• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic Ministerstwo Magii v
1 2 3 Dalej »
[01.09.1972] Trutka na szczury

[01.09.1972] Trutka na szczury
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#1
03.01.2026, 22:24  ✶  
Sala Miłości była jedną wielką niewiadomą nawet pośród większości Niewymownych. Ta, chyba najnudniejszą dopowiadali sobie ci co bardziej sfrustrowani, gdy ciężkie drzwi zatrzaskiwały się im przed nosem.
Zapewne ucieszyłby ich zatem fakt, że Sala była wręcz… rozczarowująca dla osób, które nie wiedziały o skarbie ukrytym w fontannie. Drewniane długie stoły zastawione probówkami i sprzętem do badań ciągnęły się w równych rzędach, jakby ktoś próbował narzucić miłości sztywny, wręcz arytmetyczny rygor. W całym pomieszczeniu unosił się zapach kurzu, pergaminu i czegoś trudniejszego do uchwycenia - słodkawy, ledwie wyczuwalny aromat, który zmieniał się w zależności od tego kto przekraczał próg sali. Dla jednych był to zapach starych książek i atramentu, niektórzy czuli tu świeżo skoszoną trawę, pastę do zębów czy czekoladę.
Fontanna, stojąca na środku pomieszczenia była sercem tej części Departamentu Tajemnic. Kamienny cokół nosi ślady setek badań- drobnę pęknięcia w marmurowych stopniach, przetarcia na miedzianej barierce oddzielającej ich od leniwie poruszającej się cieczy. W środku nie było przecież wody. Eliksir mienił się odcieniami różu i złota, a jego powierzchnia nigdy nie pozostawała w bezruchu. Wirowała, unosiła się i opadała, a buzujące bąbelki pękały zamieniając się w parę o kształcie serc.

Jej stół znajdował się w dalszej części pomieszczenia, częściowo osłonięty regałami z fiolkami i księgami alchemicznymi. Był to świadomy wybór Dolores, która od razu po przyjściu do Departamentu usunęła stamtąd wieloletniego pracownika. Stary Jones pożegnał się z pracą niecały tydzień po przybyciu nowej Niewymownej. Dziwna sprawa. Ale przecież w tym miejscu każdy w końcu oszaleje, prawda? Stół różnił się od pozostałych. Idealny porządek, każda probówka opatrzona idealnym opisem, fiolki ustawione w zależności od stopnia destylacji.Dokumenty, raporty, notatki opatrzone gęstymi dopiskami na marginesach. Każdy skrawek papieru miał swoje miejsce - ona jedna wiedziała jakie. Ściana za jej plecami była niemal kompletnie zakryta była starą tablicą. Kredowe wzory i obliczenia nakładały się na siebie, tworząc mapę myśli kogoś, kto nadal nie znalazł odpowiedzi. Do tego czarownica powiesiła tam dwa porcelanowe, ozdobne talerzyki z baraszkującymi kotami. Każdy był inny - wszystkie w nieznośnych odcieniach pasteli.
Dzisiaj jednak blatu zdjęto wszystkie niepotrzebne rzeczy. Wszystko zaizolowano ligniną i folią. Na stole pozostała aparatura pomiarowa,fiolka z perłowym eliksirem, parę strzykawek i… klatka z dwoma szczurami.
Dolores podniosła jedno ze zwierzątek, co by przyjrzeć mu się nieco lepiej. Jaki był szczur - każdy wiedział. Samczyk. Ale temu już wytatuowano numer na wewnętrznej części bladoróżowego uszka. Gdyby tylko ludzi można było tak oznaczyć. Jak szczury. Jak odpady. Przesunęła palcami po delikatnym karku obiektu badawczego numer 9-12, małych kosteczkach kręgosłupa, które wystarczyło mocniej docisnąć, by pękały jak zapałki.

