• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[13.11.1966] Ginę, jak on by ginął, choć zginąć nie może

[13.11.1966] Ginę, jak on by ginął, choć zginąć nie może
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
18.01.2026, 22:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:45 przez Lorraine Malfoy.)  
Mieszkanie Caina Fawleya

"Nie mogę się do ciebie odzywać", syknęła do niego kiedyś, kiedy siedziała na cmentarzu, zaplatając wianki z pokrzyw. "Umrę, jeżeli się odezwę!" Wcale nie dlatego, że była na niego obrażona, o nie, Lorraine wcale nie była obrażona. Bo to przecież nie była wina Caina, że nie spędzał z nią tyle czasu, co dotychczas. W tym roku zaczął chodzić do szkoły, mógł więc mieć nowych przyjaciół. Pewnie lepszych od niej, pomyślała poirytowana, puszczając najpierw piekący listek pokrzywy, a potem wodze wyobraźni. Wyobrażała już sobie Caina w gronie przyjaciół, przed którymi mógł popisywać się swoją nową różdżką, włóczyć się po ścieżkach Lasu Wisielców – ich lasu, bo to był przecież ich las, pomyślała ze złością, oni byli stróżami jego zmarłych, opiekunami leśnych bezdroży, żałobnikami pośród głuszy! – a potem wracać do położonej na jego obrzeżach bazy wypadowej, tuż przy cmentarzu.

Przycupnięta obok zapomnianego nagrobka półwila pozwoliła, aby długie, jasnoblond włosy zasłoniły jej twarz, separując ją od reszty świata. Zawsze tak robiła, gdy nie chciała zwracać na siebie uwagi, choć ostatnio zdawało się to być coraz trudniejszym. Nie wstała jednak, żeby odsunąć się od stojącego przy niej Caina, bo przecież wcale nie była na niego obrażona. Wcale a wcale, chociaż znowu zachowywał się jakoś dziwnie. Czasem, gdy z nim rozmawiała, odnosiła wrażenie, jak gdyby miała do czynienia z dwiema zupełnie różnymi osobami. Pewnie tylko udawał, że ją lubi, dokładnie tak jak mówiła Miranda. Miranda zawsze powtarzała, że ludzie są dwulicowi, że tylko czekają, aby móc kogoś skrzywdzić albo wykorzystać. Mała męczennica milczała więc, z poświęceniem parząc sobie palce pokrzywami, choć miała ochotę powiedzieć Cainowi, żeby sobie poszedł, bo nie ma mu nic do powiedzenia. A już na pewno nie chce mu powiedzieć o nowej baśni, którą napisał jej ojciec. Baśni o wili, która chciała ocalić swe wile siostry, podstępem przemienione w łabędzie. Był tylko jeden sposób, żeby zdjąć klątwę. Wila musiała upleść wianek z pokrzyw zebranych w pełnię księżyca, a potem włożyć ów wianek na czoło czarnoksiężnika, który odebrał jej siostrom wolność. Siedziała więc pośrodku jeziora, pochłonięta pracą. Siedziała, i plotła wianki, a gdy plotła, śpiewała. Śpiewała psalm żałobny, który miał zwiastować czarnoksiężnikowi śmierć. Śpiewała tak pięknie, że stojący na brzegu jeziora czarnoksiężnik, który usłyszał jej głos, zakochał się w wili do szaleństwa. Nie mogąc znieść dłuższej rozłąki, przemienił się w czarnego łabędzia, żeby dołączyć do swej ukochanej. Ta, widząc to, zapłakała boleśnie, rozumiejąc, że nie wróci już wilej postaci swym siostrom. Sama przywdziała więc wianek z pokrzyw, pogrążona w rozpaczy, i umarła, a głos jej przejął czarny łabędź, który na wieki miał już śpiewać jej żałobną pieśń.

Lorraine nie podobało się to zakończenie. To znaczy, podobało jej się bardzo, bo było bardzo smutne i poetyckie, ale chciała napisać własne. Chciała napisać zakończenie, w którym wila żyje. Wiedziała przecież, w którym miejscu należało dokonać narracyjnej alteracji. Wilę zgubił jej głos, Lorraine nie mogła więc odezwać się choćby słowem... Choć było to trudniejszym, aniżeli się tego mogła spodziewać.

