10.01.2026, 01:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:04 przez Lorraine Malfoy.)
Chatka na kurzej nóżce w Dolinie Godryka
– Helloise?
Lorraine zastukała delikatnie w drzwi podleśnej chatki, zanim wprosiła się do środka. Chociaż normalnie zaczekałaby na zewnątrz, na drewnianej ławeczce, gdzie mogłaby zażyć kąpieli słonecznej, wystawiając twarz na promienie letniego słońca, dzisiaj było na dworze tak upalnie, że wolała skryć się w domowym zaciszu... Zwłaszcza, że zaklęcia, którymi posłużyła się, aby uchronić przed omdleniem bukiet kwiatów przyniesionych dla Helloise, nie były szczególnie trwałymi. Delikatnie oparła główki złocistych aksamitek o ramię, gdy uchyliła drzwi, wchodząc do izby. Znów wypowiedziała na głos imię kuzynki. Nie usłyszała odpowiedzi, a jednak wiedziała, że Helloise nie będzie miała nic przeciwko jej obecności. W końcu odwiedzała ją dość często, choć zwykle motywowana potrzebą zasięgnięcia wiedzy kuzynki w zakresie eliksirów. Wiele było sytuacji kryzysowych w życiu Lorraine, a chociaż nie chciała nadwyrężać dobroci Helloise, często zjawiała się w Dolinie Godryka z niespodziewanym zleceniem. Osobiście. Nie tylko dlatego, że przez pokrewieństwo z Greengrassami traktowała Helloise jako swoją rodzinę, ale i dlatego, że zwyczajnie lubiła spędzać z nią czas. Lubiła patrzeć jak kuzynka zakasuje rękawy, i przygotowuje swoje stanowisko pracy. Jak rozstawia na stole schludnie opatrzone etykietami słoje z różnego rodzaju ingrediencjami pochodzenia zwierzęcego. Jak sięga po zwieszające się z sufitu wiechy wysuszonych ziół, które hodowała w przydomowym ogródku. Być może Helloise rozumiała, jak bardzo Lorraine tęskniła za czasami, kiedy sama poświęcała się wyrobowi eliksirów. Półwila dawno już przestała ufać swym umiejętnościom. Porzuciła dawno szkolne marzenia o karierze eliksirowara, wciąż jednak z wielkim zaangażowaniem przyglądała się Helloise przy pracy. Czasem nawet poszatkowała część ziół, żeby było szybciej, skruszyła skórę węża w palcach albo oberwała delikatne odnóża much siatkoskrzydłych, dołączając się do wesołego nucenia kuzynki, gdy ta pochłonięta była mieszaniem wywaru w kotle. Zawsze było coś, czego mogła się od niej nauczyć, choćby była to tylko ludowa nazwa zioła, które do tej pory widywała tylko w podręcznikach od zielarstwa. Helloise wszystkie niemal przepisy miała w głowie, gotowa recytować je jak psalmy. Wiara była bowiem kolejną rzeczą, która je łączyła. Może więc i Helloise należała do gatunku istot raczej ekscentrycznych, a jednak jej żarliwa miłość do przyrody i stworzenia wszelakiego sprawiała, że Lorraine czuła się w jej obecności... Bezpiecznie. Jak gdyby Helloise miała dostęp do tej bardziej wilej części jej natury, która ekscytowała się, gdy mogła być bliżej tego, co ziemskie. Na pewno pomagało też, że wygadywała czasem niestworzone rzeczy, tak jak miał w zwyczaju Baldwin. A nikt nie był przecież tak bliski Lorraine jak Baldwin. Gdy więc Lorraine opuszczała Knieję z głową huczącą od teorii spiskowych na temat brytyjskiego goblinokołchozu, niewiele różniło się to dla niej w gruncie rzeczy od wieczorów spędzanych w pracowni Baldwina. W pewnym momencie zaczęła nawet pożyczać od brata stryjecznego Żonglera, chociaż nie do końca rozumiała jego miłość do tego pisemka. Ale Helloise też się podobało, więc...
