• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 Dalej »
Przepraszam bardzo, ale nie żyje(sz)ę. | Cody & William | 14 marzec 1972

Przepraszam bardzo, ale nie żyje(sz)ę. | Cody & William | 14 marzec 1972
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#1
24.01.2023, 08:33  ✶  
Czy człowiek zdaje sobie sprawę, że umiera?

W przypadku Cody'ego ta myśl mimochodem przeszła mu przez głowę. Mógłby wnioskować to po ilości przyjętych zaklęć destrukcyjnych jednak one nie zabijały a jedynie wywoływały ból. Właśnie odkrył, że pęknięcie obojczyka boli na tyle aż mdli od najmniejszego drgnięcia tułowia. Bolało, bo oddychał szybko i płytko. Nie było to łatwe bo pluł krwią i jednocześnie zaciskał obie ręce na brzuchu. Nie był pewien co z niego chciało się wydostać - jelito, żołądek, zmiękczona alkoholem wątroba - ale uparcie nie chciało zostać tam, gdzie jego miejsce. Rozumiał, że liczy się wnętrze ale bez przesady! Przywiązał się do swoich wnętrzności, nie potrafiłby znieść rozłąki. Taki był z niego właśnie człowiek - w sytuacji beznadziejnej jego myśli okalał wisielczy humor. Wysyłał je w przestrzeń, łudząc się, że telepatia go ocali. Krzyczał w myślach o pomoc, może ktoś go usłyszy? Wołał:
-"...do cholery jasnej, pomocy kurwa, bo tu szczeznę! Ma ktoś chwilę? Zawoła ktoś uzdrowiciela? KURWA MOJE JELITO!! - acz nikt go nie słyszał. Była późna godzina. Kilka godzin temu wyszedł z Dziurawego Kotła z urodzin przyjaciela. Bawili się pół nocy, śmiali, śpiewali, tańczyli na stole, wyciągali sponiewieranych spod stołu, rywalizowali w karaoke… a dwie godziny potem leżał w brudnej uliczce i umierał. Został tu wciągnięty i od razu zaatakowany. Mógł być z siebie dumny bo "sprawiał problemy". Te dwa słowa definiowały jego imię. Nie był łatwym celem. Ktokolwiek chciał go sprzątnąć to musiał się trochę zmachać bo kto jak kto ale Brandon był zwinny i obronę miał ładnie wyuczoną. Jakże cieszył się, że szlifował defensywę dla szpanu. Szkoda tylko, że te umiejętności nie ocaliły mu życia.

O czym myśli czarodziej kiedy walczy na śmierć i życie?
Broń się i uciekaj. Alice go zamorduje jeśli nie ucieknie. Rhea przemówi wrzaskiem i go opierdzieli jeśli to zaklęcie tarczy mu nie wyjdzie. Co by pomyślała matka? "Po co była ci ta cała magia…"
Tyle lat nauki, wychowania, poznawania świata aby skończyć w ten sposób? Nie wiedział gdzie leży jego różdżka. Prawdopodobnie w tej kałuży krwi albo w tamtej. Już nie zliczy ile tego tu jest. W pewnym momencie nie miał sił trzymać otwartych oczu. Trząsł się z gorączki i zapewne z jakiegoś medycznego powodu, którego nigdy w życiu by teraz nie wymyślił. Nie było mu zimno. Z lewej strony płonął kontener na śmieci. Żałował, że nie paliła się noga tej szui, która go tak urządziła. Mimo wszystko mógł być z siebie dumny, że zaklęciem transmutacji usunął kość z jego ręki. Przemilczy fakt, że w odwecie szuja rozerwała mu brzuch. Nie musi wspominać, że żadne inne rzucone zaklęcie nie trafiło w napastnika. To jedno jedyne ale za to jakie bolesne. Napawałby się tym gdyby tak piekielnie nie bolało. Nie był męski, z jego oczu cisnęły łzy bo się cholernie bał. Był przerażony, że nikt go nie słyszy. Nie był w stanie się nawet doczołgać zza róg uliczki.
Wolał w myślach, próbował odezwać się i krzyknąć ale krew zalewała gardło. Męczył się długo zanim dopadła go przyjemna senność. Gdzieś w myślach przypomniał sobie scenę z mugolskiego filmu gdzie zrozpaczona dzierlatka wyła nad ciałem ukochanego i krzyczała "nie zasypiaj!". Przydałaby mu się taka niewiasta, co go przytrzyma przy świadomości. Gdzie są te dwie, które zawsze przy nim były? Ach, sam im mówił, że to męski wieczór. Wiedział, że bez nich zginie ale żeby dosłownie…
W pewnym momencie ból minął. Wszystko minęło. Leżał w dużej kałuży krwi, blady, nieruchomy. Ciszę przerywało trzaskanie ognia pochłaniającego kontener. Ktoś tu w końcu przyjdzie zwabiony małym pożarem i znajdzie ciało dwudziestodwulatka.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#2
27.01.2023, 02:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 03:49 przez William Lestrange.)  
