13.12.2025, 22:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:13 przez Lorraine Malfoy.)
Spotkanie z nowym klientem miało się przesunąć, tak przynajmniej zakomunikował jej jeden z pająków, który już czekał na nią w Dziurawym Kotle. Lorraine nie ryzykowała swoim bezpieczeństwem. Nawet, gdy spotykała się w miejscach publicznych, dbała o to, żeby czuwało nad nią kilka par znajomych oczu. Nie przejęła się jednak zbytnio nieoczekiwaną zmianą planów. W tej samej chwili zauważyła bowiem, że na skromnym podeście, który robił za scenę podczas okazjonalnie organizowanych w Dziurawym Kotle występów artystycznych, rozkładają swoje instrumenty znajomi muzycy.
"Zaprosili mnie, żebyśmy zagrali wspólnie kilka kameralnych koncertów, nie spodziewałam się, że nawiążemy współpracę na dłużej", wyjaśniła dawno niewidziana koleżanka, po tym jak już wyściskały się z Lorraine. Półwila przywitała się też z resztą muzyków. Oparta o pianino, przyglądała się, jak dostrajają się przed występem, rzucając zaklęcia nagłaśniające na instrumenty. Patrząc, jak koleżanka skupia się na poprawnym spleceniu czaru, nachyliła się nad klawiaturą pianina, aby pomóc jej dostroić je do swoich potrzeb. Jak gdyby od niechcenia wygrała jedną ręką motyw powtarzający się w refrenie ludowej przyśpiewki, która miała się znaleźć w dzisiejszym repertuarze. Zawsze lubiła jej słodkie i sentymentalne brzmienie, zachwycające były też słowa, proste, ale poruszające do głębi. Może dlatego natychmiast niemal poderwała głowę, gdy usłyszała, jak ktoś cicho mruczy pod nosem słowa przyśpiewki. Wytrenowanym uchem od razu szło poznać talent. Zaczęła szukać wzrokiem tego, kto zanucił piosenkę... Jeżeli słuch jej nie zawodził, głos niósł się od strony baru. Lorraine pożegnała się z muzykami, życząc im udanego występu, po czym udała się na poszukiwanie nieznajomej, w której drzemał ogromny talent. Nietrudno było ją znaleźć, bo chociaż szybko przestała nucić, w jej stronę zdążyło się już odwrócić kilka ciekawskich głów. Nie siedziała zresztą daleko. Lorraine przeszła między stolikami, kierując się w stronę baru, pozdrawiając skinieniem głowy tych, których znała... A znała tutaj wielu. Zatrzymała się nawet na krótką pogawędkę z lekko podchmieloną panią Fawkes, ale spojrzeniem wciąż uciekała w stronę baru, gdzie siedziała tajemnicza nieznajoma.
– Nie słyszałam jeszcze takiego głosu. Gdybyś zaśpiewała, to byłoby tak, jak gdyby śpiewała sama bogini – rzuciła lekko Lorraine, przysiadając się do blondynki. Na jej ustach zajaśniał delikatny uśmiech. Przez chwilę po prostu przypatrywała się nieznajomej. Choć nie przestawała przesuwać czujnym spojrzeniem po jej twarzy, począwszy od zgrabnie wykrojonych ust aż po lśniące wesoło oczy, na których zatrzymała się wreszcie na dłużej jej uwaga, czuć było, że jest zwyczajnie ciekawa tego, kim jest siedząca obok kobieta. Lorraine miała dobrą pamięć do twarzy, a nie przypominała sobie, żeby wcześniej ją tutaj widziała.
– Gdzie się tak długo chowałaś? Wiesz, jak bardzo brakuje nam naturalnych altów w kowenowym chórze? – spytała z żartobliwą przyganą, rozpinając misternie zdobione, acz nieco już wytarte używaniem guziczki jasnego płaszcza, który odziedziczyła po starszej kuzynce. Chociaż miał ładną podbitkę, którą było widać, gdy poprawiła jego poły, usadowiwszy się na barowym stołku tak elegancko, jak to tylko było możliwe, płaszcz wydawał się zbyt zimny jak na tę pogodę. Może dlatego Lorraine nie zzuła go z siebie, a jedynie rozsupłała szal, który potem posłała zaklęciem w stronę stojącego w kącie wieszaka. Mimo że spędziła już w ciepłym wnętrzu baru trochę czasu, wciąż czuła się niedogrzana po tym jak przespacerowała się Pokątną w swym podszytym wiatrem płaszczu.
– Panie Finn, podałby nam pan, proszę, tego nowego grzańca? Dla mnie, i dla...? – Lorraine poruszyła znacząco brwiami, prowokując nieznajomą, żeby zdradziła swoją tożsamość. – Ja stawiam – dodała już ciszej, uśmiechając się szelmowsko.
Zdołała pociągnąć jedynie malutki łyczek grzańca pachnącego goździkami, cynamonem i przyprawami korzennymi, wciąż bowiem znad kamionkowej szklanicy ulatywała para, a gorący napój parzył lekko spierzchnięte zimnem usta. Już poczuła jednak, jak ciepło rozlewa się powoli w jej ciele.
"Zaprosili mnie, żebyśmy zagrali wspólnie kilka kameralnych koncertów, nie spodziewałam się, że nawiążemy współpracę na dłużej", wyjaśniła dawno niewidziana koleżanka, po tym jak już wyściskały się z Lorraine. Półwila przywitała się też z resztą muzyków. Oparta o pianino, przyglądała się, jak dostrajają się przed występem, rzucając zaklęcia nagłaśniające na instrumenty. Patrząc, jak koleżanka skupia się na poprawnym spleceniu czaru, nachyliła się nad klawiaturą pianina, aby pomóc jej dostroić je do swoich potrzeb. Jak gdyby od niechcenia wygrała jedną ręką motyw powtarzający się w refrenie ludowej przyśpiewki, która miała się znaleźć w dzisiejszym repertuarze. Zawsze lubiła jej słodkie i sentymentalne brzmienie, zachwycające były też słowa, proste, ale poruszające do głębi. Może dlatego natychmiast niemal poderwała głowę, gdy usłyszała, jak ktoś cicho mruczy pod nosem słowa przyśpiewki. Wytrenowanym uchem od razu szło poznać talent. Zaczęła szukać wzrokiem tego, kto zanucił piosenkę... Jeżeli słuch jej nie zawodził, głos niósł się od strony baru. Lorraine pożegnała się z muzykami, życząc im udanego występu, po czym udała się na poszukiwanie nieznajomej, w której drzemał ogromny talent. Nietrudno było ją znaleźć, bo chociaż szybko przestała nucić, w jej stronę zdążyło się już odwrócić kilka ciekawskich głów. Nie siedziała zresztą daleko. Lorraine przeszła między stolikami, kierując się w stronę baru, pozdrawiając skinieniem głowy tych, których znała... A znała tutaj wielu. Zatrzymała się nawet na krótką pogawędkę z lekko podchmieloną panią Fawkes, ale spojrzeniem wciąż uciekała w stronę baru, gdzie siedziała tajemnicza nieznajoma.
– Nie słyszałam jeszcze takiego głosu. Gdybyś zaśpiewała, to byłoby tak, jak gdyby śpiewała sama bogini – rzuciła lekko Lorraine, przysiadając się do blondynki. Na jej ustach zajaśniał delikatny uśmiech. Przez chwilę po prostu przypatrywała się nieznajomej. Choć nie przestawała przesuwać czujnym spojrzeniem po jej twarzy, począwszy od zgrabnie wykrojonych ust aż po lśniące wesoło oczy, na których zatrzymała się wreszcie na dłużej jej uwaga, czuć było, że jest zwyczajnie ciekawa tego, kim jest siedząca obok kobieta. Lorraine miała dobrą pamięć do twarzy, a nie przypominała sobie, żeby wcześniej ją tutaj widziała.
– Gdzie się tak długo chowałaś? Wiesz, jak bardzo brakuje nam naturalnych altów w kowenowym chórze? – spytała z żartobliwą przyganą, rozpinając misternie zdobione, acz nieco już wytarte używaniem guziczki jasnego płaszcza, który odziedziczyła po starszej kuzynce. Chociaż miał ładną podbitkę, którą było widać, gdy poprawiła jego poły, usadowiwszy się na barowym stołku tak elegancko, jak to tylko było możliwe, płaszcz wydawał się zbyt zimny jak na tę pogodę. Może dlatego Lorraine nie zzuła go z siebie, a jedynie rozsupłała szal, który potem posłała zaklęciem w stronę stojącego w kącie wieszaka. Mimo że spędziła już w ciepłym wnętrzu baru trochę czasu, wciąż czuła się niedogrzana po tym jak przespacerowała się Pokątną w swym podszytym wiatrem płaszczu.
– Panie Finn, podałby nam pan, proszę, tego nowego grzańca? Dla mnie, i dla...? – Lorraine poruszyła znacząco brwiami, prowokując nieznajomą, żeby zdradziła swoją tożsamość. – Ja stawiam – dodała już ciszej, uśmiechając się szelmowsko.
Zdołała pociągnąć jedynie malutki łyczek grzańca pachnącego goździkami, cynamonem i przyprawami korzennymi, wciąż bowiem znad kamionkowej szklanicy ulatywała para, a gorący napój parzył lekko spierzchnięte zimnem usta. Już poczuła jednak, jak ciepło rozlewa się powoli w jej ciele.