Lorraine przeszła przez znajomą izbę, aby wstawić kwiaty do glinianego wazonu. Znalazła odpowiedni na komódce, na której ustawione były wonne kadzidła. Słodki, nieco duszący zapach kadzideł przywodził Lorraine na myśl wnętrze Palarni Changów, która w dni takie jak ten zdawała się jeszcze bardziej senna i rozleniwiona, z unoszacymi się w środku oparami opium i pary z samowara. W chatce Helloise roznosiła się jednak ożywcza woń ziół, a przez otwarte okiennice wpadało do środka świeże powietrze, którego Lorraine bardzo potrzebowała. Gdzie mogła być kuzynka w takim upale? Nie zostawiałby przecież otwartej chaty. Zapewne poszła ratować swe uprawy w szklarni za domem, zanim rośliny omdleją w tym gorącu. Zanim Lorraine zasiadła przy stole, obsłużyła się więc, wstawiając czajnik z wodą na herbatę, licząc, że Helloise prędko wróci. Oparła głowę na ramionach, przypatrując się wskazówkom wiszącego na ścianie zegara z kukułką, wyrzeźbionego rękami kuzynki. Na stole, tuż obok świeżego bukietu kwiatów, położyła zapieczętowaną kopertę, zabezpieczoną zaklęciami ochronnymi. W środku znajdował się list, w którym zapisała wszystko, co chciała dzisiaj powiedzieć Helloise... Wszystko, co mogło umknąć podczas rozmowy, którą mogła przeprowadzić tylko w zaciszu chatki na kurzej nóżce.
Wyprostowała się dopiero, gdy usłyszała kroki Helloise. Akurat w sam raz, żeby zalać herbatę.
Droga Helloise,
Z niepokojem śledziłam pojawiające się na łamach gazet oficjalne doniesienia na temat anomalii w Kniei Godryka, tak bliskiej Twojemu sercu. Prosiłam moje pająki, aby snuły swe sieci, łowiąc wieści na ten temat... Nie zaszkodzi wiedzieć, mówiłam sobie, wszak wiedza to potęga. Przeróżne dochodziły mnie pogłoski na temat wydarzeń w Kniei, niektóre wcale prawdopodobne, inne kompletnie niedorzeczne... Nie sposób było jednak dociec prawdy spośród plotek. Nie sposób było też dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Wtedy nie śmiałam jednak sądzić, że osobiście przyjdzie mi zbliżyć się do tajemnic, jakie kryje Knieja. Pozwól więc, droga kuzynko, że przedstawię Ci, czego byłam naocznym świadkiem. Przysięgnij mi jednak, że dochowasz absolutnej dyskrecji w związku z moim zaangażowaniem w tę sprawę. Nie chcę mieć problemów z Ministerstwem Magii, od którego dostałam rzeczone zlecenie, zbyt jednak martwię się o Ciebie, żeby milczeć. Wiem, że Knieja jest od lat Twoim domem, dlatego dzielę się z Tobą tym, czego zdołałam się dowiedzieć, choć nie wiem, ile warte są zebrane przeze mnie dowody. Być może nic. Być może wszystko.
