• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Czerwiec 1960] In the still of the night

[Czerwiec 1960] In the still of the night
broken one
wiek
36
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz, urzędnik - OMSHM, Ministerstwo Magii
Chudy jak wypłata i długi jak miesiąc (187cm). Eteryczna uroda Lovegoodów rozwodniona mugolską pospolitością. Rude włosy domagające się fryzjera, broda domagająca się brzytwy, której starym zwyczajem nie posiada w domu. Jasnozielone oczy. Ubrany zwykle w proste szaty, czarne, lub w stonowanych barwach, skrojone tak, by nie krępowały ruchów.

Lazarus Lovegood
#1
07.01.2026, 21:24  ✶  
Noc, czerwiec 1960
Stonehenge

Czerwcowa noc była jasna i ciepła.
Lazarusowi zdawało się nawet, że cieplejsza, niż powietrze w nowootwartym dla badaczy odcinku korytarzy pod Stonehenge, którym zajmował się jego zespół w ostatnich tygodniach. Tak przyjemna, że aż szkoda było kłaść się spać.
Złożywszy więc swoje papiery, bo to jemu, jako klątwołamaczowi, przypadło zadanie opisania i zmapowania magicznych zabezpieczeń nałożonych na podziemia, zamiast wczołgać się do śpiwora, opuścił namiot. Minął sąsiedni, przez płótno którego wciąż przeświecało światło lampy. Uśmiechnął się lekko do siebie. Kolejne namioty były ciemne i ciche, i Lazarus nie zaszczycił ich nawet spojrzeniem.

Samotne wejście w obręb kamiennego kręgu i usadowienie się w jego centrum nie powinno budzić takich emocji, a jednak Lovegood nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu. Usiadł, napawając się ciszą i otwartą przestrzenią po wielogodzinnej pracy najpierw na dole, a potem w namiocie. Specjalnie usadowił się tyłem do obozowiska, by jeszcze wzmocnić wrażenie samotności. Westchnął z zadowoleniem i oparł się na dłoniach, wlepiając wzrok w nocne niebo.

Gwiazdy były tak daleko, że od patrzenia w nie niemal kręciło się w głowie.
Lazarus nie był specem od astronomii, ale program Hogwartu miał opanowany dobrze i teraz, gdy prześlizgiwał się wzrokiem od gwiazdozbioru do gwiazdozbioru, w głowie pojawiały się nazwy. Łabędź. Wielka Niedźwiedzica. Strzelec.
Zignorował szelest kroków na trawie. Mruknął coś cicho, nie odwracając głowy, kiedy poczuł obok siebie obecność. Tiberius.
Lira.

Przybysz jak zwykle nie spieszył się z przerywaniem milczenia. Już miesiące temu zaskarbiło mu to mu miano towarzysza, a nie intruza w lazarusowej banieczce odosobnienia. Kiedy wreszcie to zrobił, to tylko po to, by cicho zapytać:
- Chcesz być sam?
- Możesz zostać - padła łaskawa odpowiedź, i znów siedzieli w milczeniu, minutę, pięć, dziesięć, w otoczeniu granatowej, pełnej życia ciemności i starożytnych kamiennych struktur.

- Nie przyszedłeś - padło bardziej stwierdzenie, niż pytanie, łagodne i pozbawione wyrzutu, a gdy nie było odpowiedzi, dołączyło do niego pytanie - Myślisz o Kamykach?
Kamykami utarło się w ekipie nazywać Stonehenge - z typową dla młodych archeologów przekorą i brakiem poszanowania dla monumentalnego zabytku. Któryś z kolegów powiedział, że gdyby był takim wielkim, tysiącletnim kamieniem, to miło byłoby mu być od czasu do czasu nazwanym “kamykiem”. Odświeżające, po tych wszystkich poważnych naukowych dysputach. Lazarus mógłby to uznać za prawdopodobne, gdyby, oczywiście, skały miały świadomość.

- Nie - odrzekł, równie cicho - Całe dnie skupiamy się na ziemi, Kamykach i tym, co pod nimi. Noc można chyba oddać niebu i gwiazdom, co? Dla higieny umysłu.
Mężczyzna obok położył się na ziemi, wpatrując się w niebo.
- …chociaż technicznie biorąc, duża część tego, co tam widzimy, to też kawały skały… - dopowiedział z westchnieniem.
Lazarus oderwał wzrok od nieba i spojrzał na niego z czymś, co można było określić, jako rozwodnione niemal do homeopatycznych stężeń oburzenie.
- Gwiazdy są z gazu - skorygował.
W odpowiedzi otrzymał uśmiech, na który trudno było nie odpowiedzieć i dłoń wokół swego nadgarstka, zapraszającą, by również się położył. Usłuchał.