- Idealnie na czas, Alexandrze Mulciber.
Usłyszała szczęk klamki i zgrzyt zawiasów. Tu każdy słuchał. Byli uczuleni na dźwięki; na zapachy. Tu miłość kleiła się do ubrań, truła ich, doprowadzała do szaleństwa. Rzeczywistość a mary senne mieszały się ze sobą każdego dnia. Marzenia i prawda. Niewymowni nie musieli podnosić głowy, by wiedzieć czyje kroki odbijają się od kamiennej posadzki.
Musiała być dwunasta trzydzieści. Gdyby przyszedł minutę wcześniej - nie dopuściłaby go do stołu. Minutę później - zamknęłaby salę. Każda sekunda miała znaczenie.
Nie odwróciła się do swojego gościa. Nie spuszczała wzroku ze szczurka, którego jasne futerko kontrastowało z czarnymi rękawiczkami, noszonymi zwykle przez magimedyków.
- Szczury laboratoryjne są tak szalenie niedoceniane.- Mówiła spokojnie, powoli. Miała paskudny zwyczaj cedzenia każdego słowa, jakby każdy z jej rozmówców był głupcem. Większość zresztą była, nie marnowała więc czasu żeby oddzielić ziarno od plew.- Większość traktuje je jak jednorazowe naczynia.
Musiała zacisnąć palce na tyle mocno, by szczurek poczuł ból, bo pisnął; bezskutecznie próbował się wyszarpać, nie śmiąc ugryźć ręki, która je trzymała.
- A one pamiętają. Pamiętają aż do samego końca.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#2
05.01.2026, 00:44  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2026, 17:59 przez Alexander Mulciber.)  
Stare porzekadło głosiło, że jasnowidz nigdy się nie spóźnia, nigdy nie jest też zbyt wcześnie. Jasnowidz wie, że należy stawić się dokładnie na czas. Alexander był zatem dokładnie na czas. Spowity w czerń Niewymowny obrzucił uważnym spojrzeniem stanowisko pracy Dolores. Przyglądał się jej w milczeniu, a jednak z tą charakterystyczną, niepokojącą intensywnością. Mrugał tak rzadko, że niemal w ogóle.

Nie lubił Sali Miłości. Nie lubił słodkawego zapachu, który czuł już od drzwi, nie lubił wypełnionej amortencją fontanny, ani unoszącego się nad nią oparu, klejącego się do ubrań. A jednak lubił być pobliżu. Dokładnie w taki sam sposób, w jaki lubił przechodzić obok herbaciarni Changów, gdy już pojawiał się na Nokturnie. Woń palonego opium wypełniała jego nozdrza, dominując wszystkie inne zapachy. Kusząc obietnicą zapomnienia, spokojem, jaki osiągał tylko dzięki heroinie wpuszczanej w żyłę. Uzależnienie nie dało o sobie zapomnieć, tlące się w Alexandrze pożądaniem niczym dogasające kadzidło. A jednak miał lepsze rzeczy do roboty aniżeli wspominanie utraconych miłości.

– Większość – powtórzył powoli, obracając słowo na języku dokładnie w taki sam sposób, w jaki robiła to Dolores. Z wyczuwalną wzgardą wobec tej nienazwanej masy determinującej zasady, na jakich opierał się ich świat. Nie, nie interesowała go nigdy "większość". Zdanie "większości" nie opierało się na dowodach naukowych, lecz na powielanych przez lata uprzedzeniach, których nie było komu obalić, bo nikt nie miał odwagi kwestionować ustalonego porządku. Potrzeba było siły i samozaparcia, aby przeciwstawić się woli "większości". Tyle że to właśnie "większość", z pozoru tak silna, poddała czarodziejów pod władanie mugoli. "Większość" zdecydowała, że powinni im wybaczyć palenie na stosach. Ukrywać się przez wzrokiem mugoli jak służebne skrzaty przed okiem panów, chociaż to oni byli panami tego świata. "Większość" była ociężała od podobnych kompromisów. Bo jeżeli czarodzieje byli władcami magii, która nawet teraz przebiegała pod drżącymi opuszkami palców Alexandra... Jak wytłumaczyć ponad trzysta lat, kiedy ukrywali się przed istotami ewolucyjnie niższymi? Czy poddanie się mugolskiej hegemonii nie było zatem z ich strony wyborem? Czy nie było nim niewolnictwo wobec powszechnie akceptowanego społecznie kodeksu tajności?
Wiedział, że sam nie jest wolny od tej choroby, od stadnej zależności, którą nie kierowały wskazania rozumu, lecz coś na kształt zwierzęcego instynktu, posiadanego przez szczury Dolores. Pragnienie przynależności było w nim równie silne jak potrzeba wywyższenia się ponad tłum. Alexander chciał być wyjątkiem, ale nie wyrzutkiem. Chciał stać ponad "większością" ale jednocześnie być przez nią uznanym. Potrzebował jej spojrzenia, milczącej akceptacji, jej przyzwolenia. Potrzebował, aby "większość" widziała w nim jednego ze swoich.

A jednak pozwolił, aby ta subtelna nuta wzgardy spłynęła z jego języka, gdy cedził to słowo. "Większość".

Pozwolił Dolores myśleć, że również się do tej większości nie zalicza. Trudno powiedzieć, dlaczego. Może dlatego, że była naukowcem. Zrobiła coś, co go zainteresowało. Nie znał się może na eliksirowarstwie, ale zawsze umiał zadawać właściwe pytania. Obserwować zależności. Recenzując prace swoich współpracowników, znajdował czasem dziury w metodologii, a czasem podłapywał interesujące go analizy, chcąc dowiedzieć się więcej. Zainteresowały go prace Umbridge. Dziewucha może i była potworną dziwaczką, począwszy od różowej papeterii, a na żałosnym usposobieniu skończywszy, ale na swój sposób nawet ją lubił. Może się przydać, mówił sobie. Na razie nie wiedział jeszcze, do czego konkretnie. Może tylko do wysycenia jego ciekawości. A może...

– Zastanawiałem się akurat, czy zechcesz pochylić się nad efektami długoterminowej ekspozycji na amortencję. Podobało mi się, jak skupiłaś się na kompleksowości struktur społecznych szczurów zamiast ograniczać się do starannie wyselekcjonowanej grupy. A gdyby jeszcze obserwować przemiany na przestrzeni kolejnych pokoleń... – Dyskutowali już o tym. Przełomem byłoby środowisko mniej sterylne, gdzie swobodne interakcje zwierząt obserwowane byłyby w perspektywie bardziej długoterminowej. Samice szczurów narażone na stres odchowania młodych. Samce walczące o dominację i dostęp do pożywienia... Krąg życia odtworzony w warunkach laboratoryjnych. Wszystkie wzloty i upadki szczurzych cywilizacji zmierzone i opisane za pomocą narzędzi statystycznych. Czymże ludzie różnili się od szczurów? Też żyli w misternej sieci zależności i zmiennych opisywanej wciąż na nowo. Przetrwanie zapewniali sobie najsilniejsi. Wszystko było kwestią rachunku prawdopodobieństwa. Tylko słabi wierzą, że wszyscy powinni mieć te same szanse, pomyślał Alexander. Niewiele było w świecie wartości stałych. Dla szczurów stałą była jednak amortencja. Podawana wraz z pokarmem, domięśniowo, dożylnie, w postaci inhalacji, przezskórnych wszczepów, i na wszystkie inne sposoby, na jakie wpadli Niewymowni pracujący w Sali Miłości.
– Pamiętają do końca, ale szybko przychodzi ten koniec – zauważył beznamiętnie Alexander, przyglądając się, jak Dolores zaciska palce wokół niewielkiego ciałka zwierzęcia. Szczur zapiszczał z bólu, a jednak jej nie ugryzł. Nie odważył się użyć swych zębów. Może dlatego sugestia w słowach Niewymownej była tak niebezpieczna. "Pamiętają. Pamiętają aż do samego końca." W słowach Alexandra również czaiła się jednak sugestia. – Oby te przetrwały dłużej. – Zbliżył się, zachowując jednak stosowną odległość od stołu. – Czy dostarczyli ci tym razem bardziej odporne osobniki?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#3
07.02.2026, 12:17  ✶  
Dolores nie przejmowała się starymi porzekadłami. Nie przejmowała się też przesadnie tymi nowymi. Liczyło się dla niej tylko to, żeby jasnowidz był na określoną godzinę, w określonym miejscu.
Nie było jej też specjalnie potrzebne konkretnie jego towarzystwo. Zdałby się każdy inny, ale Mulciber miał czystą krew i nie pierdolił zbyt wiele. To była dobra cecha - nie odzywać się, gdy jest się niepytanym. A ona nie lubiła rozmawiać. Nie lubiła small talku, nienawidziła wręcz dowiadywać się od kolejnych osób jaką to pogodę mają na górze i być pytaną o politykę. Każda rozmowa, która nie dotyczyła badań była w jej opinii rozmową zbędną. Marnowaniem powietrza w płucach i zniszczeniem struktur strun głosowych. W życiu Dolores nie było miejsca na zbędną kurtuazję.
Mulciber powtarzał za nią. Układał słowa, dobierał odpowiedni ton co by czuła, że znaleźli wspólny grunt. Nienawiść zawsze łączyła ludzi mocniej od miłości - każdy Niewymowny to wiedział. Co on próbował zdziałać? Czego chciał?
Wreszcie podniosła uważne spojrzenie na Alexandra. Pokaż mi. Pokaż kotku co masz w środku.