Powroty z Paryża były trudne - o wiele bardziej skomplikowane niż przenoszenie się na terenie Wielkiej Brytanii, bo za każdym razem musiał komuś meldować, że przekracza granicę, tak też było w tym przypadku.
Późną nocą przemierzał Pokątną, aby wrócić do domu. Los chciał, że jego mózg nie działał tak, jak w wypadku normalnej osoby, więc zamiast udać się prosto do miejsca zamieszkania, zamyślił się i przechadzał po pustych ulicach magicznego Londynu. Wydawało mu się, że teraz jest najlepszy na to czas, w końcu kamienice i centrum stolicy miało w sobie coś sprzyjającego zadumie, jeżeli cały ten tłum, jaki okupował chodniki przed witrynami sklepów i ogólnie szerokość drogi skumulował się w pobliskich mieszkaniach, pubach oraz innych lokalach.
Przystanął spoglądając w jedną z pustych uliczek, bo wydawało mu się, że dostrzegł cień ciepłego światła, które nie pochodziło z okien okolicznych lokali. Przymrużył oczy i już miał zamiar założyć na nos okulary, które trzymał w wewnętrznej kieszeni płaszcza, gdy czerwoność światła zrobiła się intensywniejsza - uświadomił sobie, że ma do czynienia z ogniem. Bez pośpiechu podszedł bliżej zapalonego przedmiotu, który okazał się stojącym za rogiem kontenerem, zgasił płomień szybko, nie było w tym geście niczego poetyckiego czy podniosłego, ot szybka magia zapobiegawcza. Zanim jednak ogień całkowicie zniknął, Lestrange dostrzegł, że coś się za nim rusza. Z początku myślał, że były to jedynie dogasajace śmieci, okoliczny dachowiec lub jego zmęczony umysł płatał mu figle, lecz... gdy zobaczył, co, a raczej kto znajdował się w rogu uliczki zamarł, w połowie przygarbiony. Bał się, że jak wykona jakikolwiek ruch, to coś obok niego wybuchnie, że zraniona, lub martwa, osoba go zaatakuje, tak samo jak inferius, wiele lat temu, na cmentarzu.
Szybko doszedł do zmysłów, odrzucając całą emocjonalność - mimo wszystko był po kursach uzdrowicielskich, jego zadaniem było ratować życie. Nie zważając na krew podszedł do chłopaka z wyciągniętą różdżką i podpierając się o róg kontenera, ukucnął.
- Lumos - wyszeptał, a czubek różdżki zaiskrzył się delikatną, ciepłą łuną światła - padało na twarz Lestrange'a oraz na tors i brzuch rannego, ukazując ranę w całej okazałości. Naukowiec przeklął pod nosem. Sprawdził tętno i czując je poklepał, jak wywnioskował po leżącej nieopodal różdżce, czarodzieja po policzku.
- Hej, hej. Obudź się - powiedział, ale z jakiegoś powodu intuicja podpowiadała mu, że nie może być zbyt głośny, bo ktoś zaraz przybiegłby i oskarżył go o zbrodnię. Dlaczego w ogóle przeszło mu to przez myśl? Śledczy mogliby łatwo stwierdzić, że to nie Lestrange jest winien tego okropieństwa.
Długi, szaro-czarny płaszcz z grubego materiału szybko zaczął nasiąkać krwią, ale William nie zwracał na to uwagi. Wyczuwając delikatne tętno u rannego postanowił rzucić zaklęcia tamujące krew, mające trzymać wnętrzności i skórę, aby z chłopaka wszystko nie wysypało się w kolejnej fazie ratowania. Lestrange nie miał ze sobą żadnego eliksiru, aby pomóc nieszczęśnikowi. Prawdopodobieństwo, że ktoś ich tutaj usłyszy jest małe, a jak pojawi się zakrwawiony w którymś lokalu, to może tylko wzbudzić niepotrzebną panikę, poza tym jaką miał gwarancję, że w tym stanie chłopak by tego dożył? Merlin jeden wie, ile tutaj leżał, ale wnioskując po ilości straconej krwi, prawdopodobnie długo. Postanowił wziąć go ze sobą, wyleczyć tym, co miał dostępne w pracowni. Nie byli daleko swistoklika, który zawsze po wizytach w Paryżu zabierał go z powrotem w okolice domu, gdzie mieszkał z Eden. Bez zastanawiania się nad tym kolejną sekundę, wsadzi różdżkę do ust, aby Lumos przyświecało mu drogę.