"Przecież mówiłam, że nie mogę mówić!", warknęła w końcu, poderwawszy się na nogi, gdy krzywy wianek z pokrzyw rozpadł się nagle w jej rękach. Chciała zabrzmieć stanowczo, ale wyszło żałośnie i piskliwie. A Cain uśmiechnął się do niej tym okropnym, pobłażliwym uśmieszkiem, o którym sądził, że czyni go przystojnym... A czynił go zwyczajnie głupim. Ale i tak nie mógł się równać w tym polu z Lorraine. Nie, zrozumiała, to ona była głupia. Głupia Lorraine z głupim wiankiem i swoimi głupimi bajkami o łabędziach. Wokół nie było żadnego łabędzia, był tylko głupi balet głupiego Czajkowskiego, którego nie przećwiczyła, chociaż Miranda kazała jej ćwiczyć na tej głupiej planszy udającej pianino, dopóki nie opanuje melodii na sucho. A nie opanowała jej, bo była głupia, i nie opanuje jej, bo poparzyła sobie głupimi pokrzywami głupie palce. Głupia, głupia, głupia!

Przypomniała sobie o tym wszystkim, gdy objąwszy rękami ramiona czekała, aż Cain otworzy jej wreszcie drzwi. Zniekształcone przez legilimencję wspomnienia zawsze powracały do niej w tych dziwnych momentach zawieszenia i niepewności. Czasem nie była pewna, co wydarzyło się naprawdę, a co było wymyślonym. Zbyt głęboko w jej głowę sięgnęła swą magią macocha. Lorraine nie pamiętała ciągu dalszego. Ale przecież musiał być ciąg dalszy, skoro stała przed tymi właśnie drzwiami. 

Nie pamiętała, co stało się z odparzonymi przez pokrzywę palcami, ale pamiętała, że nie umiała zbyt długo udawać obrażonej. Nigdy nie umiała długo się nie odzywać z Cainem... Wtedy jeszcze tylko Cainem, bo o istnieniu Abla dowiedziała się potem.

Nie, nigdy dotąd nie odzywała się do niego tak długo. Do nich, poprawiła się pedantycznie. Nie odzywała się do nich od czasu śmierci Mirandy. Nie odzywała się od lipca... Chociaż prawda była taka, że od pogrzebu macochy Lorraine nie odzywała się niemal do nikogo spoza rodziny. Zadrżała, gdy wreszcie otworzyły się przed nią drzwi. Weszła do środka wraz z listopadowym chłodem.


Yes, I am a master
Little love caster
the horror and the wild
But the half part sees what the other half's got
Sometimes I feel like I'd rather just rot
wiek
28
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
medium za dychę i niegrzeczny sklepikarz
Wysoki, bo mierzący 185 cm wzrostu, smukły, o długiej twarzy zwykle przekornie uśmiechniętej — Cain w wielu aspektach przypomina gentlemana, w pozostałych sępa. Wszystko w nim jest zawsze trochę niedbale, trochę niedokończone, jego koszule są zawsze niedopięte, a antracytowe włosy nosi palcami sczesane z czoła. Łatwo odnaleźć w tłumie ślady jego obecności — cierpki zapach papierosów, kadzideł i mocnych, piżmowych perfum oraz przedziwny chłód, zupełnie jakby minął cię właśnie duch. Gdy mówi, jego niski głos brzmi uprzejmie, choć przebrzmiewa w nim nuta protekcjonalizmu, a nieco bezczelne spojrzenie ciemnobrązowych oczu zdaje się tkwić w tobie jak sztylet.

