24.12.2025, 15:10 ✶
Iskra.
Jedna, druga. Jej oczy lśniły jak dwa ogniki, a on cieszył się, że trafił. I chociaż jej propozycja była słodsza niż krew pietnastoletniej dziewicy, Gabriel po chwili wahania pokręcił głową.
– Lepiej, jeśli zostanę z pozostałymi i posłucham tego, czego będą bać się powiedzieć Tobie. Dobry glina i zły glina pamietasz? Dzisiaj ja mogę być tym dobrym. – Kolory (przysłowiowe, bo fizjologiczne były w tych okolicznościach niemożliwe do osiągnięcia) mu wracały, podobnie jak werwa, a chwila rozmglenia się zdawała się przeminąć.
Wampir podniosl sie, butem przysypal dziurę w ziemi. Tym razem kora nie odsunęła się, zdecydowanie więc była to właściwość tiary. I nawet był ciekaw czy to dla tych antystatycznych run ktoś połasił się na rodzinną pamiątkę, ale zakładał, że tak na prawdę była w tym zawiść a nie chęć zysku. Mógł oczywiście się mylić. Możliwe że nikt nie potrzebował zastawiać rodowej pamiątki dla spłacenia długów hazardowych.
Pytanie początkowo zostało przez niego zignorowane. Nie uważał się za osobę cierpliwą, ani do roślin ani do nikogo. Zgodnie z angielskim porzekadłem miał zielone palce, czy też zielonego kciuka, ale prawda była taka, że zawsze ciągnęło go do flory. Była mniej kłopotliwa w hodowli niż ludzie, a z czasem jego miłość nabrała mniej pragmatycznego wymiaru. I jego ogród… budynek został zburzony, mienie rozkradzione ale róże.
One czekały.
– Nie wiem. – odpowiedział w końcu – Cenię w roślinach to że są pełne sprzeczności. Kruche, a jednocześnie szalenie wytrzymałe. Proste, ale przy zbliżeniu wzroku pokryte skomplikowanym unikatowym wzorem. Ciche, nie ma jednak lepszej melodii od szumu przekładanych liści – przekładanych stron. – Są piękne. Tak jak Ty.
Słowa opadły, a ostatnie zdanie osiadło na rzęsach odsłaniających błękitne zbyt stare oczy, patrzące na nią i przez nią.
Był zdziczały. Poraniony. Głodny znów, tak bardzo głodny, nie krwi jednak, a dotyku, miękkiej dłoni zatopionej we włosach, gładzącej kark cichym szeptem, słowami których znaczeń nie musiał rozumieć.
Prośba o to, o czułość, o bliskość, o intymność dalece wykraczającą poza ich obecny układ zdawała się jednak tak obrzydliwie nie na miejscu. Zdało mu się, że łatwiej byłoby prosić i uzasadnić seks aniżeli odsłanianie się na tego typu wrażliwość. Widziała go w dużo gorszym stanie, była jednak wtedy obserwatorem, nie stroną.
A gdyby tak…
– Panno Rosewood z calym szacunkiem – doniosły glos pani domu wyrwał go z zamyślenia, i może dobrze bo zdał sobie sprawę że już nie patrzy na twarz pani detektyw tylko na czerwienią różanych płatków pociągnięte usta. – płacę Pani za działanie a nie flirtowanie w ogrodzie! Tiara mojej prapraprababki sama się nie znajdzie! – grzmiała jejmościni nieświadoma wdzięczności którą winna okazać wamporzycy nakazującej swojemu francuskiemu gościowi być grzecznym. Gabriel warknął więc tylko coś niezroozumiale i wrócił do domu, udając, że wcale nie powiedział tego co powiedział.
Jedna, druga. Jej oczy lśniły jak dwa ogniki, a on cieszył się, że trafił. I chociaż jej propozycja była słodsza niż krew pietnastoletniej dziewicy, Gabriel po chwili wahania pokręcił głową.
– Lepiej, jeśli zostanę z pozostałymi i posłucham tego, czego będą bać się powiedzieć Tobie. Dobry glina i zły glina pamietasz? Dzisiaj ja mogę być tym dobrym. – Kolory (przysłowiowe, bo fizjologiczne były w tych okolicznościach niemożliwe do osiągnięcia) mu wracały, podobnie jak werwa, a chwila rozmglenia się zdawała się przeminąć.
Wampir podniosl sie, butem przysypal dziurę w ziemi. Tym razem kora nie odsunęła się, zdecydowanie więc była to właściwość tiary. I nawet był ciekaw czy to dla tych antystatycznych run ktoś połasił się na rodzinną pamiątkę, ale zakładał, że tak na prawdę była w tym zawiść a nie chęć zysku. Mógł oczywiście się mylić. Możliwe że nikt nie potrzebował zastawiać rodowej pamiątki dla spłacenia długów hazardowych.
Pytanie początkowo zostało przez niego zignorowane. Nie uważał się za osobę cierpliwą, ani do roślin ani do nikogo. Zgodnie z angielskim porzekadłem miał zielone palce, czy też zielonego kciuka, ale prawda była taka, że zawsze ciągnęło go do flory. Była mniej kłopotliwa w hodowli niż ludzie, a z czasem jego miłość nabrała mniej pragmatycznego wymiaru. I jego ogród… budynek został zburzony, mienie rozkradzione ale róże.
One czekały.
– Nie wiem. – odpowiedział w końcu – Cenię w roślinach to że są pełne sprzeczności. Kruche, a jednocześnie szalenie wytrzymałe. Proste, ale przy zbliżeniu wzroku pokryte skomplikowanym unikatowym wzorem. Ciche, nie ma jednak lepszej melodii od szumu przekładanych liści – przekładanych stron. – Są piękne. Tak jak Ty.
Słowa opadły, a ostatnie zdanie osiadło na rzęsach odsłaniających błękitne zbyt stare oczy, patrzące na nią i przez nią.
Był zdziczały. Poraniony. Głodny znów, tak bardzo głodny, nie krwi jednak, a dotyku, miękkiej dłoni zatopionej we włosach, gładzącej kark cichym szeptem, słowami których znaczeń nie musiał rozumieć.
Prośba o to, o czułość, o bliskość, o intymność dalece wykraczającą poza ich obecny układ zdawała się jednak tak obrzydliwie nie na miejscu. Zdało mu się, że łatwiej byłoby prosić i uzasadnić seks aniżeli odsłanianie się na tego typu wrażliwość. Widziała go w dużo gorszym stanie, była jednak wtedy obserwatorem, nie stroną.
A gdyby tak…
– Panno Rosewood z calym szacunkiem – doniosły glos pani domu wyrwał go z zamyślenia, i może dobrze bo zdał sobie sprawę że już nie patrzy na twarz pani detektyw tylko na czerwienią różanych płatków pociągnięte usta. – płacę Pani za działanie a nie flirtowanie w ogrodzie! Tiara mojej prapraprababki sama się nie znajdzie! – grzmiała jejmościni nieświadoma wdzięczności którą winna okazać wamporzycy nakazującej swojemu francuskiemu gościowi być grzecznym. Gabriel warknął więc tylko coś niezroozumiale i wrócił do domu, udając, że wcale nie powiedział tego co powiedział.