- Nie nadszedł jeszcze twój czas, a już na pewno nie umrzesz samotnie, przy śmietniku, zaledwie na progu dorosłości - wymamrotał, bardziej do siebie, niż do znalezionego rannego, którego wiek mogł ocenić na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, tak mu się wydawało w chaotyczności tej sytuacji. Zatamował krwawienie, spowodował też, że z ciała drugiego czarodzieja miało się nic nie wylać. Zdołał podnieść go do pionu i oprzeć na sobie, aby zaraz przemierzyli kolejną przecznicę.
Droga do świstoklika była trudniejsza, niż Williamowi z początku się wydawało, ale dotarli na miejsce, a znaleziony poszkodowany wydawał się wciąż, słabo, bo słabo, ale dychać. Wszedł do domu tylnym wejściem, którego i tak zazwyczaj używał, gdy wracał późno i nie chciał budzić żony. Kiedy tylko znaleźli się w jego pracowni, nawet nie ściągając z siebie płaszcza dopadł szafkę z eliksirami, które mogłyby wzmocnić bladego, umierającego chłopaka.
- Wytrzymaj jeszcze chwilę, jeszcze trochę, już prawie - mówił bardziej do siebie, trzymając różdżkę w zębach, nawet nie mając czasu, aby zapalić większe światło, wciąż z ciepłą iskierką Lumos na jej końcu, aby oświetlić sobie fiolki.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#3
27.01.2023, 18:47  ✶  
Wraz z utratą przytomności kończył się pewien rozdział w jego życiu. Nie mógł wiedzieć, że w jego trzewiach tkwią jeszcze słabe oddechy. Nie słyszał swojego bicia serca, tak samo jak szumu w uszach. Nie było nawet zimna wilgotnego chodnika czy ciepła bijącego z płonącego kontenera. Nie było dla niego ważne czy jest dzień czy noc. Zanim zamknął oczy zapytał sam siebie dlaczego był tak słaby, aby nie potrafić uciec sprzed oblicza mordercy? Trzymał obie dłonie na dziurze w brzuchu spod której krew już tak obficie nie wypływała... bo cała reszta znajdowała się wokół jego nieruchomej sylwetki. O ironio, gdy odpłynął w objęcia śmierci pojawił się uzdrowiciel. Ktoś dziwny, kogo nie powinno tu być; logika zakazywała pojawiania się tak niezbędnej osoby w tym miejscu. Niestety ale się spóźnił, a poświadczała o tym bezwładność Cody'ego. Blady jak ściana, pokryty doszczętnie swoją krwią, z zaszytą dziurą na brzuchu był przenoszony z miejsca zbrodni. Ta ostatnia iskra życia, którą William w nim dostrzegł wyleciała spomiędzy jego ust dokładnie wtedy kiedy został położony. Głowa Cody'ego zsunęła się na bok, tak samo jak ręka. Każda linia papilarna na jego dłoniach, każda linia, z której wróżyła mu kiedyś urocza czarnulka - nawet najmniejszy cal wybrudzony był krwią. Ciało nie okazywało już żadnych funkcji życiowych. Już nigdy serce miało nie przyspieszać swojego tempa kiedy pochyla się przy ślicznych dziewczętach. Bogin jego ukochanej, zmarłej matki właśnie się ziścił. Równie martwy syn, którego zamiłowanie do magii sprowadziło na niego śmierć. Nigdy by nie podejrzewał, że nastąpi ona w piwnicy jakiegoś szalonego naukowca. Gdyby miał w sobie choć więcej życia to nagadałby się z nim za wszystkie czasy. Niestety, ale William przyniósł sobie do piwnicy trupa tylko jeszcze o tym nie wiedział. Za moment się zorientuje i nastąpi poważny problem: jak się z tego wytłumaczy?
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#4
03.02.2023, 02:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2023, 02:49 przez William Lestrange.)  
Ciemność rozpraszana przez migotliwe światło końca różdżki, płytki oddech, wilgoć krwi na dłoniach, chłód piwnicy.
Przed oczyma przesuwały mu się skrzętnie podpisane fiolki z eliksirami, aż dopadł tę odpowiednią, nie zważając, że przez jej gwałtowne wyciągnięcie z serwantki wywróci pare innych specyfików pociągnął za szyjkę i wrocił do rannego - nic innego się teraz nie liczyło.
Spocony pod materiałem grubego płaszcza, dopadł do usadzonego na jeden z czystych blatów chłopaka. Już odkorkowywał eliksir, już podnosił głowę pacjenta, a szum w uszach nie ustawał, gdy myśli błagalnie łkały o to, by młodszy mężczyzna otworzył oczy. Z ciała nie uleciało jeszcze ciepło, więc nie miał jak zorientować się, że nie ma do czynienia z rannym, a z martwym. Dopiero po chwili, gdy bezwładność była jedyną reakcją na krople wlanego w usta eliksiru, William przyłożył palce do krtani, sprawdził puls, wyciszył się, chociaż zmęczone przejściem tak dużej odległości z dodatkowym balastem własne ciało, nie pomagało. Czuł swoja własną krew i prawdopodobnie tez krążącą w niej adrenalinę, ale brakowało mu w tym wszystkim pulsowania krwi rannego.
Zamarł. Serce zabiło mu mocniej, prawie że wyskoczyło z piersi.
- Nie, nie, nie. Nie możesz umrzeć. Nie mozesz być martwy, nie możesz umierać. Nie wolno ci. - powtórzył do siebie, w panice poklepał młodego chłopaka po twarzy, jakby to miało w czymś pomóc, jakby ten tylko spał, jakby wcale nie stracił wcześniej tyle krwi, że nawet zaklęcia uzdrawiające nie były w stanie pomóc mu wytrzymać przejścia z tego nieszczęsnego zaułka do miejsca, w którym mógł dostać specyfik, jaki uratowałby mu życie.
Zjawił się tam za późno, to przecież nie jego wina.
A co jakby miał ze sobą eliksir? Jakby chodził z takim zawsze? Wtedy uzdrowiłby chłopaka w uliczce, wtedy by nie zawiódł.
Zimny dreszcz przeszedł mu po kręgosłupie, gdy na chwilę stracił panowanie nad własnymi rękoma, bo owładnęła go absolutna bezsilność, przez co pacjent wysunął się z jego objęć na blat, bez życia, z zamkniętymi oczyma. Wypuścił z dłoni eliksir, nie mógł utrzymać palców zaciśniętych na fiolce, ta rozbiła się, rozbryzgując substancję wraz z odłamkami szkła po podłodze. Lestrange wydawał się pogrążony w swoich własnych myślach, w przerażeniu, które nagle go ogarnęło.
Przyniósł chłopaka z ulicy. Nie uratował go. Ma martwe ciało w laboratorium. Przecież nikt go za to nie będzie obwiniał. Nikt nie będzie, prawda? A co jeżeli zachcą przeszukać tę piwnicę? I znajdą jego zapiski, znajdą... Nie, nie mógł do tego dopuścić.
Pomyślał o swoim przyjacielu ze szkoły, którego stracił jeszcze będąc w murach Hogwartu i jak idiotyczną była jego śmierć, jak bardzo pragnął wtedy móc coś zrobić, być przy Lysandrze, żeby...
Właśnie, żeby co?
Pewnie skończyłoby się jak teraz, albo co gorsza, jak na cmentarzu z Castielem.
Krzyk własnego przerażenia rozległ się w przywołanym wspomnieniu, gdy mokra ziemia brudziła dłonie, a z przywleczonego na cmentarz mugola powoli ulatywało życie, ciepło i cokolwiek, co świadczyło o jego połączeniu ze światem materialnym.
Ile jeszcze osób zginie na twoich oczach, William, zanim nauczysz się coś z tym zrobić? Zanim zaspokoisz ciekawość i swoją własną ambicję?
Myślenie o śmierci było prostsze, dotknięcie jej chłodnego i nieodwracalnego lica było czymś kompletnie innym, doskonale zdawał sobie sprawę jak lepkie są dłonie, po tym, gdy probuje się kogoś wybudzić z wiecznego snu. Tym razem ranny nie zginął z jego winy, ale to się nie liczyło. Wciąż ciążył mu na ramionach balast nieodratowanych duszy i to popchnęło go do działania. Może tym razem będzie inaczej? Jeżeli nie sprobuje to będzie to sobie wypominał, musi dać sobie i temu chłopakowi szansę. Leżące przed nim ciało i tak było martwe, bardziej zabić rudowłosego nie mógł - przynajmniej tak mu się wydawało.
Rdzawe włosy wydawały się migotać w półświetle podziemia, w iskrach zaklęcia wylatujących z różdżki, mieszając się z karmazynem krwi, którą zabrudzony był blat i nasiąknięte ubrania obydwu mężczyzn.