Cain Fawley
#2
25.01.2026, 21:15  ✶  
Matka co rano zaczesywała mu włosy za uszy, więc w wieku dwunastu lat wyglądał już jak jego ojciec. Miał te same ciemne oczy, skupione i czujne jak u drapieżnego zwierzęcia i taką samą podłużną twarz o ptasich rysach, pobladłą na policzkach w równie senny sposób, co ojcowski portret nad schodami. Nie potrafił bronić się przed własnym nazwiskiem, przed zimnym kamieniem rodzinnego mauzoleum i przed twarzą Melwasa przyszytą do jego twarzy zbyt ciasnym ściegiem; nie potrafił uciec od tego ziemistego smrodu śmierci i od wyobrażeń własnej babki o wielkości. Myślał chyba, że dorastanie uczyni z niego mężczyznę, zaczęło tymczasem ponad wszystko czynić z niego Fawleya, a ci zawsze mieli chłodne twarze i kościste dłonie, oczy obrysowane purpurowym cieniem zmęczenia i głosy pozbawione ciepła. Wraz z wyjazdem do Hogwartu musiał więc stać się inny — on lub Abel, a może oni obydwaj, może ta wąska przestrzeń, która ich ze sobą łączyła. Wtedy, tamtego popołudnia, stojąc nad drobną postacią Lorraine zmiana ta wydawała mu się różnie oczywista, co głupia i bezużyteczna.
Umrzesz tak czy siak, mówił jej wtedy, choć wiedział, że nie zrozumie, bo Lorrie nigdy chyba w pełni nie uwierzyła w śmierć.
Stał nad nią jak duch. Kołnierz koszuli wystawał niedbale spod granatowego swetra, pojedynczy kosmyk ciemnych włosów opadał mu na czoło, zabawnie zakręcony jak to miały w zwyczaju dziecięce włosy. Jego przyjaciółka siedziała na ziemi, a trawa wokół niej miała barwę zgaszonej szałwii — wszystko w tym miasteczku było lekko zamglone, jak gdyby niezmiennie ukryte przed światem. To był ich dom — gdzieś między gmachami rodzinnych posiadłości a ciemnym lasem wisielców, którego Cain od lat już się nie bał, choć nadal opowiadał Lorraine te same okrutne opowieści o zwisających pod niebem butach, którymi karmili go jego starsi bracia. Niestety, nawet wtedy, nawet w swojej dziecięcej miłości, nie potrafił przyznać się do jakiejkolwiek tęsknoty.
Głupia mruknął, choć głos miał łagodny i rozbawiony. Marszczył nos przyglądając się jak dziewczęce dłonie plotą wianek z pokrzyw. Łodyga za łodygą, raz dwa raz dwa. Drobne palce poczerwieniały w miejscach, w których skóry dotknęły parzące liście. Przecież niedługo też wyjedziesz .
Nie chciała go słuchać, wianek rozpadł się nieopodal nagrobka. Wtedy wydawało mu się, że jest naiwna podczas gdy on stawał się czymś więcej, czymś ponad infantylną przyjaźń. Zapamiętał jednak jej złość. Zdawało mu się, że została z nim jak blizna lub wykrzywiony mostek złamanego nosa. Gdy kilka lat później siedziała naprzeciw niego podczas szkolnej kolacji, bał się, że już nigdy nie będzie chciała na niego spojrzeć.

Zapomniał o tym, że ją kochał, choć przecież miłość tkwiła mu w gardle jak pestka.


Myślał o tym, gdy otwierał jej drzwi. Wiedział, że to ona nawet zanim dostrzegł w pełni jej twarz. Może powietrze wokół jej głowy pachniało inaczej, może pykanie brzmiało inaczej, gdy wydobywało się spod jej palców. Nie potrafił przyznawać się do tego, że tęskni, a jednak jego twarz mimowolnie złagodniała jakby odgięła się lekko pod naporem tej jego tęsknoty.

— Lorraine.

Jej imię zabrzmiało dziwnie sucho, dziwnie surowo. Niemal jak oskarżenie.

Gdzie byłaś?

Pestka zaczęła rosnąć. Przez chwilę był pewien, że się dusi. Musiał rozpiąć kilka guzików koszuli i odwrócić wzrok, jakby w poszukiwaniu jakiegoś punktu za jej głową, którego mógłby się uczepić.

Pozwolił jej wejść do środka, prosto w ciepły półmrok jego mieszkania. W milczeniu przyglądał się jej krokom, temu jak z sekundy na sekundę zatapia się głębiej w jego światm ten świat którego tak długo nie chciała być częścią. W pokoju pachniało kadzidłem i wspomnieniem zgaszonego niedawno papierosa.

— Stęskniłaś się? — odezwał się w końcu, chwytając leżący na stole, do połowy wypity kieliszek wina. — Czy to wizyta czysto biznesowa?

Zrobiło mu się słabo, choć wciąż unosił prawy kącik ust w okropnym, pobłażliwym uśmiechu, o którym sądził, iż czyni go przystojnym, a czynił go zwyczajnie głupim. Ona nie zdążyła zmienić się od czasu, kiedy widział ją po raz ostatni. Nadal przypominała zjawę, nadal pachniała pokrzywą.

— Dziwne, mógłbym przysiąc, że tydzień temu widziałem twojego ducha gdzieś w okolicy kanałów. Zdążyłem nawet przyzwyczaić się do tej myśli.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
31.01.2026, 16:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 17:53 przez Lorraine Malfoy.)  
Nie, Lorraine nie chciała być nigdy częścią tego świata. Ojciec zabierał ją na Nokturn, gdy była dzieckiem, znała więc dobrze jego zadymione puby i brudne uliczki. Nawykła do smrodu unoszącego się nad kanałami. Nie do tego się urodziła, myślała Lorraine, a jednak od piątej klasy pomieszkiwała po cichu na Nokturnie, gdzie i Cain zapuścił korzenie. Oboje wprawieni byli w sztuce przetrwania jak chwasty porastające mogilnik. Podczas gdy on rozplenił się we wszystkich kątach Desdemony niczym mech na złączeniach grobowych płyt, ona oplotła się niby bluszcz wokół serca Degenhardta. To, co miało być tymczasowym, nabrało cech trwałości. Ostatnie miesiące Lorraine spędziła jednak z dala od Nokturnu. Z dala od Podziemnych Ścieżek. Kiedy się ostatnio widziała z Cainem? W czerwcu, i to przelotem tylko. Od czerwca żyła przecież tylko przelotem, pożyczonym na procent czasem, chwilami wyrwanymi z kontekstu. Musiała zadbać o matkę, którą postępująca przez lata choroba czyniła coraz bardziej zależną od opieki ludzi wokół. Pamiętała czasy, kiedy duszność i bóle w klatce piersiowej łapały Mirandę dopiero po wysiłku. Z czasem nawet w spoczynku nie mogła złapać oddechu. Brzęknące nogi utrudniały chodzenie, a codzienne czynności nagle stały się niemożliwymi. Zarzuciła wizyty u magomedyków, bo ci nie mogli przecież nic poradzić na włochatość serca, a na droższą kurację nie było ich stać. A Miranda nie chciała pomocy rodziny. Nie chciała niczyjej pomocy. "Mam swoją dumę", powtarzała, "mam swoją godność". Nawet dumę straciła, gdy zrozumiała, że zwykłe utrzymanie rąk w górze, żeby się uczesać, jest dla niej zbyt wielkim wysiłkiem. Lorraine delikatnie rozczesywała więc w milczeniu długie włosy macochy, której ramiona na początku drżały niekontrolowanie, jak gdyby płakała. Ale Miranda nie mogła płakać. Nie, ona pogrążała się na zmianę w apatii i pełnym rozżalenia gniewie. Raz, gdy Lorraine pomagała jej wstać z łóżka, przytrzymała ogarniętą nagłym atakiem szału Mirandę tak silnie, że zostawiła przypadkiem siniaki na jej ramieniu. 

Przeraziło ją to.

Przypomniało jej to dzieciństwo. Tylko teraz to ona zostawiała na ciele matki siniaki, nie na odwrót. Ona ją ubierała, ona gotowała, ona zajmowała się domem i ogrodem. Ona grała wieczorami na starej, zaklętej planszy imitującej pianino. Tylko że ona nie potrzebowała legilimencji, żeby poznać matczyne myśli. Nie, Lorraine wyprzedzała potrzeby Mirandy, dbając o nią tak, jak matka dba o dziecko. Słuchała, jak na nią wrzeszczy, próbując nie udusić się własnym oddechem. Pomagała wychodzić z laską na dwór. Uspokajała ją, gdy Miranda wpadała w panikę, że nie jest w stanie użyć magii. Serce łamało się w piersi Lorraine, gdy niewielkim wysiłkiem woli zdolna była powstrzymać matkę przed włamywaniem się do wnętrza jej głowy, ale nie przestawała przy tym wszystkim przemawiać do niej łagodnie, wyjaśniając, że jest zbyt osłabioną, aby użyć mocy. Pod koniec życia Miranda była tak uzależnioną od legilimencji, że przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe intencje. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak spocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w szaleństwie. Lorraine trzymała ją za rękę, gdy odchodziła, klęcząc obok łóżka tak, aby matka mogła głaskać ją po głowie, gdy odmawiała za nią modlitwy. Wiedziała, że bardziej niż modlitwa pomoże Mirandzie złudzenie, że wciąż może namacalnie dotknąć myśli córki.
Zanim umarła, zdążyła jeszcze ostatni raz szarpnąć Lorraine za włosy.

Był wtedy lipiec. Od lipca Lorraine nie rozmawiała niemal z nikim spoza rodziny. Zerwała wszystkie kontakty. Zamknęła się w sobie. W zaciszu Malfoy Manor mogła czuć się bezpieczna. Trwając w zamknięciu znajomych ścian, upierała się przy swej samotności, rozkoszowała po cichu smutkiem. Być może było coś perwersyjnego w przedłużaniu żałoby. W ciągłym przeżywaniu bólu na nowo, w pełni świadomie. Jak gdyby wciąż naciskać palcem na nabity siniak, nie pozwalając, aby się wygoił. Ale przecież Lorraine zawsze taka była. Rozdrapywała do krwi strupy, których nabawiła się, gdy próbowała wspinać się po drzewach w Lesie Wisielców. Zdzierała skórki przy paznokciach, gdy palce znudzone były obracaniem w kółko rodowego pierścionka noszonego zawsze na ręku. Pod okiem ojca pisała zmyślone historyjki o ludziach, których imiona pożyczała z cmentarnych nagrobków. W chwilach zamyślenia nuciła pod nosem marsze pogrzebowe, których uczyła się wygrywać na pianinie pod okiem matki.

A teraz została sama.

– Głos łatwiej niesie się nad wodą – odpowiedziała łagodnie Lorraine, pociągnąwszy dalej wizję, którą sam jej przedstawił. Nie zamierzała sprzeciwiać się nurtowi rozmowy. Popłynęła, poddając się naturalnym prądom kanałów, w których utonęło tak wielu. – Wystarczy posłuchać...
Nad wodą unosiłby się śpiew. "A gdy cię zapomni to, co ziemskie, do niewzruszonej ziemi powiedz: płynę. Do bystrej wody powiedz: jestem." Zamiast śpiewu było jednak milczenie. Lorraine przeszła przez pokój z cichym szelestem sukien, wyjątkowo spowita w czerń, nie w biel. Wsparła się o krawędź stołu, z którego Cain zgarnął przed chwilą kieliszek z winem, przysiadła na blacie, odwróciwszy się tak, aby być zwróconą twarzą do przyjaciela.
– Gdybyś posłuchał, wiedziałbyś, że to nie jestem ja. Bo ja bym nie wróciła. – Lorraine przechyliła w zamyśleniu głowę, nie przestając przypatrywać się przy tym Cainowi. – A ty? – Trudno było wyczuć, o co pyta. Pozwoliła bowiem wybrzmieć tym słowom w oderwaniu. Niechby poniosły się tak, jak pieśń niesie się ponad wodą. – Czy jakbyś przywołał mojego ducha, to znaczyłoby, że tęsknisz? Czy byłaby to zwyczajna niedziela?

Odwzajemniła lekko jego uśmiech. Nie było pretensji w jej głosie, tylko zmęczenie. Lorraine była zmęczona. Ręka złożona na jej podołku drgnęła, jak gdyby chciała się wyciągnąć w stronę Caina. Dotknąć lewego kącika wykrzywionych w charakterystycznej manierze ust, sprawić, aby dołączył do swego bliźniaka w uśmiechu. Ostatecznie tylko poruszyła delikatnie palcami, jak gdyby wygrywała szybki kaprys na klawiszach pianina. Jej ręce zawsze były przecież w ruchu, przypominawszy z pozoru tylko spokojną powierzchnię jeziora. Najmniejsza dysturbancja burzyła ten spokój, rozchodząc się subtelnym poruszeniem wzdłuż lustrzanej tafli. Przynajmniej wciąż potrafiła sprawić, że się uśmiechał, pomyślała, nie spuszczając wzroku z Fawleya.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cain Fawley (663), Lorraine Malfoy (1760)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa