25.12.2025, 09:31 ✶
Nie żeby Brenna była zaskoczona, że trafiła: ostatecznie uczono ją tego, odkąd była małą dziewczynką, a po jej stronie leżał element zaskoczenia, bo rzadko który mężczyzna spodziewa się, że przywali mu patykowata nastolatka. Ale to, jak mocny okazał się cios… w pewnej panice, bo sytuacja jednak była nieciekawa, walnęła o wiele mocniej niż sądziła, bo w sumie to nie planowała niczego pierwotnie łamać, chciała tylko, by mężczyzna poleciał na ścianę, ku zakratowanemu okienku.
Ale nie mogła na to narzekać. Było jasne, że ta trójka nie miała wobec nich dobrych zamiarów, a ona nie oglądała się, nie była więc pewna, jak radzi sobie Alexander – słyszała tylko wymiany ciosów – ani czy ten pierwszy gość zaraz nie pozbiera się z ziemi.
Doskoczyła więc do swojej pojękującej z bólu ofiary, dłonią sięgając do kieszeni… nie, nie po różdżkę. Po kajdanki. Potem tata będzie bardzo zły, że mu gdzieś zginęły, ale w tej chwili tylko trzasnęły, kiedy przykuła nadgarstek tego faceta do kraty i odskoczyła, nie czekając, aż pozbiera się po tym pięknym ciosie. I wreszcie odwróciła się…
By przekonać się, że o Aristova nie musi się martwić, bo poradzić sobie lepiej od niej: zupełnie jakby sama Matka Księżyca pokierowała jego ręką, gdy wyprowadzał cios.
– Hej, hej – zawołała, widząc, jak kolejne ciosy spadają na człowieka, aż ten osuwa się nieprzytomny na ziemię. Nie biło się nieprzytomnych. To było naruszenie granic obrony koniecznej. I pewnie gdyby Alexander nie przestał, istniałaby całkiem spora szansa, że rzuciłaby się go powstrzymać, a w tym czasie z kolei kto wie, czy ta trzecia osoba by się nie pozbierała… Odetchnęła jednak z prawdziwą ulgą, kiedy młodzieniec zamarł, puścił swoją ofiarę i tylko rzucił coś po rosyjsku. Wszystko było w porządku. Chyba. Prawie.
Regularnie z kimś trenowała. Zdarzyło się jej bić, zarówno na poważnie, jak i w żartach. Okładając się z Vincentem nie raz zrobiła krzywdę jemu, albo on ponabijać siniaków jej. Ale chyba teraz w pełni docierało do niej to, że tutaj w sumie to bardzo możliwe, że walczyli na śmierć i życie – że nawet jeżeli oni zamierzali tę trójkę puścić, to ci trzej niekoniecznie byliby tak mili…
– Zmiatajmy stąd? – zaproponowała, rzucając się po swój plecak, trochę ubłocony. – Godzina policyjna i w ogóle, tak? – przypomniała, starając się, by głos jej nie zadrżał, a potem spojrzała na swoją dłoń, trochę obolałą, i skrzywiła się, a potem wypowiadała najbardziej absurdalne zdanie, jakie mogło paść w takich okolicznościach.
– Złamałam sobie paznokieć.
Ale nie mogła na to narzekać. Było jasne, że ta trójka nie miała wobec nich dobrych zamiarów, a ona nie oglądała się, nie była więc pewna, jak radzi sobie Alexander – słyszała tylko wymiany ciosów – ani czy ten pierwszy gość zaraz nie pozbiera się z ziemi.
Doskoczyła więc do swojej pojękującej z bólu ofiary, dłonią sięgając do kieszeni… nie, nie po różdżkę. Po kajdanki. Potem tata będzie bardzo zły, że mu gdzieś zginęły, ale w tej chwili tylko trzasnęły, kiedy przykuła nadgarstek tego faceta do kraty i odskoczyła, nie czekając, aż pozbiera się po tym pięknym ciosie. I wreszcie odwróciła się…
By przekonać się, że o Aristova nie musi się martwić, bo poradzić sobie lepiej od niej: zupełnie jakby sama Matka Księżyca pokierowała jego ręką, gdy wyprowadzał cios.
– Hej, hej – zawołała, widząc, jak kolejne ciosy spadają na człowieka, aż ten osuwa się nieprzytomny na ziemię. Nie biło się nieprzytomnych. To było naruszenie granic obrony koniecznej. I pewnie gdyby Alexander nie przestał, istniałaby całkiem spora szansa, że rzuciłaby się go powstrzymać, a w tym czasie z kolei kto wie, czy ta trzecia osoba by się nie pozbierała… Odetchnęła jednak z prawdziwą ulgą, kiedy młodzieniec zamarł, puścił swoją ofiarę i tylko rzucił coś po rosyjsku. Wszystko było w porządku. Chyba. Prawie.
Regularnie z kimś trenowała. Zdarzyło się jej bić, zarówno na poważnie, jak i w żartach. Okładając się z Vincentem nie raz zrobiła krzywdę jemu, albo on ponabijać siniaków jej. Ale chyba teraz w pełni docierało do niej to, że tutaj w sumie to bardzo możliwe, że walczyli na śmierć i życie – że nawet jeżeli oni zamierzali tę trójkę puścić, to ci trzej niekoniecznie byliby tak mili…
– Zmiatajmy stąd? – zaproponowała, rzucając się po swój plecak, trochę ubłocony. – Godzina policyjna i w ogóle, tak? – przypomniała, starając się, by głos jej nie zadrżał, a potem spojrzała na swoją dłoń, trochę obolałą, i skrzywiła się, a potem wypowiadała najbardziej absurdalne zdanie, jakie mogło paść w takich okolicznościach.
– Złamałam sobie paznokieć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.