Pod presją swojej własnej ambicji, kuszony ciekawością złapał różdzkę w dłoń i myśląc o tym, co chciał osiągnąć wtedy na cmentarzu, mając nadzieję, że tym razem wyjdzie lepiej nakazał leżącemu bezwładnie ciału wstać.
Zaklęcie rozjaśniło podziemia domu, rzucając światło na bladą twarz Lestrange'a, która w tych egipskich ciemnościach wyglądała równie upiornie, co lico dopiero co pozbawionego ostatniego oddechu chłopaka, nad którym stał. Gdy struga światła zniknęła pomieszczenie pogrążyło się w kompletnej ciemności, a zaklęcie zakończone zostało charakterystycznym pyknięciem, jakby ktoś podnosił gwizdek z rozgrzanego wrzątkiem czajnika.
Magia unosiła się w powietrzu, brak okien w pomieszczeniu sprawiał, że piwniczna wilgoć szybko przesiąkała duchotą oddechu. Albo tylko mu się wydawało? Był pobudzony adrenaliną, chęcią działania, nie był nawet pewien czy czuje się odpowiednio osadzony w świecie materialnym, aby móc ustać na nogach, więc oparł się o krawędź blatu. Energia zużyta na nekromantyczny czar uleciała z niego wraz z jasnością, jaka rozświetliła wysokie sklepienie podziemia.
William miał wrażenie, że ciało się poruszyło, choć przy stępionych zmęczeniem i brakiem światła zmysłach nie mógł stwierdzić na pewno. Zanim zdążył zrobić jakikolwiek ruch, użyć Lumos raz jeszcze, lepkie od krwi ręce złapały go za koszulę - było w tym ruchu coś panicznego, coś, czego na pewno nie można by się doszukiwać w pierwszych gestach Inferiusa.
Z zaskoczenia, być może przerażenia? Nie mógł się nawet ruszyć przez pare następnych sekund, poddając się błogiej bezsilności, chwilowym mroczkom przed oczyma.


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#5
03.02.2023, 07:39  ✶  
Miał się przecież nigdy nie obudzić. Człowiek pozbawiony takiej ilości krwi nie miał szans przeżyć. Umarł i leżał na blacie nieruchomy choć wciąż jeszcze ciepły. Funkcje życiowe przestały go dotyczyć, oddech nie wracał, puls zanikł już na zawsze. Nigdy więcej jego serce nie będzie szaleńczo tłukło się w piersi z ekscytacji. Miało być już na zawsze nieruchome, dostało zasłużony odpoczynek po dwudziestu dwóch latach intensywnej pracy.
Zaklęcie spowiło go poświatą, kumulując swój blask przy klatce piersiowej i mózgu. Powietrze było gęste od potężnego zaklęcia. Wydawało się, że i szklane fiolki drżą z przejęcia, z przeładowania atmosfery. Zapach popiołu, śmierci, krwi. To ostatnie rozbudziło pragnienie w jego gardle. Czuł się jakby połknął płomień, który nie chciał dotrzeć swym pieczeniem do serca a osiadł w krtani. Co za ból! Nie, to nie był ból. To było pragnienie. Silne, świeże pragnienie ciała, które nie miało w sobie nawet kropli czerwonego płynu. Zaklęcie wsiąkło w niego, tłumiąc swój blask dopiero w jego głowie. Spiął mięśnie ciała, a myśli wciąż pozostały spowite całunem śmierci. Nie był jeszcze świadomy bowiem nie liczyło się nic poza pragnieniem. Słyszał czyjś oddech. Słyszał w tym oddechu echo szumu krwi. Ona pompowała tlen, docierała do serca, płynęła przez żyły. To one go wolały. One miały dać ukojenie. Martwa twarz wygięła się w grymasie cierpienia. Powietrze drgało a on chciał pić. Tak strasznie chciał pić. Czuł się jakby miał największego w życiu kaca. Nigdy nie słuchał instynktu a ten dziś przejął nad nim kontrolę. Nie zazna spokoju jeśli się ugasi pragnienia. Nie miał sił myśleć i planować. Poddał się głosowi swojego ciała, które wiedziało co robić. W ciągu jednej chwili jego stopy błyskawicznie znalazły się na podłodze. Mrugnięcie powieką później robiły te dwa kroki. Przy trzeciej sekundzie zaciskał brudne od zaschniętej krwi ręce na barkach Williama a jego ślepia płonęły dzikim głodem. Nie miały w sobie krztyny samoświadomości. Oto William widział przed sobą potwora, którego stworzył. Przysunął do siebie swego wymęczonego stwórcę, od razu znajdując największą tętnicę na szyi. Nigdy dotąd nie interesował się cudzymi żyłami a teraz stały się epicentrum jego myśli. Poczuł na dolnej wardze ukłucie wyrastających znikąd dwóch kłów, które to zatopił w jego skórze - przeszły jak przez masło, zahaczając swoimi ostrymi końcówkami o