05.12.2025, 11:28 ✶
Część fabuły ZF Posępnej Wyspy.
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...
*
Dora Crawley uciekała.
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.
Odpisy do ósmej rano 9.12
Cormac i Finn przygotowali kilka pomieszczeń, które zabezpieczyli runami, a Thomas i Dora mogli dorzucić to i owo od siebie – więc przynajmniej w teorii tej nocy powinni być… może nie bezpieczni, ale istniała szansa, że nic ich nie zeżre. Poszukiwania mieli podjąć z powrotem o świecie, więc po północy pozostało im niewiele więcej, jak rozdzielić się wartami i spróbować złapać trochę snu.
Thomas pełnił tę ostatnią, przed świtem, mając po prostu trzymać się w pobliżu wejść do pomieszczeń, w których spała część zespołu. Było ciemno, zimno, spokojnie, aż kątem oka wyłapał jakiś ruch.
Czy mu się wydawało, że ktoś mignął mu w oddali, przebiegając na drugim końcu korytarza ku schodom?
Mógłby przysiąc, że chłodny powiew zmierzwił mu włosy.
Może przeciąg, nic nadzwyczajnego, w zrujnowanym, szkockim zamku...
*
Dora Crawley uciekała.
Coś ścigało ją w ciemnościach, a do jej umysłu, oszalałego z przerażenia, nie do końca docierało, przed czym próbuje uciec. W jednej chwili sądziła, że tuż za nią, w mroku, czai się potwór, który chce ją rozerwać na strzępy, pożreć. Słyszała warkot, dźwięk pazurów, uderzających o posadzkę, czyjś krzyk, głos kogoś, kto kazał jej uciekać, a potem krzyczał już tylko w bólu: i wiedziała, że gdzieś tam, w zamku, właśnie zginął ktoś, kogo kochała. W kolejnej była pewna, że umyka przed własnym dziadkiem, i że słyszy za sobą jego głos – bardzo spokojny, niemal łagodny – przyrzekający, że już wkrótce będzie mogła spotkać matkę.
A potem nagle uświadomiła sobie, że stoi sama w ciemnościach.
Bosa, wciąż nie do końca rozbudzona, samotna w obcym miejscu – w korytarzu, który, jak sobie po chwili uświadomiła, musiał być częścią zamku McClivertów, do której dotąd nie zajrzeli, najbardziej zrujnowanej. Ziąb przenikał jej ciało prawie że do kości, trzęsła się z zimna: musiała być tutaj już od jakiegoś czasu.
Najwyraźniej pod wpływem snu lunatykowała i nie była pewna, jak daleko zawędrowała.
Odpisy do ósmej rano 9.12