, mogłaby też wydrapać mu coś innego paznokciami na przykład na jego plecach.
- Tak? - To było głupie, założenie, że się tu przed nią ukrywał było głupie, dotarło to do niej gdy powiedziała to na głos, ale za późno już było, żeby udawać, że tak nie pomyślała. Nie wiedziała, co robił, nie wiedziała dlaczego nie odezwał się do niej, gdy znalazł się w Londynie, czemu się z nią nie spotkał. Nie odpisała mu na list, ale go nie dostała, cała ta sytuacja robiła się coraz bardziej absurdalna.
Zamknęła na moment oczy, na krótką chwilę, chciała rozładować złość która się w niej gromadziła, nie żeby to coś dało. Nie łatwo było jej się uspokoić. - Tak, to, że go nie dostałam nie oznacza, że go nie było, ale gdyby Ci chociaż trochę zależało to znalazłbyś chwilę, żeby się ze mną spotkać. - W swoim bardzo pogmatwanym sposobie myślenia, nie mogła zrozumieć tego, że spotkała go ot tak, znikąd na Nokturnie, że zdążył już się tutaj pojawić, widać w bójkę, załatwiać jakieś sprawy, a ona nie miała pojęcia o tym, że wrócił.
Zbliżył się do niej o krok. Nie ruszyła się z miejsca, zamiast tego zadarła głowę nieco wyżej, nie unikała tej konfrontacji, wręcz przeciwnie próbowała jakoś się w niej odnaleźć, chociaż zupełnie nie była gotowa na taką burzę, nie do końca wiedziała, czy będzie po niej co zbierać, bo nie sięgali po półśrodki, nie, nigdy tego nie robili, atakowali tak mocno jak tylko potrafili.
Odetchnęła ciężko. Miał rację, starała się brzmieć jakby ją to w ogóle nie obchodziło, próbowała podchodzić do tego co mówił z dystansem, przynajmniej w swoich odpowiedziach, chociaż w środku ją roznosiło, nie chciała jednak pozwolić sobie na całkowitą utratę kontroli. Proceduralne... W tym nie było żadnej procedury, to był jeden wielki chaos, na który nie była gotowa.
- Jakby to było co? Sam masz problem, aby to nazwać, sam to robisz. - Najwyraźniej, nie mieli zamiaru nazywać rzeczy po imieniu, bardzo rozsądne, później pojawiały się te wszystkie niedopowiedzenia, domysły i cała reszta
- Nie, nie musimy tego robić tutaj, ale zaczęliśmy, a nie zamierzam odchodzić dopóki... - Zeszła nieco z tonu, a głos zaczął jej się łamać, kiedy nazwał ją w ten sposób, do tego wyczuła u niego tę zmianę, nie mogła nic poradzić na to, że miękkła. Nie dokończyła myśli, bo tym razem to on postanowił pociągnąć ich z dala od Wierna, cóż to nie było wcale głupią decyzją, wzbudzali zainteresowanie, lepiej dla nich, by zmienili miejsce w którym prowadzili tę rozmowę. Ruszyła więc za nim, nie opierała się, nie powiedzieli sobie jeszcze wszystkiego.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control