mięśnie. Pierwsze krople krwi wpadające do jego ust były obietnicą esktazy, komfortu, przyjemności i radości. Pociągnął z niego duży łyk, jednocześnie z całej swojej siły zaciskając paznokcie na jego ramionach. Były spięte i trwarde, próbowały unieruchomić protestujące naczynie, z którego teraz pił. Chłonął łyk za łykiem, pospiesznie, desperacko. Pić. Strasznie chce mu się pić. Bezcenna krew spłynęła po jego brodzie ale nie zwracał uwagi, zatapiając zęby jeszcze głębiej w jego szyi. Wczepił się w niego, większą część siły kumulując w zaciśnięciu na nim szczęki. Gorąca posoka odżywiała jego ciało a im więcej jej dostawał tym więcej jej chciał. Wydał z siebie bulgoczący dźwięk mający oznaczać przyjemność na najwyższym poziomie. To prawie tak przyjemne jak seks. Gdyby ktoś teraz ich zobaczył to raczej przypisałby to scenie z horroru a nie romantycznym uniesieniom.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#6
03.02.2023, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2023, 07:31 przez William Lestrange.)  
Poczuł ból. Ukłucie.
Nie był nawet pewien jak to opisać, ale resztka sił witalnych, która trzymał w swoim zmęczonym całym dniem ciałem po prostu uciekała z niego wraz z wypijaną przez nowo narodzonego wampira krwią.
W pierwszy momencie nawet nie wiedział co się dzieje, spiął się, chcąc odepchnąć od siebie ciało, jak się spodziewał, stworzonego Inferiusa, ale ostre kły przebijające skórę na jego szyi całkowicie strąciły go z pantałyku. Stał tak dobrą chwilę, nie będąc w stanie poruszyć ani jedną kończyną, unosząc brwi, zastanawiając się jak opisać odczuwane uczucie... Skojarzyło mu się trochę z pobieraniem krwi do badań, acz na większą skalę i w pierwszym momencie go to rozbawiło. Jego przemęczony umysł chyba nie dostrzegał zagrożenia sytuacją, przynajmniej nie w pierwszym momencie. Wpierw poczuł podekscytowanie, sprawił, że martwe ciało ożyło! Być może nie w idealnej formie, być może nie jako człowiek, ale wciąż był to lepszy krok od bezmyślnego Inferiusa, przynajmniej tak mu się wydawało w pierwszych paru sekundach, gdy wampir zdawał się wysysać z niego życie, a wszystkie żyły jakby zapełniały się w zamian pozytywną energią, złotem aury, ekscytacją, chęcią wykrzyknięcia 'To żyje!' - chociaż w gruncie rzeczy, po dłuższym zastanowieniu pewnie nie nazwałby znalezionego chłopaka 'tym', to mogłoby go urazić. O tym na razie nie dywagował, bo przecież cieszył się jedynie w myślach, a na nie nie miał w zwyczaju nakładać żadnego filtra.
Dopiero, gdy mroczki przed oczyma nie były wynikiem tylko egipskich ciemności panujących w laboratorium, poruszył się, szarpnął, co też nie było najlepszym rozwiązaniem. Poszuł ciepłą krew spływającą mu po szyi, pod koszulkę, jej lepkość przykleiła się do materiału ubrania, mocząc go.
Panicznie zaczął macać dłońmi po blacie, starając się znaleźć coś ciężkiego, czym mógłby znokautować albo chociaż zdezorientować, jak zakładał, przeciwnika. Pierwszą rzeczą była przypadkowa książka, o wątpliwej objętości.
Zamachnął się tomiszczem.
- Dajże spokój, uratowałem ci życie, pijawo, puszczaj - jego pogrążony w zmęczeniu i wyczerpaniu, związanym z utratą krwi, mózg nie umiał się zdobyć na bardziej wyrafinowane słownictwo.

na odepchnięcie wompierza :dorime:
Rzut N 1d100 - 11
Akcja nieudana

na uderzenie książką
Rzut N 1d100 - 10
Akcja nieudana


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
Narwany Wampir
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
W oczy rzuca się soczyście rudy kolor włosów. Bardzo łatwo o jego wybuch śmiechu. Mówi głośno, śmieje się donośnym tembrem. Można wyczuć od niego metaliczny zapach rdzy lub krwi który stara się zatrzeć wodą kolońską. Mierzy około metra osiemdziesiąt centymetrów wzrostu zaś ubranie skrywa wyraźnie zarysowane mięśnie ramion i nóg. Szybko się porusza, szybko biega, rzadko siedzi nieruchomo w miejscu. Gdy czuje palący głód to blednie, zapadają się jego policzki, skóra staje się przezroczysta, oczy podkrążone, a usta sine. Zazwyczaj w tym czasie zmywa się z towarzystwa, nawet w połowie spotkania. Nie wyjaśnia przyczyny.