Przed paroma dniami otrzymałam zlecenie z Biura Koronera, sygnowane przez Khalida Evergreena. Nie jest dla mnie niczym nowym współpraca z Ministerstwem Magii, podejmowałam się jej już wcześniej, jakie było jednak moje zdziwienie, gdy okazało się, że przedmiotem zlecenia są ciała czterech ofiar znalezionych na terenie Doliny Godryka. Pamiętasz, jak pokazywałaś mi ptasie gniazda pośród drzew? Z tych ludzi wyssano życie tak jak kuna wysysa zawartość ptasich jaj. Bo przekazane mi ciała przypominały skorupy, zasuszone, puste w środku. Były delikatne jak wydmuszki z jajek. Równie kruche jak one. Symbol życia, tyle że życia kompletnie pozbawiony. Miałam sprawić, żeby prezentowały się godnie w otwartych trumnach podczas oficjalnych pochówków, Ministerstwo chciało bowiem wydać wreszcie ciała rodzinom ofiar. Pochłonięta byłam pracą, chociaż miałam przeczucie, że może wydarzyć się coś niespodziewanego po tym, jak przydzielono mi do asysty pracownicę Biura Aurorów. Czy miała dopilnować, żebym wykonała swoją pracę nie uszkodziwszy ciał bardziej niż sekcjonujący je antropolodzy, czy może to nie ciał miała chronić, lecz mnie przed rzeczonymi ciałami? Oczywiście, że zapytałam ją, czym były wspomniane w gazetach anomalie. Co właściwie zaatakowało tych ludzi? "Widma", odpowiedziała mi. A potem zaczęła opowiadać o dziwnych istotach błąkających się po Kniei Godryka od czasu Beltane. Miała okazję rozmawiać z kobietą, której udało się uciec tym widmom: pamiętała ją jako młodą dziewczynę, a po tym, jak dorwały ją widma, postarzyła się o kilkadziesiąt lat, teraz jest starą babcią. Właśnie dlatego zakazano wejścia do Kniei. Chociaż widma są niematerialne, w jakiś sposób potrafią żerować na żywych. Wyssają z nich życie... Albo, posługując się bardziej precyzyjnym językiem, wysysają z nich czas. Zabierają ludziom lata, które przeżyli, a może i lata, które mieli jeszcze przeżyć.
Chciałam wywiedzieć się więcej na ten temat, nagle wszystko zaczęło dziać się jednak bardzo szybko, a moje przeczucie spełniło się. Całun z jednego z ciał opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. To ciało się odbudowywało, Helloise. Kawałek po kawałku obrastało żywym mięsem, nerwami, wypełniało się krwią, żółcią, limfą, w fenomenie, na którego nauka nie zna nazwy. Ciszę przerywały jedynie obleśne, mlaszczące odgłosy z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Jakaż to była makabra, jakże zatrważającym było to zjawisko! Przerażająco obrzydliwe, ale i przerażająco piękne. Nie mogłam odwrócić wzroku, a może nie chciałam odwrócić wzroku. Mogłam tylko trwać wpatrzona w to wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed mną w konwulsjach. To jest jak poród, pomyślałam, wspomniawszy na obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy – pomyślałam o Dziewicy, Matce i Starusze, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia – to jest jak poród, tylko na odwrót. Niechże Bogini mi wybaczy, jeżeli popełniłam bluźnierstwo. Rozważałam to w swoim sumieniu, nie znalazłam w nim jednak winy, bo jakże czysto wtedy wierzyłam, jakże doskonale.
Jak wspomniałam, towarzyszyła mi wówczas auror, Victoria Lestrange. Być może kojarzysz jej twarz z gazet, bo jest jedną z Zimnych – tych, którzy w trakcie obchodów tegorocznego święta Beltane zanurzyli się w Limbo. Nawet ona nigdy nie doświadczyła niczego podobnego, a przecież widziała wnętrze Limbo. Proces rozkładu był tam szybszy, powiedziała, ale bez wszystkich naturalnych konsekwencji, jakie temu procesowi towarzyszą. Porównała to do krzywego zwierciadła, w którym wszystko było takie same, a jednak inne. Przypominało mi to mój nawracający sen o bogini o trzech twarzach. Bogini, której truchło nawiedzało moje myśli, wychnąwszy spod przypominających całun sukni i welonów pamięci. Zmurszała, spękana skóra koloru zgniłej zieleni łuszczyła się na morowej pannie, odpadając od ciała niczym kora z chorego drzewa, poznaczonego sękami przypominającymi oczy. Tysiące oczu, wszystkie patrzące na mnie – na mnie, i przeze mnie – wszystkie tak samo obojętne, wszystkie tak samo martwe. Wtedy też chciałam odwrócić wzrok, ale tego nie zrobiłam, zmuszając się do patrzenia. Do doświadczenia wypaczonej boskości obrosłej pleśnią. Długo śniłam ten sen. Śniłam go, dopóki nie pogodziłam się z Matką w trakcie obchodów Lammas. Teraz widuję ją tylko w spokojnej tafli wody, która w moich snach jest zwierciadłem, ale dla wszystkich moich marzeń i lęków. Widuję ją, gdy szukam w wodzie swojego własnego odbicia. Być może, patrząc na oblicze Dziewicy, Matki I Staruchy, patrzę tak naprawdę na wszystkie wersje siebie. Na te, którymi byłam, jestem, i na te, którymi mogę jeszcze być. W snach nigdy nie jest bowiem wiadomo, gdzie zaczyna się jedna, a gdzie kończy druga. Być może tym właśnie jest Limbo. Wieczny proces analizy, jak w magicznej kolbie nad palnikiem, w której reakcje chemiczne przeprowadzić można dwukierunkowo, od analizy przechodząc płynnie do syntezy. Coś się rozpada, a może coś się tworzy... A przynajmniej tak o tym myślę, gdy przywołuję w pamięci jej słowa. W naszej dyskusji Victoria wysunęła bowiem interesującą hipotezę. Skoro ona wraz z innymi śmiałkami weszła w trakcie Beltane do Limbo, to tak samo coś mogło stamtąd wyjść. Być może właśnie stamtąd widma biorą swój rodowód.
Ale wracając do mojej opowieści... Powoli ciało zaczynało się poruszać. Na początku z pewnością nie były to świadome próby podjęcia ruchu, bardziej nieskordynowane skurcze mięśni, które z czasem stały się jednak deliberacyjnymi. Narastająca tkanka mięśniowa zaczęła obrastać zdrową skórą i wyglądała coraz normalniej. Wyglądała... Jak kobieta. Żywa kobieta. Z każdą kolejną sekundą jej twarz nabierała kolorytu, odzyskiwała zęby, włosy, paznokcie. "Och", westchnęła tuż po przebudzeniu, silny szkocki akcent obecny w jej głosie, "ostatnie trzy razy budziłam się w lesie." I wtedy ją poznałam. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, gdy zrozumiałam, że w moim prosektorium siedzi nieumarła kurwa z Kościanego Zamtuza. Nie znam, co prawda, skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie można przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi. Nie znam z imienia i nazwiska każdej pracownicy Kościanego, nie bywam tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... Sama rozumiesz. W przypadku Teresy McKinnon wystarczyło nazwisko. Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale w Podziemiu McKinnonowie znani są ze swego przedziwnego rodzinnego daru, a mianowicie, nie umierają. Nie tak naprawdę. W przeciwieństwie do ghouli, które – z tego, co jest mi wiadomym – powstają w wyniku nieudanego zaklęcia wskrzeszenia, McKinnonowie mają do dyspozycji kilka żyć, zanim odejdą z tego świata. Może dlatego tak chętnie nim szafują. Teresa samodzielnie zapuściła się w leśne ostępy, podążała do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk. Dopiero później zobaczyła przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia widm. Trudno było wyciągnąć z niej więcej na temat tych stworzeń. Zrobiło mi się jej szkoda, Helloise. "Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to", powiedziała. "Czułam się tak, jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać." Ale to też nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Nie, osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia, więc albo wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo widma czaiły się tam, i czekały aż popełni błąd... Pozwalam więc sobie przypuszczać, że krąg kamieni w Kniei musi chronić stara magia ochronna, gotowa w jakiś sposób przeciwstawić się potędze widm, inaczej Teresa nie przetrwałaby tam nawet i ze swoimi dziewięcioma życiami. Być może warto poszukać podań na temat starożytnych menhirów, rozsianych na terenie Wielkiej Brytanii. Być może nie bez powodu tegoroczne obchody Lithy miały miejsce właśnie w Stonehedge... Reszta historii przebiegła tak, jak możesz się tego spodziewać: w końcu siły Ministerstwa zapuściły się tamte okolice, aurorzy zdołali wydobyć ciało kolejnej ofiary, a po przetrwaniu ekspertyz antropologów, Teresa trafiła do mnie. Wciąż ma jeszcze kilka żyć do przeżycia. Ale Ty, moja droga, masz tylko jedno, więc przez Matkę, zaklinam Cię... Nie zbliżaj się do Kniei. Jeżeli raczysz przyjąć moją sugestię, spal ten list. Skłam, że Twoim informatorem jest antropolog z Wizengamotu. Łatwiej ich przecież zmusić do mówienia niż Niewymownych. I, nade wszystko, uważaj, Helloise. Wiem, że bogini zawsze nad Tobą czuwa, ale uważaj.
Z niepokojem śledziłam pojawiające się na łamach gazet oficjalne doniesienia na temat anomalii w Kniei Godryka, tak bliskiej Twojemu sercu. Prosiłam moje pająki, aby snuły swe sieci, łowiąc wieści na ten temat... Nie zaszkodzi wiedzieć, mówiłam sobie, wszak wiedza to potęga. Przeróżne dochodziły mnie pogłoski na temat wydarzeń w Kniei, niektóre wcale prawdopodobne, inne kompletnie niedorzeczne... Nie sposób było jednak dociec prawdy spośród plotek. Nie sposób było też dociec prawdy skrytej między wierszami starannie zredagowanych komunikatów prasowych. Wtedy nie śmiałam jednak sądzić, że osobiście przyjdzie mi zbliżyć się do tajemnic, jakie kryje Knieja. Pozwól więc, droga kuzynko, że przedstawię Ci, czego byłam naocznym świadkiem. Przysięgnij mi jednak, że dochowasz absolutnej dyskrecji w związku z moim zaangażowaniem w tę sprawę. Nie chcę mieć problemów z Ministerstwem Magii, od którego dostałam rzeczone zlecenie, zbyt jednak martwię się o Ciebie, żeby milczeć. Wiem, że Knieja jest od lat Twoim domem, dlatego dzielę się z Tobą tym, czego zdołałam się dowiedzieć, choć nie wiem, ile warte są zebrane przeze mnie dowody. Być może nic. Być może wszystko.
Przed paroma dniami otrzymałam zlecenie z Biura Koronera, sygnowane przez Khalida Evergreena. Nie jest dla mnie niczym nowym współpraca z Ministerstwem Magii, podejmowałam się jej już wcześniej, jakie było jednak moje zdziwienie, gdy okazało się, że przedmiotem zlecenia są ciała czterech ofiar znalezionych na terenie Doliny Godryka. Pamiętasz, jak pokazywałaś mi ptasie gniazda pośród drzew? Z tych ludzi wyssano życie tak jak kuna wysysa zawartość ptasich jaj. Bo przekazane mi ciała przypominały skorupy, zasuszone, puste w środku. Były delikatne jak wydmuszki z jajek. Równie kruche jak one. Symbol życia, tyle że życia kompletnie pozbawiony. Miałam sprawić, żeby prezentowały się godnie w otwartych trumnach podczas oficjalnych pochówków, Ministerstwo chciało bowiem wydać wreszcie ciała rodzinom ofiar. Pochłonięta byłam pracą, chociaż miałam przeczucie, że może wydarzyć się coś niespodziewanego po tym, jak przydzielono mi do asysty pracownicę Biura Aurorów. Czy miała dopilnować, żebym wykonała swoją pracę nie uszkodziwszy ciał bardziej niż sekcjonujący je antropolodzy, czy może to nie ciał miała chronić, lecz mnie przed rzeczonymi ciałami? Oczywiście, że zapytałam ją, czym były wspomniane w gazetach anomalie. Co właściwie zaatakowało tych ludzi? "Widma", odpowiedziała mi. A potem zaczęła opowiadać o dziwnych istotach błąkających się po Kniei Godryka od czasu Beltane. Miała okazję rozmawiać z kobietą, której udało się uciec tym widmom: pamiętała ją jako młodą dziewczynę, a po tym, jak dorwały ją widma, postarzyła się o kilkadziesiąt lat, teraz jest starą babcią. Właśnie dlatego zakazano wejścia do Kniei. Chociaż widma są niematerialne, w jakiś sposób potrafią żerować na żywych. Wyssają z nich życie... Albo, posługując się bardziej precyzyjnym językiem, wysysają z nich czas. Zabierają ludziom lata, które przeżyli, a może i lata, które mieli jeszcze przeżyć.
Chciałam wywiedzieć się więcej na ten temat, nagle wszystko zaczęło dziać się jednak bardzo szybko, a moje przeczucie spełniło się. Całun z jednego z ciał opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. To ciało się odbudowywało, Helloise. Kawałek po kawałku obrastało żywym mięsem, nerwami, wypełniało się krwią, żółcią, limfą, w fenomenie, na którego nauka nie zna nazwy. Ciszę przerywały jedynie obleśne, mlaszczące odgłosy z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała. Jakaż to była makabra, jakże zatrważającym było to zjawisko! Przerażająco obrzydliwe, ale i przerażająco piękne. Nie mogłam odwrócić wzroku, a może nie chciałam odwrócić wzroku. Mogłam tylko trwać wpatrzona w to wypaczone studium człowieczeństwa, drgające przed mną w konwulsjach. To jest jak poród, pomyślałam, wspomniawszy na obrazy Baldwina opowiadające o tajemnicy boskiej trójcy – pomyślałam o Dziewicy, Matce i Starusze, przeobrażających się jedna w drugą w nieustannym kręgu życia – to jest jak poród, tylko na odwrót. Niechże Bogini mi wybaczy, jeżeli popełniłam bluźnierstwo. Rozważałam to w swoim sumieniu, nie znalazłam w nim jednak winy, bo jakże czysto wtedy wierzyłam, jakże doskonale.
Jak wspomniałam, towarzyszyła mi wówczas auror, Victoria Lestrange. Być może kojarzysz jej twarz z gazet, bo jest jedną z Zimnych – tych, którzy w trakcie obchodów tegorocznego święta Beltane zanurzyli się w Limbo. Nawet ona nigdy nie doświadczyła niczego podobnego, a przecież widziała wnętrze Limbo. Proces rozkładu był tam szybszy, powiedziała, ale bez wszystkich naturalnych konsekwencji, jakie temu procesowi towarzyszą. Porównała to do krzywego zwierciadła, w którym wszystko było takie same, a jednak inne. Przypominało mi to mój nawracający sen o bogini o trzech twarzach. Bogini, której truchło nawiedzało moje myśli, wychnąwszy spod przypominających całun sukni i welonów pamięci. Zmurszała, spękana skóra koloru zgniłej zieleni łuszczyła się na morowej pannie, odpadając od ciała niczym kora z chorego drzewa, poznaczonego sękami przypominającymi oczy. Tysiące oczu, wszystkie patrzące na mnie – na mnie, i przeze mnie – wszystkie tak samo obojętne, wszystkie tak samo martwe. Wtedy też chciałam odwrócić wzrok, ale tego nie zrobiłam, zmuszając się do patrzenia. Do doświadczenia wypaczonej boskości obrosłej pleśnią. Długo śniłam ten sen. Śniłam go, dopóki nie pogodziłam się z Matką w trakcie obchodów Lammas. Teraz widuję ją tylko w spokojnej tafli wody, która w moich snach jest zwierciadłem, ale dla wszystkich moich marzeń i lęków. Widuję ją, gdy szukam w wodzie swojego własnego odbicia. Być może, patrząc na oblicze Dziewicy, Matki I Staruchy, patrzę tak naprawdę na wszystkie wersje siebie. Na te, którymi byłam, jestem, i na te, którymi mogę jeszcze być. W snach nigdy nie jest bowiem wiadomo, gdzie zaczyna się jedna, a gdzie kończy druga. Być może tym właśnie jest Limbo. Wieczny proces analizy, jak w magicznej kolbie nad palnikiem, w której reakcje chemiczne przeprowadzić można dwukierunkowo, od analizy przechodząc płynnie do syntezy. Coś się rozpada, a może coś się tworzy... A przynajmniej tak o tym myślę, gdy przywołuję w pamięci jej słowa. W naszej dyskusji Victoria wysunęła bowiem interesującą hipotezę. Skoro ona wraz z innymi śmiałkami weszła w trakcie Beltane do Limbo, to tak samo coś mogło stamtąd wyjść. Być może właśnie stamtąd widma biorą swój rodowód.
