12.12.2025, 13:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.12.2025, 13:28 przez Gabriel Montbel.)
Londyn.
To miejsce w którym zdecydowanie nie powinno go być.
To miejsce w którym nigdy nie powinien się znaleźć.
To miejsce.
Kiedy Lucy wprowadziła go do lokacji zwanej Dziurawym Kotłem i obwieściła mu, że to jedno z najpopularniejszych miejsc w Magicznym Londynie, jego twarz wyrażała więcej niż tysiąc słów, choć aby oddać sprawiedliwość, jego plastyczna twarz zwykle wyrażała więcej niż tysiąc słów, którymi z resztą i tak zwykle raczył zebranych czy tego chcieli czy nie.
– Na prawdę Lucy? Ale tak... tak na prawdę? Nie mogliśmy pójść gdzieś do Soho? Kiedy znikają mugole o wiele łatwiej jest to zatuszować, a ja przynajmniej miałbym szansę napić się czegoś normalnego. – narzekał po francusku, bo lubił brzmienie jej akcentu w uchu. Brzmiała inaczej niż przed dwoma wiekami, gdy jej słowa dopasowane były do czasów. Sztuczka ze znajomością języków, która - jak się okazało - była u niej wrodzona, bawiła go i ciekawiła. Jak z resztą cała wampirzyca.
Co go nie bawiło to fakt, że Lucy była straszliwą smakoszką i bynajmniej nie chodziło o wampirze posiłki.
– Przecież to nie jest nawet cukiernia! – Nie przerywał utyskiwania przemieszczając się za nią między stolikami. Jego garderoba była prosta, wpisująca się w bieżącą modę czarodziei. Co prawda nawet kilka godzin przebywania w Londynie sprawiało, że od razu mu przechodziło wszystko spalenizną, ale... Czegóż się nie robiło dla tak pięknej róży, która właśnie zasiadła przy wybranym przez siebie stoliczku.
Chwilę potem podano im napitek i poczęstunek, a Gabriel uniósł brwi na widok deski degustacyjnej parującego od ciepła grzanego wina. Wybrał mimowolnie to, które iskrzyło się magicznym brokatem.
– Cóż to? Jakaś degustacja? To normalne, że pytacie kmiotków o zdanie? Przecież większość tu zebranych nie miało prawdziwego wina w ustach przez całe swoje plugawe życie – zapytał szczerze zdziwiony, a potem zamoczył wargi i skrzywił się z przekąsem, szybko to skrzywienie przekuwając na nieco sztuczny uśmiech. – Poziom zasłodzenia tego... jest... uh... wydaje mi się, że będzie Ci odpowiadać mon petite fleur. – podsunął kielich w jej stronę, nie robiąc sobie zbyt wiele, że może nie miała ochoty pić z tego samego naczynia. – Powiedz mi... jak z agencją? Byłaś już na miejscu oceniać straty? – zapytał nieoczekiwanie, o wiele bardziej poważnym tonem, rozsiadając się wygodniej i rozważając czy przyniesione pralinki są warte jego zainteresowania. Mógłby zjeść chociaż jedną, spróbować po nią sięgnąć w oczekiwaniu pacnięcia po palcach zaborczej cukierkoholiczki. Nie zrobił tego jeszcze, zostawiając moment przestrzeni na poważną rozmowę o zniszczeniach wydarzenia zwanego lokalnie Spaloną Nocą. Wydarzenie, które przespał, w pewien sposób zapewniając jej bezpieczeństwo. Co by było gdyby nie postanowiła na niego zapolować? Co by było gdyby Lucy nie przetrwała pożaru? Co by było... – Ta ekipa od kuchni wciąż jest do wzięcia, jeśli chcesz. – zasugerował, trochę rozbawiony, ze najpierw po przyjeździe zabrał się za remont jej miejsca niedaleko Bath, które przecież go aż tak nie wymagało, a które sam zniszczył, a nie lokacji w centrum metropolii, które oberwało rykoszetem od zamieszek wywołanych przez śmiertelnych.
To miejsce w którym zdecydowanie nie powinno go być.
To miejsce w którym nigdy nie powinien się znaleźć.
To miejsce.
Kiedy Lucy wprowadziła go do lokacji zwanej Dziurawym Kotłem i obwieściła mu, że to jedno z najpopularniejszych miejsc w Magicznym Londynie, jego twarz wyrażała więcej niż tysiąc słów, choć aby oddać sprawiedliwość, jego plastyczna twarz zwykle wyrażała więcej niż tysiąc słów, którymi z resztą i tak zwykle raczył zebranych czy tego chcieli czy nie.
– Na prawdę Lucy? Ale tak... tak na prawdę? Nie mogliśmy pójść gdzieś do Soho? Kiedy znikają mugole o wiele łatwiej jest to zatuszować, a ja przynajmniej miałbym szansę napić się czegoś normalnego. – narzekał po francusku, bo lubił brzmienie jej akcentu w uchu. Brzmiała inaczej niż przed dwoma wiekami, gdy jej słowa dopasowane były do czasów. Sztuczka ze znajomością języków, która - jak się okazało - była u niej wrodzona, bawiła go i ciekawiła. Jak z resztą cała wampirzyca.
Co go nie bawiło to fakt, że Lucy była straszliwą smakoszką i bynajmniej nie chodziło o wampirze posiłki.
– Przecież to nie jest nawet cukiernia! – Nie przerywał utyskiwania przemieszczając się za nią między stolikami. Jego garderoba była prosta, wpisująca się w bieżącą modę czarodziei. Co prawda nawet kilka godzin przebywania w Londynie sprawiało, że od razu mu przechodziło wszystko spalenizną, ale... Czegóż się nie robiło dla tak pięknej róży, która właśnie zasiadła przy wybranym przez siebie stoliczku.
Chwilę potem podano im napitek i poczęstunek, a Gabriel uniósł brwi na widok deski degustacyjnej parującego od ciepła grzanego wina. Wybrał mimowolnie to, które iskrzyło się magicznym brokatem.
– Cóż to? Jakaś degustacja? To normalne, że pytacie kmiotków o zdanie? Przecież większość tu zebranych nie miało prawdziwego wina w ustach przez całe swoje plugawe życie – zapytał szczerze zdziwiony, a potem zamoczył wargi i skrzywił się z przekąsem, szybko to skrzywienie przekuwając na nieco sztuczny uśmiech. – Poziom zasłodzenia tego... jest... uh... wydaje mi się, że będzie Ci odpowiadać mon petite fleur. – podsunął kielich w jej stronę, nie robiąc sobie zbyt wiele, że może nie miała ochoty pić z tego samego naczynia. – Powiedz mi... jak z agencją? Byłaś już na miejscu oceniać straty? – zapytał nieoczekiwanie, o wiele bardziej poważnym tonem, rozsiadając się wygodniej i rozważając czy przyniesione pralinki są warte jego zainteresowania. Mógłby zjeść chociaż jedną, spróbować po nią sięgnąć w oczekiwaniu pacnięcia po palcach zaborczej cukierkoholiczki. Nie zrobił tego jeszcze, zostawiając moment przestrzeni na poważną rozmowę o zniszczeniach wydarzenia zwanego lokalnie Spaloną Nocą. Wydarzenie, które przespał, w pewien sposób zapewniając jej bezpieczeństwo. Co by było gdyby nie postanowiła na niego zapolować? Co by było gdyby Lucy nie przetrwała pożaru? Co by było... – Ta ekipa od kuchni wciąż jest do wzięcia, jeśli chcesz. – zasugerował, trochę rozbawiony, ze najpierw po przyjeździe zabrał się za remont jej miejsca niedaleko Bath, które przecież go aż tak nie wymagało, a które sam zniszczył, a nie lokacji w centrum metropolii, które oberwało rykoszetem od zamieszek wywołanych przez śmiertelnych.