Cody Brandon
#7
27.02.2023, 22:16  ✶  
Nie liczyło nic od zaspokojenia palącego pragnienia. Nigdy w życiu nie pił nigdy nic tak pysznego jak to teraz. To jakiś magiczny drink? Składniki były połączone idealnie, smak przyjemnie pieścił język… pachniało również apetycznie. Mógł mieć wątpliwości jedynie co do konsystencji, był dość gęsty jak na fakturę alkoholu. Uch, jaka ulga. Wszystko, co bolało właśnie mijało. Brzuch przestał tak napierdalać bólem jakby ktoś mu go rozerwał… chwila, przecież… przecież wydawało mu się, że z kimś walczył… i ten ktoś rozorał mu brzuch zapewne w imię ponadczasowej sentencji, że liczy się wnętrze. Czegoś mu brakowało. Pamięta, że walczył na śmierć i życie a teraz właśnie sączy najcudowniejszego w smaku drinka. Nie chciało mu się otwierać oczu, nie umiał przestać pić. Cały czas chciał więcej i więcej… Może umarł i jest w raju?
Nie poczuł trzaśnięcia książką ale za to ochrypły głos przywrócił go do rzeczywistości. Zmarszczył brwi, otworzył oczy i zobaczył sklejone potem końcówki włosów… uzmysłowił sobie, że trzyma tego kogoś w rękach i ma przy twarzy jego szyję. Dotarł do niego metaliczny zapach krwi zmieszany, który akurat go teraz nie odstręczał. Ta bliskość i ta dziwna poza wstrząsnęła nim do głębi.
Jak poparzony odskoczył daleko od mężczyzny a jego podniebienie zaczęło płonąć z tęsknoty za "drinkiem". Wrzasnął, cofnął się jeszcze raz, wpadając plecami na jakąś półkę ze szklanymi pojemnikami. Zamrugał gwałtownie, rozejrzał się nerwowo ale widział jedynie słabo oświetlone sanktuarium… czegoś. Był zdezorientowany. Przełknął ślinę zbierając ze swych ust resztki tego słodkiego napoju… ale sytuacja nie wyglądała jakby właśnie balował w wybornym towarzystwie. Nie widział nigdzie pucharów z alkoholem, tańczących wstawionych dziewcząt, nie było muzyki, żadnego hałasu. Nie słyszał swojego oddechu choć miał ściśnięte trzewia. Szum krwi w uszach… dzieje się coś dziwnego. Coś, co go bardzo wystraszyło i było to widać na jego upiornie bladej i brudnej od krwi buzi. Nienaturalnie znieruchomiał gdy zauważył na mężczyźnie solidne ślady krwi spływającej z rany na szyi.
- Gościu…- wydusił z siebie jakby chciał mu wskazać, że właśnie się wykrwawia. Czerwień posoki przyciągała jego wzrok. Koniuszkiem języka oblizał usta. Popatrzył na swoje ręce brudne od ziemi, potu i krwi. Urbanie miał sztywne od jej nadmiaru. Wytarł usta z tej ciepłej cieczy i wtedy zobaczył jej barwę. Poczuł smak. Zapach. Pragnienie wypicia jeszcze więcej… a przed chwilą trzymał tego faceta przy swojej twarzy.
Wrzasnął.
- CO SIĘ TU KURWA DZIEJE?!- wydarł się i panicznie pomacał kieszenie swoich spodni w poszukiwaniu różdżki, której niestety nie znalazł. Po omacku w najbliższym otoczeniu szukał jakiejś broni, której mógłby użyć przeciwko temu ledwie przytomnemu mężczyźnie. Znalazł jakąś butelkę z ostro zakończoną szyjką.
- Nie podchodź bo tego użyję!- krzyknął, wyciągając przed siebie eliksir o jakiejś dziwnej barwie. Nie wiedział co to jest, czy stanowi jakiejkolwiek realne zagrożenie po rozbiciu ale był tak spanikowany i przerażony, że nie myślał jasno.
- KURWA. Co ty mi zrobiłeś pierdolony morderco?! Mało ci?!- wrzeszczał a jego umysł powziął osobę Williama jako tego, z którym tak ciężko i długo walczył… nawet nie widział ile czasu minęło.
The Alchemistake
—I am a brain—
The rest of me is a mere appendix
wiek
30
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Naukowiec/Antropolog MM
William zdaje się mieć głowę w obłokach przy swoich 185 centymetrach wzrostu i wiecznie nieobecnym spojrzeniu. Burza kręconych, czarnych włosów wydaje się niezdatna do zaczesania, zazwyczaj towarzyszy jej też lekkie zmarszczenie brwi; w zamyśle, skoncentrowaniu. Skrępowany w towarzystwie mówi zbyt wiele lub za mało. Często zapomina o skarpetkach (czasami nawet o butach) czy jak wiąże sie krawat, nierzadko zapina nierówno koszule (myli guziki). Mówi dość szybko, więc czasami trudno zrozumieć zlewające się ze sobą słowa, ewentualnie nie kończy myśli, więc trzeba go ciągnąć za język.

William Lestrange
#8
05.04.2023, 18:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2023, 18:54 przez William Lestrange.)  
Było mu coraz trudniej skupiać myśli, ustać. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, a krzyki ożywionego młodzieńca były rejestrowane przez mózg Lestrange'a, acz tylko jako dźwięki, a nie faktyczne słowa. Nawoływał do niego jakby zza grubej szyby, zza ściany, znad ziemi w której wydawało mu się, że teraz tonie, że ta go wsiąka, że wszystko zaczyna wirować, że jakiekolwiek ostre przedmioty w pomieszczeniu traciły swoją stabilność, przemieniajac się w płynną maziaje kolorów i ciemności.
Zasłonił ręką szyję, aby zatamować krwawienie, automatycznie, wyuczenie, acz samemu chyba nie był w stanie sobie poradzić. Tak mu się przynajmniej wydawało. Zatoczył się i oparł o blat stołu, krew spływała mu po ramieniu, moczyła ubranie, rownowaga wydawała się najtrudniejszą do utrzymania w tej sytuacji.
- I co mi niby tym zrobisz? Wbijesz w krtań żebym się tu wykrwawił przed tobą? I co potem? W tym stanie nie zaciągniesz mnie nawet do ogrodu - wymamrotał - Jesteśmy w moim domu, aresztują cię, jeżeli mnie zabijesz, chciałem ci... znalazłem cię na ulicy - mówił, ale nie wiedział czy ma to jakiś sens, bo krew, której opił się nowonarodzony wampir była trująca, halucynogenna.
- Od mojej krwi...Moja krew może ci zaszkodzić, możesz mieć halucynacje - mówił z trudem, wykrwawiając się na stół, starając się patrzeć na chłopaka, ale oczy mu się same zamykały. W połowie leżał na blacie, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa.
- W pierwszej szafce po lewej jest antidotum. Niebieska fiolka, podpisane 'herbata'. Wypij to, wypij to albo obydwaj będziemy mieli przejebane, szybko - wiedział, że dopiero co uratowany czarodziej nie miał podstaw, aby mu ufać, ale musiał chociaż spróbować.
Zjechał an podłogę, czując przez materiał chłodną posadzkę i breję własnej i zapewne przywleczonego do domu chłopaka krwi. Niespecjalnie go to teraz obchodziło, ręką wymacał różdżkę, starał się przynajmniej.
Musiał się wyleczyć, sprawić, że przestanie krwawić, inaczej zginie w tej piwnicy.
Złapał różdżkę, powoli, gdy już całkowicie znajdywał się pod stołem.
Czuł się błogo, każdy ruch ręką wydawał się wysiłkiem, ale dotknąwszy policzkiem chłodnej posadzki postarał się wybudzić z tego letargu, drugą ręką wciąż trzymając przy nadgryzionej tętnicy.
Pomyślał w głowie inkantację Vulnera Sanentur, chcąc sobie pomóc. Skuteczność zaklęcia była mała, bo William znajdował się w bardzo złym stanie. Musiał powtórzyć je jeszcze dwa razy, aby w pierwszym etapie spowolnić wypływającą krew, w drugim oczyścić ranę, a trzecim aby krew przestała lecieć całkowicie. Nie przywróci mu to straconej krwi, będzie tez musiał się podleczyć eliksirami i maściami, ale przynajmniej nie wykrwawi się na podłodze własnej pracowni.
Zignorował na chwilę zdezorientowanego chłopaka, chociaż nie potrwało to długo, bo mimo skutecznego użycia zaklęcia, stracił przytomność.

Koniec sesji


Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cody Brandon (1870), William Lestrange (2353)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa