Powoli zaczęła się przyzwyczajać do dworku w Little Hangleton. Starali się jak najszybciej doprowadzić go do stanu używalności, bo zima się zbliżała, a więc warto było ogarnąć, co najważniejsze przed nią. Utknęli tu na dobre, brała mniej zleceń, aby wesprzeć prace, które wymagały ich zainteresowania. Kilka pomieszczeń udało im się w miarę uporządkować, dzięki czemu mieli gdzie spać, czy gotować. Póki co psy były chyba najbardziej zadowolone z tego, że tutaj zamieszkały. Biegały po ogrodzie zadowolone, dawno nie były takie szczęśliwe, zdecydowanie bardziej podobała im się ta okolica od tłocznego Londynu, bo przecież ciągle mogły przebywać na zewnątrz.
- Jakby coś, zależy nam przede wszystkim na tej kopule, nad salą balową, ona wymaga największej renowacji, obawiam się, że może nie wytrzymać drastyczniejszych zmian pogodowych. - Niby jakoś przetrwała ostatnie kilkanaście lat, jednak Geraldine wolała mieć pewność, że deszcze, które niedługo będą bardzo intensywne, czy śnieg, który pewnie się pojawi nie uszkodzą jej doszczętnie, mieli spędzić tutaj zimę, więc musiała mieć pewność, że warunki będą odpowiednie.
- Będę w kuchni, obejrzyj sobie to dokładnie i przyjdź do mnie. - Zdążyła już oprowadzić Eliasa po ich nowych włościach, przynajmniej z grubsza, pokazała mu, gdzie co jest, na razie zresztą i tak nie było do końca co pokazywać, bo dworek wymagał ogromnej renowacji, zaprosiła go tutaj zresztą z powodu zlecenia. Liczyła na to, że uda mu się zająć sprawami związanymi ze szkłem, oknami, może nawet szklarnią, o której jeszcze nie wspominała Ambrożemu, jednak chciała mu zrobić niespodziankę, rozmawiali niby o niej, ale nie brali jej jako priorytetu, ale chciała mu zrobić niespodziankę na urodziny, które się zbliżały wielkimi krokami. Być może do końca października uda jej się ją zorganizować, naprawdę na to liczyła, a jak już ona sobie coś zakładała... to nie mogło być inaczej.
Geraldine oddaliła się do kuchni, od rana chodziła za nią zupa, która zawsze znajdowała się na ich świątecznym stole. Nie mogła nic z tym zrobić, musiała działać, bo z potrzebami ciężarnej trudno było walczyć - miała na coś ochotę, to musiała to zjeść. Triss akurat nie było w pobliżu, a więc musiała zająć się tym sama, co nie do końca jej się podobało, ale nie ma zmiłuj.
Zaczęła kroić mięso, baraninę, która była podstawowym składnikiem zupy, na szczęście zdążyli przenieść tutaj noże Roisa, z których korzystał kiedy mieszkali na Horyzontalnej. Robiła to powoli, bo Geraldine nigdy nie należała do specjalistów od gotowania, no mięsem potrafiła się zająć, ale niczym poza tym, najchętniej zupełnie zignorowałaby warzywa, ale wiedziała, że nadawały one zupie charakterystyczny smak, później będzie się nimi martwić. Cawl nie mógł istnieć bez kapusty i warzyw korzeniowych.
Akcja nieudana