Rzut na Percepcję - aurowidzenie
Rzut Z 1d100 - 33
Akcja nieudana

Rzut Z 1d100 - 58
Sukces!


Z początku nic nie widziała.
Obraz mężczyzny rozmywał się przed jej oczami. Barwy pojawiły się powoli, z początku niewyraźne. Ale były. Skrzywiła się. Wyglądał jak jakieś pierdolone słoneczko.
Główne skrzypce grała żółć - ostra, bezczelna. Wgryzała się w krawędzie jego ciała jak choroba. Pulsowała przy skroniach i dłoniach. Tam gdzie myśli przeradzały się w decyzje.Umiłowanie nauki, ponadprzeciętny intelekt? Nienawidziła takich. Takim się zawsze wszystko udawało prawda? Pieski nauczycieli. Zacisnęła zęby. Protagoniści i złote dzieci tego świata. Wśród żółci widziała pomarańcz - emocje, emocje, zbyt dużo emocji. Była też czerwień. Tu się zatrzymała. Jakież namiętności targały tym nieszczęsnym facetem? Instynkt. Instynkt. Jak u szczurów. Instynkt, który można przemienić w agresję i potrzebę przetrwania.
Zmrużyła oczy. Smugi pulsowały szybciej, gdy skupiała na nich swoją uwagę. Reagował. Może nieświadomie, może wiedział co robi i co widzi. To nie miało znaczenia. Zobaczyła co chciała. Aury były najbliższym substytutem duszy.