- W tej pozycji można odnieść wrażenie, że wystarczy się odepchnąć, żeby spaść - ręka poruszyła się, nieznacznym ruchem wskazując kierunek spadania - w górę. Lazarus westchnął, zamknął oczy i otworzył dłonie wnętrzem do ziemi, chłonąc wrażenia. Chłód trawy. Nierówny, twardy grunt pod plecami. Niejasne poczucie obecności drugiego człowieka obok. Potem otworzył oczy i oderwał dłonie od ziemi - faktycznie, kiedy dominującym wrażeniem zmysłowym był widok bezdennej otchłani letniego nieba, mógłby udawać, że dryfuje w przestrzeni.
Mógłby, gdyby nie…
Dłoń towarzysza, wciąż zamknięta wokół jego nadgarstka, uniosła jego własną rękę i użyła jej jako wskaźnika, zwracając ją na gwiazdozbiór Liry.
- Ta największa. Najjaśniejsza. Jak się nazywa?
Wzrok Lazarusa w pierwszej kolejności zatrzymał się na palcach dotykających jego skóry, a dopiero potem podążył za wskazaniem.
- Wega - odpowiedział i poruszył się, przysuwając się bliżej, tak, że ich głowy niemal się stykały - Altair. I chyba… Deneb? - wskazał kolejne dwie jasne gwiazdy.

Odpowiedziało mu jedynie zadowolone mruknięcie. Ręce opadły między nich, ale nie było tam teraz na nie zbyt wiele miejsca. Żaden z nich jednak nie kwapił się do odsunięcia, zostali więc w niezręcznym nie-do-końca przytuleniu, aż Lazarus podłożył dłonie pod głowę, a drugi czarodziej ułożył się wygodniej. Za blisko. Za daleko. Milczenie przeciągało się.

- Mugole chcą tam lecieć. Wyobrażasz sobie? - rzucił w końcu klątwołamacz w stronę nocnego nieba.
- Poważnie? Jak zamierzają tego dokonać? Nie zgubią się?
- Być może się zgubią. Ale myślę, że zaskoczą nas wszystkich. Mój ojciec zachowuje wszystkie wycinki z gazet na ten temat…
- Zgubić się wśród gwiazd… - mruknął jego kompan trochę sennie - Brzmi jak romantyczny koniec.
- Brzmi jak paskudny koniec - w słowach Lazarusa było rozbawienie. Przy całej swojej wiedzy o historii magii, teorii magii, oklumencji i legilimencji, Tiberius był laikiem, jeżeli chodziło o astronomię - Samotna śmierć przez uduszenie?...
- Beznadziejny realista! - trącił go udem.
- Beznadziejny romantyk.

Kolejne kilka chwil przyjaznej ciszy. Ziewnięcie - stłumione, ale Lazarus i tak je zauważył.
- Nie musisz tu ze mną być - szepnął. Było późno i tak naprawdę obaj powinni już od dawna spać. Pod ziemią nie byli zależni od światła dnia, ale harmonogram prac był harmonogramem. 
- Chcę tu z tobą być - padła odpowiedź tonem, jakim stwierdza się rzeczy oczywiste.
- A jak zaśniesz?
- Zaniesiesz mnie.
Lazarus jedynie parsknął śmiechem i pokręcił głową. Żadną miarą nie byłby w stanie zanieść dorosłego mężczyzny do namiotu.
- Wydam ci polecenie służbowe.
- Doskonały pomysł. Wywalimy się i obudzimy cały obóz. Znając życie, rozwalimy przy tym namiot.
- Co za pech. Jest za późno, żeby stawiać go od nowa.
Niewypowiedziana sugestia zawisła w powietrzu i Lazarus zorientował się, że to dziwne uczucie w jego twarzy pochodzi z uśmiechu, który nie schodzi z niej od dobrych paru minut.
- Wydaj mi lepiej polecenie służbowe, żebym przestał gapić się w gwiazdy i poszedł spać, jak normalny człowiek - sen był wciąż daleko, prawdopodobnie dalej, niż świt.
Obecność obok przestała być jedynie wrażeniem, a stała się całkiem realnym dotykiem drugiego ciała.
- Przestań gapić się w te gwiazdy - padło bardzo blisko przy jego uchu - I chodź do łóżka.
- To nie brzmiało bardzo służbowo.
Czarodziej obok sapnął, zmieniając pozycję i pociągnął go lekko za łokieć.
- To nie było służbowe - szepnął - Chodź do łóżka - tym razem zabrzmiało to jak prośba.
- Nie mamy tu łóżek - uśmiechnął się Lazarus, mimo wszystko posłusznie siadając.
- Instytucja łóżka, Lazarusie. Wiesz co mam na myśli.

Wiedział. Tylko dlatego podniósł się i dał się poprowadzić do namiotu.

Czerwcowa noc była jasna i ciepła. I bardzo krótka.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lazarus Lovegood (1081)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa