28.10.2025, 10:54 ✶
15.07.1969
Szkołę skończyła dawno temu.
Odznaka, mundur powinny być jej drugą skórą.
Pracę w policji miała w krwioobiegu, ona córka Aarona Moody, siostra Alastora Moody, kuzynka Harper Moody, z dziada pradziada kurwa pies.
A jednak kolor. A jednak rozbryzg farby. A jednak grafit ołówka, węgiel na palcach. A jednak faktura płótna obryzganego wapnem. A jednak złoto akwareli rozlewającej się po drogim, odpowiednio zabezpieczonym papierze.
Przepierdalała na to całe wypłaty, zamiast ucząc się do aurorskich egzaminów marząc na jawie i marząc we śnie.
To jest takie pierdolenie, że coś było Twoją pasją od zawsze, ale jakby Moody miała wskazać coś co było rzeczywiście tylko i wyłącznie jej to byłoby to bazgranie po kartce szkicownika. Nie służba - to zostało zdecydowane za nią nim się urodziła. Nie miotła - do drużyny polazła za bratem, choć trzeba było przyzać, że dobrze jej szło to łapanie znicza. Nie. Bazgranie. Gryzmolenie. Ujebywanie wszystkie w tym i siebie farbą.
Kurs malarstwa był czymś co trzymała w sekrecie przed rodziną. Czymś na co udało odłożyć jej hajs. Czym gdzie chciała uciec przed Fantastycznym Związkiem Swojego Brata. Lepsze i zdrowsze niż seks i narkotyki, prawda? Choć kto wie, może koledzy kursanci po prostu zapewnią jej boską triadę?
Problemem jednak było to, że trzeba było pozytywnie przejść selekcje, a ona wciąż nie umiała namalować realistycznie dłoni. I stóp. Te kutasiary były trudne do odtworzenia.
Stała w sali pełnej podobnych jej spoglądała na ustawione gówna na podeście. Jabłka. Winogrona. Jakiś pierdolony nudny wazon. Nie mogła się skupić. Stres ale i stateczność całej sytuacji zabijała ją. I jeszcze była na kacu, co stanowiło najgrosze z możliwych połączeń. W dodatku dużo było na tych kursach pizdeczek prosto po Hogwarcie, już nie kojaryzła twarzy tych roczników, ale po eleganckich ciuszkach i słodkich uśmiechach domyślała się że marzenia o artystycznej bohemie może sobie wsadzić głęboko w dupsko.
No ale starała się. Szkic. Jakiś. Cokolwiek Wszystko zgodnie z pierdolonymi instrukcjami cizi krążącej między sztalugami.
Przygryzła wargę, nie mogąc stwierdzić, czy finalnie dobrze połączyła farby. Nie miała pojęcia jak to miało niby dizałać, że ma tylko żółty, czerwony i niebieski i jebany biały i to miło jej wystarczyć. Jak z tego niby miał wyjść kolor tego jebanego dzbanka?
Miała rosnące wrażenie, że wszystkim szło super, tylko ona była tutaj z przypadku. Miała wrażenie, że do jej uszu dochodzą nieprzyjemne szepty. Krzywe spojrzenia. Wszystko jeżyło jej się rzy kręgosłupie. A wystarcyzłoby zabrać ze sobą odrobinę gorzałki. Czy spirytus do rozpuszczania farb z dłoni nadawał się do picia?
- Dobra jebać to. - uznała może nieco zbyt głośno, spoglądając z wyższością na płótno i zanużając pędzel z nienawiścią w brei, która absolutnie nie oddawała jadowitej zieleni jabłka.