Nie potrafiła powiedzieć jeszcze na tym etapie czy Mulciber zalicza się do większości. Tak po prawdzie nie miało to żadnego znaczenia. Był naukowcem, był Niewymownym i chociaż jego prace służyły jej jako podpórka pod chwiejący się stolik, to nie mogła nie uszanować faktu, że on jej własne zrecenzował.
Problem z większością był taki, że miała niezaprzeczalną przewagę liczbową. Ale masa była głupim, nieforemnym tworem. Kto kontrolował masę, kontrolował wszystko.
- Czekam na rozpatrzenie wniosku o grant.- Odpowiedziała po prostu na jego rozważania. Za nic by się nie przyznała, że nie ma na tyle pieniędzy, żeby samej z pensji ministerialnej, nawet jeśli tak dla Departamentu Tajemnic była niezgorsza, rozpocząć tak duży projekt. Zwłaszcza że wciąż wysyłała połowę ojcu, żeby stulił pysk i siedział cicho jak mysz pod miotłą w tej swojej wiosce w północnej Szkocji. Wspomnienie dofinansowania państwowego brzmiało poważnie. Brzmiało dokładnie tak, jak chciałaby żeby brzmiało.
Podobało mi się… Cóż za dziwne stwierdzenie. Czy to był komplement? Jej prace nie miały się “podobać”. Nie potrafiła powiedzieć co ją ugryzło w tym zdaniu. To chyba dobrze, że coś się komuś podobało. Ale jej prace nie miały się podobać. Miały wskazywać kierunek. Szczur niewiele się wszakże różnił od człowieka.
Umierały szybciej, fakt. Ale ludzie… Ludzi też można było wykończyć równie szybko. Wystarczyło przecież stworzyć im mniej sterylne środowisko - mugole praktykowali to w pierwszej połowy obecnego wieku. Tworzyli zamknięte enklawy dla osobników jednego rodzaju czy rasy. Gdyby wpuścić odpowiednią dawkę do wody w kranach, naszpikować ich jedzenie… Mogliby dokonać przełomu w nauce. Zapanować nad masą.
Czy dostarczyli ci tym razem bardziej odporne osobniki?
Wiedział? Może przewidział. W końcu z jasnowidzami to cholera wie. Mogli odgrywać przyszłość w głowie jakby to była ich wieczorynka. Ale jeśli przewidział i wciąż do niej przyszedł - musiał być głupcem. A jeśli nie przewidział - to głupcem był podwójnym.
- Ty mi to powiedz.
Głos Dolores uderzył te obrzydliwie słodkie nuty, jakby dziewczyna zjadła wyjątkowo kleistą ciągutkę i pluła miodem. Gdzieś pomiędzy jednym, a drugim słowem odłożyła drżącego szczura z powrotem do klatki i wzięła do ręki strzykawkę napełnioną eliksirem. Zdecydowanie zbyt duża dawka jak na gryzonia.
Nie oderwała wzroku nawet na sekundę od twarzy Alexandra. Nawet przestała mrugać. Ale chociaż głosik miała wkurwiająco wysoki i uroczy, to cała ta radość nie obejmowała jej oczu. Tak ciemnych, że ciężko było stwierdzić, gdzie zaczynają, a gdzie kończą się tęczówki - typowy efekt ciągłego, biernego wchłaniania Amortencji.
- Czy dostanę bardziej odpornego osobnika?
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
08.02.2026, 20:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2026, 21:03 przez Alexander Mulciber.)  
Miłość i nienawiść. Nienawiść i miłość... Tak bardzo lubił wyznaczać granice między pojęciami, a bywało przecież, że nie potrafił rozróżnić jednego od drugiego. To, że nienawiść łączyła ludzi mocniej od miłości, było niezaprzeczalnym. A jednak to miłość, nie nienawiść popychała do rzeczy ostatecznych skuteczniej. Więcej było ludzi gotowych zabić albo zginąć w obronie tych, których kochali, aniżeli morderców, którzy gwałtem i przemocą uskuteczniali doktrynę nienawiści. Więcej aniżeli samobójców. Tych, którzy odbierali sobie życie, nie będąc w stanie unieść ciężaru nienawiści wobec siebie samych. Miłość i nienawiść, myślał, zanurzając się w pachnące heroiną odmęty oparów amortencji, które przypominały mu o jego najlepszych, a jednocześnie najgorszych chwilach, nienawiść i miłość. Chociaż wszyscy niemal znali posmak i jednego, i drugiego – i zdolni byli i do jednego, i do drugiego – większość decydowała jednak, żeby kierować się miłością. Nieważne, kogo albo co tą swoją miłością obdarzali. Czasami byli to inni ludzie. Czasem zwierzęta. Czasem rzeczy materialne... Każdy miał coś, czego nie chciał stracić. Każdy miał coś, co kochał, nawet jeżeli kochał tylko siebie samego. Niektórzy kochali pieniądze, i gotowi byli położyć wszystko, byleby je zdobyć. Inni gonili za statusem, kochając odbicie własnych sukcesów w oczach ludzi wokół... Jeszcze inni kochali po prostu kontrolę. A największą tajemnicą pracowników Departamentu Tajemnic było przecież to, że pracowali tak naprawdę w Departamencie Kontroli. Niby dlaczego Ministerstwo Magii topiło pieniądze zatrudniając tutaj kolejnych badaczy? Niewiele było rzeczy bardziej pociągających od władzy, od możliwości decydowania nie tylko o swoim własnym losie, ale i o losach innych. A każdy, kto zyskiwał władzę, pragnął zyskać też i kontrolę. Nieważne, jaki Minister siedział na stołku, Departament Tajemnic zawsze otrzymywał więc swoje finansowanie. Wszystkich tych polityków przerażała myśl, że mogliby nie sięgnąć po coś pierwszymi. Może i nie szanowali naukowców, ale szanowali to, co mogli stworzyć. Alexander nie musiał być jasnowidzem, żeby wiedzieć, że przy odpowiedniej argumentacji Dolores otrzyma swój grant. Obiecał już, że poleci ją znajomej profesor, która potrafiła zręczniej dobierać słowa przy formułowaniu podobnych wniosków. Dolores Umbridge była jeszcze młoda i niedoświadczona, ale zdawała się rozumieć, że szczury niewiele różnią się od ludzi. Że wyłożone obsydianowymi płytami i szkłem wulkanicznym korytarze Departamentu Tajemnic niewiele różnią się od labiryntu, jaki zbudowała swoim szczurom. Sala Przepowiedni. Sala Badań Sekretów Mózgu. Sala Miłości. Sala Śmierci. Każda z nich coś obiecywała, myślał, przechodząc obok. Kontrolę na przeznaczeniem. Nad wolą i nad ciałem. Nad życiem i śmiercią.

