Przeprosił więc jakąś grupkę, która rozmawiała przy wyjściu do ogrodu i przemknął obok nich, zostawiając za sobą duchotę przepełnionych ludźmi wnętrz. Świeże powietrze uderzyło w niego jakby gwałtownie, ale w żaden sposób w negatywnym sensie, bo dzięki temu nagle dotarło do niego jak brakowało mu tej rześkości. Odszedł na bok, parę kroków, żeby nie tarasować wejścia do środka, a dłonie sięgnęły w stronę kieszeni, przeszukując je tylko przez chwilę. Srebrna, rzeźbiona papierośnica szybko znalazła się w rękach, została otworzona i pozbawiona jednego ze wsuniętych do niej papierosów. Tak jak w pracy nie przeszkadzało mu co pali i często sięgał po tak samo podłe jak i mocne egzemplarze, tak te które nosił ze sobą na imprezy zawsze miały wspólny mianownik - były drogie. Cenę czuło się na języku, w jakości tytoniu, tak że nie było wstyd z nikim się nimi podzielić, a nawet trzeba było, żeby chociaż w ten sposób określić swoją pozycję i dźwięczące w kieszeni galeony. Bo przecież wszystko zawsze sprowadzało się do detali.
Palił, przyglądając się sylwetkom, które tańczyły na ścieżce parę schodków niżej, która prowadziła między pierwsze różane krzewy, porośnięte czarnym kwieciem. Ciężko było uwierzyć, że ktoś napracował się aż tyle, żeby odmieć nie jeden krzaczek, a cały ogród, ale z drugiej strony wciąż nie było w tym wszystkim chociaż cienia odpowiedzi na proste pytanie; po co? Po co to wszystko, dla zabawy?
Drgnął dopiero, kiedy wyczuł przy sobie ruch jakiegoś innego marudera. Reakcja była automatyczna, bardziej jak potrzebna, bo nawet nie był jeszcze pewien czy towarzystwo napatoczyło się w tym samym celu, w którym on tu stał, na papieroska.
- Słyszałem, że podobno w oranżerii Lestrangów można znaleźć topielce, które tam straszą. Podobno ktoś się tam kiedyś utopił. Jakieś dziecko, uwierzy pan?