Ale wracając do mojej opowieści... Powoli ciało zaczynało się poruszać. Na początku z pewnością nie były to świadome próby podjęcia ruchu, bardziej nieskordynowane skurcze mięśni, które z czasem stały się jednak deliberacyjnymi. Narastająca tkanka mięśniowa zaczęła obrastać zdrową skórą i wyglądała coraz normalniej. Wyglądała... Jak kobieta. Żywa kobieta. Z każdą kolejną sekundą jej twarz nabierała kolorytu, odzyskiwała zęby, włosy, paznokcie. "Och", westchnęła tuż po przebudzeniu, silny szkocki akcent obecny w jej głosie, "ostatnie trzy razy budziłam się w lesie." I wtedy ją poznałam. Wyobraź sobie moje zaskoczenie, gdy zrozumiałam, że w moim prosektorium siedzi nieumarła kurwa z Kościanego Zamtuza. Nie znam, co prawda, skomplikowanych koligacji rodzinnych McKinnonów, nie można przecież przestudiować ich drzewa genealogicznego w skorowidzu czystości krwi. Nie znam z imienia i nazwiska każdej pracownicy Kościanego, nie bywam tam na tyle często, by móc rozpoznawać wszystkie po twarzach, czy też po ich... Sama rozumiesz. W przypadku Teresy McKinnon wystarczyło nazwisko. Nie wiem, czy jesteś świadoma, ale w Podziemiu McKinnonowie znani są ze swego przedziwnego rodzinnego daru, a mianowicie, nie umierają. Nie tak naprawdę. W przeciwieństwie do ghouli, które – z tego, co jest mi wiadomym – powstają w wyniku nieudanego zaklęcia wskrzeszenia, McKinnonowie mają do dyspozycji kilka żyć, zanim odejdą z tego świata. Może dlatego tak chętnie nim szafują. Teresa samodzielnie zapuściła się w leśne ostępy, podążała do kręgu kamieni na polanie na wschód od Polany Ognisk. Dopiero później zobaczyła przy tych kamieniach wielkie, czarne jak smoła ślepia widm. Trudno było wyciągnąć z niej więcej na temat tych stworzeń. Zrobiło mi się jej szkoda, Helloise. "Gdyby coś miało wyglądać jak strach i smutek, to pewnie byłoby to", powiedziała. "Czułam się tak, jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać." Ale to też nie było tak, że Teresa ginęła i odradzała się w lesie w nieskończoność, próbując dotrzeć do Doliny. Nie, osłabiona chowała się w kręgu kamieni i tam próbowała to jakoś przeczekać, ale nie miała wyczucia, więc albo wybierała kiepskie momenty na ucieczkę, albo widma czaiły się tam, i czekały aż popełni błąd... Pozwalam więc sobie przypuszczać, że krąg kamieni w Kniei musi chronić stara magia ochronna, gotowa w jakiś sposób przeciwstawić się potędze widm, inaczej Teresa nie przetrwałaby tam nawet i ze swoimi dziewięcioma życiami. Być może warto poszukać podań na temat starożytnych menhirów, rozsianych na terenie Wielkiej Brytanii. Być może nie bez powodu tegoroczne obchody Lithy miały miejsce właśnie w Stonehedge... Reszta historii przebiegła tak, jak możesz się tego spodziewać: w końcu siły Ministerstwa zapuściły się tamte okolice, aurorzy zdołali wydobyć ciało kolejnej ofiary, a po przetrwaniu ekspertyz antropologów, Teresa trafiła do mnie. Wciąż ma jeszcze kilka żyć do przeżycia. Ale Ty, moja droga, masz tylko jedno, więc przez Matkę, zaklinam Cię... Nie zbliżaj się do Kniei. Jeżeli raczysz przyjąć moją sugestię, spal ten list. Skłam, że Twoim informatorem jest antropolog z Wizengamotu. Łatwiej ich przecież zmusić do mówienia niż Niewymownych. I, nade wszystko, uważaj, Helloise. Wiem, że bogini zawsze nad Tobą czuwa, ale uważaj.
Koniec sesji