Alexander z twarzą bez wyrazu przypatrywał się Dolores, leniwym rozważaniom poddając, nad którym pożądała kontroli najbardziej. Co by zrobiła, gdyby takową kontrolę włożył w jej dłonie, teraz skryte pod czarnymi rękawiczkami. Nie mieli różowych?, pomyślał złośliwie.

Rzucam na percepcję (4k), na intencje Dolores.
Rzut PO 1d100 - 99
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 48
Sukces!

Ty mała kurwo, przestań rozbierać mnie wzrokiem, pomyślał, jak gdyby od niechcenia, zerkając na tablicę zapisaną równaniami, gdy Dolores przyglądała się jego aurze. Niektóre kojarzył, znaczenia większości mógł się jedynie domyślać. Wiedział jednak, że zarówno nienawiść jak i miłość można ująć statystyką. I za jedną, i za drugą ciągnął się przecież rachunek trupów, które nie należały wyłącznie do szczurów laboratoryjnych. Nienawiść łączyła ludzi szybciej, nienawiść łączyła trwalej, ale miłość, och, miłość... Miłość dokonawała rzeczy niemożliwych. Nienawiść była przecież pospolita. Każdy mógł ją posiąść jak zdesperowaną ulicznicę, gotową rozłożyć nogi za knuta. Miłość była towarem dalece cenniejszym, dalece rzadszym. Miłość była śmiercionośną bronią. Zdecydowanie bardziej śmiercionośną niż nienawiść. Gdyby było na odwrót, nie staliby w Sali Miłości, lecz w Sali Nienawiści. Gdyby było na odwrót, Alexander Mulciber nie stałby tutaj z Dolores Umbridge i nie rozmyślał o tym, czy nie zrekrutować jej w szeregi Śmierciożerców.

Miłość. Wypaczona, odarta z romantycznych ozdobników, wiecznie pulsująca potrzebą. Uczucie tak niskie, nie uczucie nawet, lecz coś bardziej prymitywnego. Instynkt. Tak, instynkt. Tak jak matki kierowane instynktem wyciągały z zagrożenia dzieci, magicznie zyskując niespożyte pokłady siły. Nie potrzebowały nawet różdżek. Mózg jednej takiej czarownicy sekcjonowali niedawno w sali obok. Zginęła w pożarze, z którego zdążyła wyciągnąć jednak małoletnią córkę, gołymi rękoma podnosząc płonące krokwie. Nie znaleźli żadnej anatomicznej anomalii. Ot, wybryk ludzkiej fizjologii. Z miłości ludzie dokonywali głupich rzeczy, tak, ale potrafili też dokonywać rzeczy wielkich.
Miłość... A gdyby tak ją usystematyzować? Rozdzielić na składniki, uszeregować wedle właściwych proporcji. Rozlać w buteleczki opisane etykietami. Zakorkować płynną miłość, zapełnić nią szereg półek, jak zamkniętymi w szklanych kulkach przepowiedniami. Oto destylat upadku i chwały ludzkości. Lekko opalizujący, tak jak roztwór heroiny, pomyślał, głębiej wciskając ręce w kieszenie. Nie chciał, żeby widziała, że drżą. Zacisnął zęby, zdjęty pożądaniem. Oto była jego miłość. Oto była jego nienawiść. Na koniec dnia, obie zamknięte były w jednej strzykawce.

"Czy dostanę bardziej odpornego osobnika?"

– Jeżeli masz wystarczająco odporną klatkę. – Gdyby powiedział to z obrzydliwym, pożądliwym uśmiechem, mogłoby to wybrzmieć jak propozycja. Jak sugestywny żart, rzucony po to tylko, żeby sprowokować. Ale Alexander się nie uśmiechał. Nie, on wycedził to beznamiętnie, obracając każde ze słów na języku, tak jak Dolores obracała w rękach strzykawkę z amortencją. Było w jego głosie coś przerażająco pustego. Coś przerażająco intensywnego. – Podobno szczury mogą przegryźć metal – dodał, jak gdyby nigdy nic.
Wciąż ten sam znudzony, niemal wyprany z emocji ton. Wciąż jego oczy nieruchomo utkwione w jej twarzy. Poruszyło się jednak gwałtownie zwaliste cielsko mężczyzny, który do tej pory opierał się ramieniem o stojący nieopodal biurka regał wypełniony z książkami. Wygodnie przygarbiony obserwował Dolores, nie krępując się wcale, że ktoś może go usłyszeć, bo przecież byli w komnacie sami. Dokładnie upewnił się co do tego wcześniej. Teraz nie pokusił się więc nawet o to, żeby się rozejrzeć.
Zbliżył się.
Wkurwiającym było w nim to, że umiał być doskonale nonszalancki, mimo że dozował każde słowo z ostrożną precyzją. Wkurwiającym było to, że jedno i drugie mogło w tym mężczyźnie tak łatwo współistnieć. Bo przecież zależało mu na projektach Dolores, czego wielokrotnie dawał jej dowody. Nie dlatego, że były jej projektami, ale dlatego, że żywo go interesowały. Osobiście zależało mu w tym momencie na tym, żeby odniosła sukces.
A jednak na koniec dnia była tylko kolejnym projektem. Kolejnym eksperymentem. Kolejnym studium przypadku.
Nie, Dolores Umbridge nie pomyliła się w jego ocenie. Alexander Mulciber był zepsutym, bogatym chłopcem, któremu całe życie wszystko uchodziło na sucho. Nie miał problemu deptać po ludziach. Poruszał się ze swobodą właściwą człowiekowi, który nie ma nic do stracenia, bo wzrósł w przeświadczeniu o tym, że ma zbyt wiele, żeby móc stracić wszystko. Był tutaj, bo lubił się bawić, a wspaniale bawił się analizując prace Dolores. A przecież, jak wszystkie bogate dzieci, przyzwyczajony był, że często dostawał nowe zabawki.

To, że szybko się nimi nudził, to już była inna sprawa.

– Mogliby chociaż dać ci skrzaty. Może niewiele te brzydactwa rozumniejsze niż szczury, ale bardziej posłuszne. Wciąż to jednak magiczne istoty, więc pewnie byłoby to nieetycznym. Ewentualnie mogliby... – urwał w pół zdania, uśmiechnąwszy się nagle, ale tylko pokręcił głową. Liczył, że rozbudzi tym jej ciekawość, a może sprowokuje do własnych przemyśleń. Wiedział przecież doskonale, że trafił na podatny grunt. Jak to by było, użyć eliksirów na istotach niemagicznych? Na mugolach? Odetchnął nagle głębiej, zaciągając się zapachem amortencji unoszącym się w powietrzu.

Zauważył, że przestała mrugać.

– Po jakim czasie ciemnieją oczy? – zapytał nagle. – Po jakiej dawce?


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#5
08.02.2026, 22:21  ✶  
shoo shoo. PO rozproszenie - rzut na oklumencję
Rzut PO 1d100 - 67
Sukces!

Rzut PO 1d100 - 74
Sukces!
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#6
22.02.2026, 10:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 10:46 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander odsunął się raptownie od Dolores, dosłownie na kilka sekund przed tym, jak zaskrzypiały drzwi prowadzące do wnętrza komnaty.

Mieli towarzystwo.

Uśmiechnął się do niej paskudnie, tym samym uśmiechem, który rozświetlał każde pomieszczenie niczym słońce.

– Przyjdę potem – rzucił, nie precyzując jakby na przekór dokładnej pory spotkania. Odczytał przecież jej przyszłość. Wiedział, kiedy będzie dostępna.

Mieli jeszcze tak wiele do omówienia, ale nie w Departamencie Tajemnic. Tutaj ściany miały uszy. I oczy. I zęby, pomyślał, rzucając ostatnie spojrzenie na szczury zamknięte w klatce.

Koniec sesji


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (2031), Bard Beedle (1325)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa